Gra w Żółte Trójkąty


    Nie da się ukryć, że byłam wtedy pijana. Początkowo zamierzałam ukryć zarówno ten fakt, jak i to, że jestem kobietą i to dość młodą, żeby zyskać na wiarygodności w oczach czytelników. Mam nieodparte wrażenie, że występując jako zagraniczny szpakowaty naukowiec byłabym potraktowana poważniej. Ale sęk w tym, że trzeźwy mężczyzna, choćby miał pięć Nobli, nie ma żadnych szans zobaczyć tego, co ja zobaczyłam tamtego wieczoru.

    A zobaczyłam biust. Bynajmniej nie goły, ale piękny i doczepiony do pięknej i niegłupiej (i równie jak ja pijanej) dziewczyny. Wznosiłyśmy toasty za pomyślnie zdaną sesję egzaminacyjną, rozmawiałyśmy na tematy różne, usiłując trzymać się pionu (co nie było łatwe po kilku nieprzespanych nocach). Bardzo starałam się utrzymać kontakt wzrokowy z moją powabną rozmówczynią, ale mój wzrok uparcie zjeżdżał poniżej jej dekoltu.
    Najpierw zrobiło mi się cokolwiek głupio. Potem zaczęło mnie to niepokoić. No właśnie, tu się zaczyna wyjaśniać, dlaczego żaden pan nie miałby szans na napisanie tego tekstu: otóż uznałby to za zupełnie naturalne, że piękny biust przyciąga jego, jako samca, wzrok, i przeszedłby nad tym do porządku dziennego. Ale mnie ten biust nie kręcił, a oczy i tak zjeżdżały. Czyżbym mimowolnie zaczęła po ćwierćwieczu zmieniać orientację seksualną? Im bardziej próbowałam utrzymać oczy w poziomie, tym gorzej mi to wychodziło. W końcu dotarło do mnie, że to nie powab tego obiektu tak na mnie działa, tylko fakt, że jestem przepotwornie zmęczona i dodatkowo dobita wypitymi trunkami.

    Tak się złożyło, że w ramach nauk do właśnie zdanych egzaminów przyszło mi przyswoić fakt, że naturalne położenie gałki ocznej to takie, w którym linia wzroku jest odchylona od poziomu o 15 stopni w dół. I nagle ta sytuacja pokazała mi się od drugiej strony: moje zmęczone oczy nie poszukują atrakcji, tylko układają się tak, jak im wygodnie – a przypadkiem w takiej pozycji trafiają na biust. Przypadkiem??? A może to nie oczy gonią za wabikiem, jak się zwykło powszechnie uważać, to wabik wyrasta tam, gdzie zostanie najprędzej zauważony?

    Gdybym była w stanie owego wieczoru myśleć, to może bym coś wymyśliła. Ale na myślenie nie było szans. Mogłam tylko biernie przyjmować to, co mój ZWoPU (Zamroczony, Wolny od Przesądów Umysł) mi wyświetlał – a wyświetlił mi następne pytanie: no dobrze, ale co sprawia, że wabik jest taki, a nie inny, w tym, a nie innym miejscu, działający na takie, a nie inne zmysły?

    W ramach przygotowywania się do tamtych egzaminów zdarzyło mi się czytać również noblistę Konrada Lorenza, piszącego o niezwykle barwnych i okazałych ogonach ptasich lub rozłożystych rogach jelenich, mających za zadanie zwabić samicę. Dość rozpowszechniony jest pogląd, że nadmierna nieraz rozrzutność natury w tej materii to dowód na to, że przedłużenie gatunku to nasz najpierwszy popęd, ważniejszy nawet niż przetrwanie naszej osoby – i niby te niesamowite ogony mają być na to dowodem, bo w walce o potomstwo wygrywa w takim układzie osobnik wyposażony w tak wypasiony wabik, że może on uniemożliwić mu przeżycie, latanie, znalezienie pożywienia itp.
    Lorenz opisywał doświadczenia z wabieniem samic jeleni na sztuczne, znacznie większe niż naturalne, poroże. Posiadacz takich rogów miałby niezły harem, ale sam nie mógłby się praktycznie poruszać po lesie. Oczywiście, można się spotkać z twierdzeniem – zapewne słusznym – że rogi służą samcom do przeganiania konkurentów do, hmmm, ręki damy swego serca, a przynajmniej wzbudzania u nich respektu swoim wyglądem. Ale w zasadzie nie wiadomo, dlaczego jeleń ma rogi o takim a nie innym kształcie, a nie na przykład czerwony pióropusz. Przynajmniej Lorenzowi nie wiadomo, a przynajmniej nie wtedy, kiedy to pisał.

    Mój ZWoPU wyświetlił mi odpowiedź – grę w Żółte Trójkąty, w które gra każde żywe stworzenie w każdym momencie.

    Wyobraź sobie, że uczestniczysz w grze, polegającej na Szukaniu Żółtych Trójkątów. Masz do dyspozycji całe wory, wory to mało powiedziane, niezliczone zasoby przedmiotów o różnych kształtach i kolorach, ale tylko żółte trójkąty i to w odpowiedniej ilości cię interesują. Jeśli będziesz mieć ich za mało - tracisz życie, odpadasz z gry. Oczywiście, nie grasz sam, trójkątów szuka masa rywali. Kto pierwszy, ten lepszy.
    Nie musisz tej gry przeprowadzać naprawdę, by przewidzieć, co się stanie: im dłużej będziesz grać, tym bardziej będziesz wyczulony na wszystko, co jest mniej więcej żółte i ma ostre kąty. Mechanizm oceny takich obiektów będzie się rozwijał z każdą chwilą, nie tylko twój, twoich przeciwników również. Dlatego coraz lepiej musisz oceniać, z daleka, kątem oka, czy to, co widzisz, to żółty trójkąt, czy, na przykład, pomarańczowy romb. Skutek uboczny będzie oczywiście taki, że gdyby cię ktoś spytał, czy widziałeś dużo czerwonych kwadratów, prawdopodobnie nie będziesz w stanie odpowiedzieć, czy jakieś tam w ogóle były. Każdy moment niepotrzebnego zwrócenia uwagi na czerwony kwadrat może bowiem sprawić, że rywal sprzątnie ci żółty trójkąt sprzed nosa.

    Taki jest uproszczony mechanizm gry, w którą przecież każdy gra, żeby przeżyć. Ze szmeru rozmów każdy wyłapuje swoje nazwisko. Z powodzi informacji wyłapuje interesujące go słowa (na przykład praca, lekarstwo na raka itp). W tłumie wyłapuje ukochaną twarz. To jest dość wyrafinowana wersja gry, pozostałe stworzenia (oraz nasi przodkowie) grają w znacznie prostszą: ich żółty trójkąt to jedzenie. Właśnie nie wabiki erotyczne, nie ogony, pióropusze, poroża i inne gadżety sugerowane przez noblistów, tylko strawa. Dlatego wabiki u rozmaitych gatunków wyglądają (nie zawsze wyglądają, ale o tym za moment) tak, żeby osobnik szukający swojego żółtego trójkąta zwrócił na nie uwagę.
    Jelenie, łosie, czyli zwierzęta, które by przeżyć, muszą szukać zjadliwych pędów i gałązek, wyhodowały sobie okazałe, apetyczne krzaki na głowie. Kury czy indyczki szukają tłustych, różowych robaków – czy mogą się oprzeć koguciemu grzebieniowi lub indyczym koralom? Lwice polują wśród sawanny, gdzie ich potencjalne ofiary się nieźle maskują ubarwieniem - więc zamiast na kolory, zwracają uwagę na najmniejszy ruch. Lew jednak nie musi latać w te i wewte, żeby zwrócić na siebie uwagę, skoro ma taką fajną grzywę, falującą przy najmniejszym ruchu. Pasiasta zebra wygląda jak kępa gęstej, wysokiej trawy.  Skrzydła motyli, ozdobione oczkami, przypominają kwiaty pełne nektaru. Natura, zdobiąc zwierzęta, promuje takie formy, na które one zwrócą uwagę, szukając pożywienia. Oczywiście, na tyle różne, żeby, jak już przyjdzie co do czego, zwierzę nie zjadło swojego znaleziska (zdaje się, że modliszki tu trochę przedobrzyły).

   Któż się nie zastanawiał przynajmniej raz, jak to jest, że w świecie zwierząt to samce mają te przepyszne ozdoby, a tylko u ludzi jest na odwrót?

    Otóż, po pierwsze, to nie do końca prawda. Samice też mają wabiki, tylko nie zawsze przeznaczone są one dla oczu. To ludzie zwracają uwagę na te zwierzęce ozdoby, które są widoczne, bo sami przyswajają za pomocą wzroku około 75 procent wszystkich informacji. Ale weźmy takie posokowce – każdy, kto ma psa, bez trudu zauważy, że domownika z torbą pełną mięsa taki zwierz wyczuje, gdy ten wysiada z autobusu dwie ulice dalej, natomiast tenże pies może np. uwielbiać podkradać słodycze, ale być niemal ślepym na ich zapach. Jednym słowem, wabik u psa to raczej nie będzie żadna uczta dla oczu, skoro węch gra u niego większą rolę. Będzie to raczej zapach, i to nie dowolny, tylko krew. Czyli to, co dla posokowca znaczy: jedzenie. I w tym wypadku to jednak samica ma wabik (czyli cieczkę), nie samiec.

    Po drugie, to, że te kosztowne ozdoby w rodzaju gigantycznego ogona czy poroża hodują na swoim ciele samce, nie jest żadną zagadką. Kiedy dotarło do mnie, dlaczego tak jest, zagadką stało się to, dlaczego do tej pory często spotykałam się z tym pytaniem, a nigdy z odpowiedzią. I tu znowu pomógł mi fakt, ze jestem kobietą. Czytałam kiedyś o doświadczeniu, w którym brały udział pewne grzybki. Grzybki do życia potrzebowały rozmaitych enzymów. Koło dwudziestu z nich wytwarzały same, resztę czerpały z podłoża. Naukowcy wyhodowali odmianę tych grzybków, która wytwarzała jeden enzym mniej (lub jeden więcej, nie pamiętam) i zaczęli się nad obiema odmianami pastwić. Najpierw je posadzili na podłożu, nie zawierającym owego enzymu, którego produkcją się grzybki różniły. Wynik był prosty do przewidzenia: odmiana bez enzymu padła. Potem posadzili grzybki na podłożu z tym enzymem - i tu wynik był nieco zaskakujący: odmiana bez enzymu w niezwykle krótkim czasie wykosiła bardziej uzdolnionych kuzynów. Wyszło na to, że energia, którą grzybki przeznaczały na produkcję niepotrzebnego enzymu była zbyt dużą stratą w obliczu konkurenta, ciągnącego potrzebny składnik z podłoża, a zaoszczędzony wysiłek przeznaczającego na rozmnażanie.

    Doświadczenie jak doświadczenie, nie wiem, do jakich wniosków doprowadziło ono jego autorów, wiem, że przypomniałam sobie o nim jakiś czas później, będąc w zaawansowanej ciąży. I wtedy stało się dla mnie oczywiste, że gdyby mój (do cna wówczas wyssany przez ciążę) organizm miał dzielić swoje zasoby na wyprodukowanie możliwie zdrowego dziecka oraz jakieś absurdalne poroże, to albo dziecko byłoby nie teges, albo poroże tak ubogie, że pies z kulawą nogą by się za mną nie obejrzał i na potomstwo w ogóle bym nie miała szans. Dlatego gatunki, u których wabiki są bardziej spektakularne i wymagają zwiększonego wydatku ze strony organizmu, mają szansę na przetrwanie tylko, jeśli fundują je sobie panowie.

    Wróćmy teraz do naszych ludzkich przodków, bo ów specyficzny slideshow, obejrzany tamtej nocy przez mój ZWoPU, zahaczył też o początki naszej kultury.

Byki - Altamira, Hiszpania

    Kilka razy w moim życiu zdawałam różne egzaminy z historii sztuki. Rzecz jasna, za każdym razem musiałam sobie najpierw przyswoić pewne źródła. I za każdym razem informacje na temat sztuki społeczeństw paleolitycznych wyglądały mniej więcej tak:

    Pozostawione nam przez praojców malowidła naskalne (na przykład byki w Altamirze i jelenie w Lascaux) lub rzeźby (takie jak Wenus z Willendorfu) stanowią świadectwo życia duchowego tamtejszej kultury. Owe malowidła i rzeźby to pozostałości po obrzędach kultowych, pokazują nam, jak to łowcy, przedstawiając fantastyczne, bardzo realistyczne sylwetki zwierząt obok patyczkowatych ludzików, przebłagiwali siły natury, aby zapewnić sobie powodzenie w łowach. Należy tu zwrócić uwagę, jak niezwykle udatnie wykorzystywali w swej sztuce każdy naturalny załomek na skale, fakturę ściany, na której malowali, dla oddania kształtów zwierząt (lub ich otoczenia: kiedy patrzymy na "Jelenie płynące przez wzburzoną rzekę"... widzimy rzekę, której nikt nie namalował). Paleolityczni artyści oddawali przez sztukę hołd nie tylko zwierzętom, od których zależało ich życie, ale też płodności - stąd sylwetki kobiece z podkreślonymi steatopygicznymi walorami (czyli szczątkowe rączki i nóżki, za to ogromne biusty i biodra).

Jelenie przeplywajace wzburzona rzeke, Lascaux, Francja

    Tyle historia sztuki. A teraz ZWoPU: Te malowidła mogą być tyle dowodem na uprawianie przez chłopaków kultu, ile raczej treningiem do rozgrywki w Żółte Trójkąty.

    Artysta świetnie wykorzystał załamanie w skale, którego kształt po niewielkiej korekcie malarskiej stał się bykiem? No oczywiście. Bo jego oczy cały czas w otoczeniu szukały kształtu zbliżonego do byka. To było jego być albo nie być. Więc taki przypadkowy kontur na ścianie to jest taki Pomarańczowy Romb - coś, co nie jest Żółtym Trójkątem, ale zwraca uwagę łowcy.
    Malowanie zapewniało powodzenie w łowach? No oczywiście. Ćwiczyło wzrok oraz rozpoznawanie pożądanego kształtu, malując człowiek musiał sobie odtwarzać sylwetkę zwierząt w wyobraźni, dzięki temu miał szansę prędzej takiego zwierza potem zauważyć i zidentyfikować.

    Człowiek taki patyczkowaty, by pokazać duchom, że uważa się za małego i nieważnego? Człowiek został oddany na tyle realistycznie, na ile był WIDZIANY. Dla łowcy ważne było, że taki stwór na dwóch nogach to nie jest łup, więc nie trzeba sobie zawracać głowy anatomicznymi szczegółami.

Wenus z Willendorfu - Niemcy

    Rzeźby niewiast jako kult płodności? Raczej można przypuszczać, że to kolejne wyobrażenie Pomarańczowego Rombu: te fragmenty damskiego ciała, które się mężczyźnie – ŁOWCY TRÓJKĄTÓW rzucały w oczy (zauważmy, będące mniej więcej w polu widzenia oka w stanie spoczynku – czyli elementy będące poza centrum tego pola zostały potraktowane po macoszemu: nie ma rąk ani twarzy, nogi się kończą poniżej kolan).

    Takie działania artystyczne mogły, jak najbardziej, być źródłem późniejszych obrzędów kultowych. Kiedy współplemieńcy zauważyli, że malowanie faktycznie pomaga w łowach (tylko, że nie mogąc patrzeć oczami autora malowidła, nie mogli przypuszczać, że sukcesy łowieckie zapewnia mu raczej wytrenowany wzrok, niż przebłagiwanie jakichś duchów – choć nie wykluczam, że swoją drogą duchy również łaskawiej ma artystę patrzyły) – mogli uczynić z tego jakiś rytuał. Jeśli był odprawiony poprawnie (czyli u podstawy dzieła sztuki było poszukiwanie wokół siebie właściwego kształtu, a nie malowanie zwierza na odczepnego), najprawdopodobniej działał. 

    To samo tyczy się zdobywania niewiast. Rzeźba Wenus z Willendorfu to nie gloryfikacja biustu i cudu przedłużania gatunku, ani świadome podkreślanie najważniejszych części damskiego ciała. Autor wyrzeźbił tyle, ile widział, czyli apetyczny obrazek, który rzucił się w oczy podczas nieustannego rozglądania się za łupem, bez zastanawiania się nad tym, co widzi. Duże piersi i duża pupa miały większą szansę na zwrócenie uwagi łowcy, szukającego tłustego zwierza, niż anorektycza sylwetka – współczesna szczupła piękność nie miałaby szans na zostanie modelką paleolitycznego artysty. Gdyby modelka do Wenus miała jakimś cudem poroże lub pióropusz z pawia, artysta najpewniej i tak by tego nie zauważył, a nawet jeśli, nie uznałby za godne uwagi. Bo on nie szukał kobiety, szukał jedzenia (żółtego trójkąta). A w oczy wpadł mu pomarańczowy romb - kamień, który przypominał mu widziany często obiekt, niemal równie apetyczny i miły oku, jak jedzenie. Wydobywając z niego kobiecość, uczył się na kobietę patrzeć.


To wszystko, co napisałam, właściwie Giuseppe Arcimboldo wyjaśnił jednym obrazkiem już kilkaset lat temu...

 

Kucharz - Giuseppe Arcimboldo Kucharz 180° - Giuseppe Arcimboldo

 


 Ilustr. Lolyta/pinezka.pl

{jos_sb_discuss:22}

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl