U jak U2


– Płyta czy sektor? – zapytał nas chudy sprzedawca w niewielkim tarnogórskim sklepie muzycznym.
Mąż i ja zaczęliśmy niewyraźnie pomrukiwać: – Hmm, no nie wiem, nie wiem...
– Dobra, niech będzie sektor – decyduję w końcu. Na to chudy sprzedawca informuje, że ma dwa całkiem dobre miejsca i czy dać. No jasne, że dać!
O rany, jest luty, a ja trzymam w ręku bilety na lipcowy koncert U2, niech mnie ktoś uszczypnie! Cieszę się jak małe dziecko.

  – ...Szefie, to ja dzisiaj wychodzę o 14, no, bo szef wie, na koncert jadę, U2!
   Szef wie, z tym że szef nie 2, bo szef w pracy kibluje, nie każdy może mieć farta.
   Świeci słońce, myślę sobie, że pogoda jednak dopisała, wprawdzie zapowiadali przelotne burze, ale przecież do Chorzowa nie dojdą. Wyposażeni na wszelki wypadek w kurtki ortalionowe, debatujemy, czy zabrać ze sobą aparat fotograficzny. A wezmiemy, najwyżej nam go zarekwirują. No i oczywiście BIAŁE KOSZULKI – czym byśmy machali podczas "New Year's Day".
   Wyruszamy o 16.00, ponieważ mieszkamy niedaleko Chorzowa. Już w Bytomiu droga zagęściła się fanami U2, ze znakiem rozpoznawczym - białą kartką włożoną za przednią szybę samochodu - my też takie mieliśmy, a jakże.
   Idąc na stadion rozglądam się po twarzach, czy mieszczę się w średniej wiekowej. No i dobrze, są też starsi ode mnie, czyli można się chwilowo odkompleksić.
   Dotarliśmy do wejścia, ochrona kazała przecisnąć się nam przez bardzo wąskie przejście, otworzyć plecaki, wyrzucić wodę mineralną w plastikowych butelkach, ponieważ względy bezpieczeństwa wymagały, żeby po wyrzuceniu własnej wody, kupić za bramką nową butelkę, trzykrotnie drożej. Na pytanie, czy mamy aparat, z zimnym i jednocześnie niewinnym wyrazem twarzy powiedziałam, że oczywiście nie mamy.

   Za bramką lecimy w te pędy zweryfikować obietnicę chudego sprzedawcy i okazuje się, że miał nawet rację, całkiem przyzwoite miejscówy. Postanowiliśmy zrobić obchód terenu wokół stadionu, rozglądając sie przy tym na lewo i prawo, może rozpoznam którąś z trzydziestek, których miało tu być zatrzęsienie. Niektórzy fani wyglądali jakby właśnie wrócili z plaży, ci bardziej obowiązkowi ubrani byli w koszulki z wizerunkami zespołu, na stadionie i wokół niego morze ludzi, mówiących różnymi językami - po polsku, węgiersku, czesku, rosyjsku, niemiecku...
   Około 17.30 kiedy zaczął grać pierwszy support – The Magic Numbers, niebo nad stadionem pociemniało i... rozpadało się, tak jak zapowiadali, a w co nikt do końca nie wierzył. Pod prowizorycznymi namiocikami z różnokolorowego plastiku, integrowały się pospiesznie grupy całkiem nieznanych sobie ludzi.
   Kolejnym supportem był zespół The Killers, który osobiście nie przypadł mi do gustu, ale może źle mnie nastroiła niespodziewana druga ulewa. Skulona na swoim krzesełku, odliczałam minuty do 21.30 (planowana godzina występu U2). W strugach lejącej się z nieba wody najważniejszym rozróżnieniem wydało mi się kryterium nastawienia do kwestii deszczu. I tak stwierdzam, że fani zespołu U2 dzielą się na: 1) ludzi bardzo dobrze przygotowanych na deszcz (posiadali sztormiaki),  2) ludzi średnio przygotowanych na deszcz, do których miałam przyjemność się zaliczyć, aczkolwiek już po pierwszej ulewie kurtki nam przemokły, 3) ludzi kompletnie zaskoczonych deszczem. Ci ostatni z determinacją bulili po 5 złotych za plastikowe worki na śmieci, na których obsługa budek z napojami postanowiła zrobić interes życia.

   O  21.00 zdarzyły się dwie rzeczy naraz: emocje sięgnęły nieba i przestało padać. Publiczność w sektorach rozgrzewała się do meksykańskiej fali. 21.07 na scenę wychodzą chłopaki, przemoczony tłum kompletnie oszalał, a oni zaczęli: "Uno, dos, tres, catorce,... hello, hello!!!"
Jako czwarty czy piąty utwór, słyszymy "New Year's Day".
– Jarek, wyciągaj koszulki!! – krzyczę do męża.
   No i udało się, stadion zamienił się w wielką biało-czerwoną, pulsującą flagę. Macham koszulką, a gęba mi się w podkówkę wykrzywia, no bo jak tu nie ryczeć, jak się w czymś takim uczestniczy? 

   Happy_em napisała potem na trzydziestkowym forum:
"Dziewczyny, to był taki widok, że do końca życia go nie zapomnę. Bono spojrzał na stadion, zdjął okulary i zamilkł z wrażenia. Patrzył dłuższą chwilę z podziwem, a potem pokłonił się wszystkim nisko. Widać było, że jest poruszony".
   Kolejne utwory to podróż przez ostatnie 20 lat, przypominająca trudne czasy dorastania, młodzieńczego buntu i wielkiej wiary w potegę miłości – podróż ich i nasza –  tych, którzy dorastali na muzyce U2, którzy się przy niej zakochiwali, zakuwali do egzaminów, leczyli przy niej chandry, a bywało, że i kace.
   Łza się w oku zakręciła, i to niejedna zresztą, przy utworze "One" – i tu zacytuję wypowiedź Elfa z forum: "Przy mojej od 1990 roku ukochanej piosence wszechczasów, czyli "One", złapałyśmy się z siostrą za ręce i, nie wiem jak Happy_em, ale ja poryczałam się jak głupia..."
   Na wielkim ekranie pojawił się napis COEXIST, przesłanie dotyczące miłości, praw człowieka, pokojowego współistnienia różnych religii. Tak bardzo chciało się wtedy krzyczeć, żeby wszyscy się szanowali, tolerowali i kochali, bo to przecież równie oczywiste, jak symbole wpisane w krótkie słowo.

   Byłam jak w transie, utwór za utworem, chwilami myślałam, że to jakiś sen, gitara Edge przy utworze "City of blinding lights" powaliła mnie swoim brzmieniem, zresztą nawet nie ma co liczyć, ile razy mnie powaliła. Zazdrościłam ludziom, którzy stali pod samą sceną, chociaż domyślam się, od której musieli trzymać wartę pod stadionem, zazdrościłam dziewczynie, którą Bono zaprosił na scenę, że mogła go uściskać. Nie zazdrościłam tylko tej, która się zblamowała wyznaniem, że jednak nie zna angielskiego – popsuła fragment koncertu, który mógł być naprawdę wzruszający, a na dodatek nie wzięła okularów, które Bono chciał jej dać w prezencie. 

   Widać było, że publiczność nie wypuści zespołu tak łatwo. Koniec końców wymusiliśmy dwa bisy, a tak wspomina je Malen_a: "Przy pierwszym zakończeniu byłam zszokowana, że zabrakło "With or without you", ale widać, że byli przygotowani na bis i zaraz to naprawili. Zresztą przy drugim bisie spodobało mi się, iż Bono podszedł do reszty zespołu i jeszcze zaproponował zagranie "Vertigo", widać, że nie było to ustalone wcześniej".
 
– I jak było na koncercie, fajnie? – pyta mnie szef. No i co ja mam powiedzieć, jak jeszcze chce mi się płakać i jeszcze chcę czuć wspaniałą atmosferę tego wyjątkowego koncertu?
– Było cudownie, magicznie i wierzę mocno, że marzenia mogą się spełniać!!

Zdjęcia: Joanna Podgórska

{jos_sb_discuss:15} 

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl