Być zielonym, to nie jest proste...

Zielone okulary
ilustr. Joanna titeux/pinezka.pl
   ...śpiewał o sobie muppet Kermit. To prawda, bycie "zielonym" wymaga pewnej elastyczności, ale jest łatwiejsze, niż może nam się wydawać.
   Ratowanie Ziemi to ambitne zadanie, takie, które mnie, niezaangażowanej w politykę zwykłej Ziemiance, wydawało się herkulesowym wysiłkiem, zarezerwowanym dla najtęższych głów ze sfer nauki i polityki, albo radykalnych organizacji, takich jak Greenpeace czy Friends of the Earth. Moje postępowanie świata nie zmieni, myślałam sobie, mogę co najwyżej zagłosować na Zielonych w następnych wyborach.

   Wyjazd na początku lat dziewięćdziesiątych do ekologicznie zaawansowanej Danii otworzył mi oczy i przekonałam się, że moje codzienne decyzje naprawdę mają wpływ na środowisko naturalne: ode mnie zależy, czy ten wpływ będzie korzystny czy negatywny. Widząc wstępną segregację śmieci w domu duńskiego przyjaciela, osobne pojemniki na odpadki organiczne, papier, puszki i szkło, postanowiłam otrząsnąć się z bierności i lenistwa i popracować nad swoją świadomością ekologiczną. Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka, głosi łacińska sentencja – zmiany w codziennej rutynie, których musiałam dokonać, okazały się praktycznie bezbolesną zamianą jednych nawyków na inne. Przyznaję, segregacja śmieci okazała się wyzwaniem – w Polsce niewiele miast i osiedli miało osobne pojemniki na odpadki odzyskiwalne, była to klasyczna sytuacja spod znaku "łatwo powiedzieć, trudniej zrobić". Postarałam się znaleźć inne sposoby na wcielenie w życie mojego neofickiego zapału, takie, których urzędnicza dobra wola (a raczej jej brak) nie mogła ograniczyć.

  To zabrzmi banalnie, ale kropla drąży skałę – poczynania jednostki naprawdę mają wpływ zarówno na obecny stan środowiska, jak i na jego przyszłość. Nie nakłaniam do przeprowadzki do drewnianej chatki w puszczy i odżywiania się podpieczonymi na ognisku korzonkami. Prawdę mówiąc, sama niezbyt dobrze znoszę odcięcie od zdobyczy cywilizacji – wyjazdy pod namioty to definitywnie zamknięty rozdział mojego życia.

   Proponuję wprowadzenie kilku drobnych i mało uciążliwych zmian.

1. Kupuj lokalną żywność

      Holenderskie jabłka, izraelskie truskawki, hiszpańskie pomidory… nasza żywność spędza więcej czasu w podróży, niż my.  Ruch lotniczy to główne źródło zanieczyszczenia dwutlenkiem węgla – jeden krótki lot równa się ilości spalin, jaką wydziela przeciętny samochód o silniku pojemności 1,4 litra w ciągu trzech miesięcy. Lot długi, np. z Nowej Zelandii do Europy, oznacza wypuszczenie do atmosfery takiej samej ilości dwutlenku węgla, ile jeden samochód wydziela rocznie! (O tym, jak podróżować i wypoczywać przy minimalnej szkodzie dla środowiska, napiszę w przyszłym miesiącu). Kupujmy więc żywność wyprodukowaną w kraju, w którym mieszkamy. Jeśli w okolicy jest targ – jest bardzo prawdopodobne, że warzywa i owoce będą pochodziły z okolicznych upraw. Kupując bezpośrednio od rolników mamy też pewność, że płacimy uczciwą cenę. Może być tak, że wiktuały z targu będą nieco droższe, niż te z supermarketu – ale będą też często lepszej jakości, a poza tym w ostatecznym rozrachunku i tak więcej nas będzie kosztowało zniszczone zbyt intensywnymi uprawami środowisko. Dodatkową korzyścią kupowania lokalnych produktów jest wyższa zawartość witamin – owoce i warzywa zawierają ich najwięcej tuż po zbiorze, im dłużej spędzają czasu w transporcie i w magazynie, tym mniejsza ich wartość odżywcza.

   Mieszkam w Anglii, w tutejszych supermarketach różnorodność towarów sprowadzanych z całego świata jest ogromna. Sprawdzanie na każdym produkcie informacji, czy pochodzi z Wielkiej Brytanii weszło mi już w krew i nie dam się skusić na najpiękniej nawet wyglądające jabłka gatunku Pink Lady z Nowej Zelandii, skoro mogę kupić równie smaczne Coxy z Hampshire. Pomarańcze i banany nie będą oczywiście brytyjskie, ale mięso, chleb, jajka, przetwory mleczne, ziemniaki, większość owoców i warzyw - tak.


2. Szanuj energię elektryczną.

   Oszczędzanie energii wyjdzie na dobre zarówno przyrodzie, jak i naszej kieszeni.
   Jeśli używasz czajnika elektrycznego, korzystaj z miarki, w która są one zazwyczaj wyposażone – jeśli chcesz zagotować wodę na herbatę tylko dla siebie, napełnij czajnik ilością wody wystarczającą do zrobienia jednego kubka, a nie kilku. Brytyjczycy obliczyli, że gdyby każdy tak robił, zaoszczędzona w ten sposób energia wystarczyłaby do zasilenia 3/4  lamp ulicznych w całej Wielkiej Brytanii.
   Przykrywając garnki pokrywkami w czasie gotowania zaoszczędzisz 25 procent gazu lub prądu.
   Czy wiesz, że urządzenia elektroniczne, takie jak odbiorniki telewizyjne, odtwarzacze DVD, wideo, systemy stereo zużywają zaledwie 25 procent energii w czasie, gdy ich używasz? Czerwone światełko sygnalizujące gotowość (standby) oznacza, że aż 85 procent energii elektrycznej pochłaniają one wtedy, gdy są po prostu podłączone, ale nie używane. W ciągu jednego roku telewizor pozostawiony w stanie czuwania, tj. nigdy nie wyłączany z sieci, marnuje energię na kwotę 25-30 zł. W miarę możliwości postaraj się wyłączać takie urządzenia całkowicie, wyjmując wtyczkę z kontaktu.


3. Nie korzystaj z plastikowych toreb na zakupy.

   W 2002 roku Irlandia wprowadziła plastax, "podatek od plastiku", co oznaczało, że za każdą plastykową torebkę zaczęto pobierać drobną opłatę. W ciągu trzech miesięcy ich zużycie spadło aż o 90 procent! Ten przykład dowodzi, że tak naprawdę nie są nam one potrzebne.
   W Polsce era reklamówek nastała niedawno, wraz z ekspansją supermarketów – okazuje się, że zwyczaj noszenia ze sobą siatek wielorazowego użytku jest jedną z niewielu peerelowskich praktyk, do których warto powrócić, tym razem nie z konieczności, lecz z wyboru.

   Każdy etap "życia" reklamówki jest dużym obciążeniem dla środowiska. Wiele baryłek ropy, nieodnawialnego źródła energii, zużywa się na produkcję reklamówek. Użyty często zaledwie raz plastykowy worek rozkłada się przez ponad 20 lat.
Wiele sieci handlowych w Wielkiej Brytanii instruuje swoich pracowników, by pytali klientów o to, czy potrzebują reklamówki czy też mają własną torbę. Szczególnie celują w tym sklepy kosmetycznej sieci The Body Shop, której założycielka, Anita Roddick, jest pionierką etycznego biznesu. Zawsze, gdy słyszę takie pytanie, odpowiadam, że nie, dziękuje, i chowam rzeczy do siatki, którą noszę w torebce. Czasem zdarza się, że sprzedawca sam zaczyna wkładać zakupy do reklamówki, wtedy staram się grzecznie przerwać mu, i nigdy nie spotkałam się ze zdziwieniem czy niechęcią.
   Nie jestem zwolenniczką poglądu stawiającego znak równości między dbałością o środowisko, a umartwianiem się. Zdarza się czasami, że użyję reklamówki i nie zamierzam za każdym razem, gdy to zrobię, wdziewać włosiennicy. Dopóki jest to wyjątek, a nie reguła, nie zamęczam się wyrzutami sumienia.

Cdn.



Ilustracje: Joanna Titeux/pinezka.pl



Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl