Fredzia


Był sobie kot

   Pewnego pięknego słonecznego lata, a było to dawien dawno, gdzieś na początku zamierzchłych lat 90., w szopie pod płotem pojawił się kot. A właściwie kotka, szara i prążkowana. Na ganku wystawialiśmy jej mleko i biały ser w spodeczku, które to pałaszowała z wielkim smakiem. Ale coś się nie zgadzało, gdyż z szopy podejrzanie często dobiegały piski i miauknięcia.

    Jak każde dziecko, chciałem mieć w domu zwierzątko. Niestety – niewielkie mieszkanie w bloku oraz niezłomna postawa rodziców, wsparta kilkoma kłamstewkami o alergii mamy na sierść sprawiły, że plany te nigdy nie doczekały się realizacji. Jednak co wakacje jeździliśmy z bratem i rodzicami pod Warszawę na działkę, gdzie mieszkaliśmy sobie w leśnym domku.

    Choć miejscowość, o której mówimy, pełna jest luksusowych willi i wypielęgnowanych ogrodów, to nasza chatka, odcinająca się zresztą wykwintnością od otoczenia, stanowiła prawdziwy rezerwuar dzikiej przyrody z jej iglastym lasem, krzewami, zaroślami i innymi atrybutami właściwymi terenom dzikim. Pewnego pięknego słonecznego lata, a było to dawien dawno, gdzieś na początku zamierzchłych lat 90., w szopie pod płotem pojawił się kot. A właściwie kotka, szara i prążkowana. Na ganku wystawialiśmy jej mleko i biały ser w spodeczku, które to pałaszowała z wielkim smakiem. Ale coś się nie zgadzało, gdyż z szopy podejrzanie często dobiegały piski i miauknięcia.

    Wreszcie stało się. Przyszedł dzień, w którym mama-kotka zdecydowała ukazać światu swoje maluchy. Oczom naszym ukazał się korowód rozpoczęty przez mamusię, złożony zaś z czworga uroczych malców, z których dwa posiadały (najwidoczniej po mamie) szarobure prążki, jeden miał maść futra zdominowaną kolorem śnieżnobiałym, zaś jednego natura wyposażyła w garnitur koloru czarnego. Płochliwe i niezdarne kocięta stopniowo przyzwyczajały się do trudów nieznanego świata, a także do obecności ludzi – intruzów. Po kilkunastu dniach pałaszowały pozostawione w spodku smakołyki, nawet gdy znajdowaliśmy się nie dalej niż 2-3 metry od stołówki. Ogromny żal, że pewnych scenek nie uwieczniliśmy aparatem fotograficznym, więc mogę tylko wspomnieć obrazek kociej rodziny, baraszkującej wesoło na łączce w promykach zachodzącego słońca, naukę chodzenia po drzewach metodą prób i błędów, instruktaż ostrzenia pazurków o korę pobliskich drzew, czy też bieg z przeszkodami, gdzie dwa kociaki pokonały przeszkodę w postaci kawałka drewna tworzącego poprzeczkę na wysokości 10 centymetrów odważnym susem, dwa zaś w wielką ostrożnością prześlizgnęły się dołem.

    Z wakacji żal było wracać, ale tego lata to była prawdziwa rozpacz. Nawet rodzice byli bliscy złamania się, ale ostatecznie rozsądek zwyciężył. Zresztą trudno by było oswoić kocięta w warunkach wielkomiejskich.
    Niecierpliwie czekaliśmy na następny rok. Kotki z pewnością dorosły i udały się własnymi drogami. Ale niewykluczone, że któryś pozostał na ojcowiźnie.
    Istotnie – teren przejął jeden z prążkowanych milusińskich, który będąc po roku młodym, dojrzalszym już dżentelmenem, traktował nas – jako potencjalne źródło dokarmiania – z życzliwą, acz zauważalną nieufnością. Z potrzeby ducha nazwałem go Fryderyk – czyli Fredzio. No i tak już zostało, z jedną drobną korektą, że gdy nasz przyjaciel przyprowadził w następnym roku swoje małe zrozumieliśmy, że może co najwyżej być Fredzią.


   Minęło wiele lat i co roku przy wakacyjnym wyjeździe witała nas Fredzia, wiernie strzegąca swego terytorium, nieraz z małymi kociętami. Poznaliśmy ją dobrze i zżyliśmy się bardzo. Fredzia była kotem inteligentnym, acz trudnego charakteru. Bywała złośliwa, egoistyczna. Pamiętam, że gdy ona sama była niemowlęciem, jej matka, uzyskawszy nieoczekiwany dostęp do cennych racji żywnościowych, zawsze pilnowała by naprzód najadły się maluchy, nie dbając o swój żołądek. Fredzia nie miała takich zwyczajów i zawsze sama rozpoczynała konsumpcję.
    Mimo że pozostała dzikim kotem, to nauczyła się żyć w symbiozie z ludźmi, czyli nami. Każda wizyta, nie tylko wakacyjna, ale także weekendowa, czy wręcz przyjazd na kilka godzin w celu oczyszczenia dachu lub innych drobnych spraw, niezawodnie kończył się widokiem kota, który w charakterystycznej dla siebie pozycji czekał na swą porcję mleka na ścieżce, na której zawsze mu je dawaliśmy. Nigdy nie posunęła się do wejścia do domku, ale gdy wypoczywaliśmy na frontowym trawniku, Fredzia bez żadnego skrępowania przycupywała ledwie kilka metrów dalej w cieniu pobliskich krzaków. Podczas jedzenia dawała się zaś głaskać do woli, byli nie po uszach i nie pod włos.

    Nasz kot to cała masa wspomnień, które niestety częściowo rozmyły się już w mrokach mojej pamięci. Pamiętam jednak smutną z punktu widzenia ludzkich sentymentów chwilę, gdy Fredzia w okrutny sposób wygoniła ze swego terenu własne dzieci w chwili, gdy uznała, że są samodzielne i zdolne do dalszego życia. Zrozpaczone kocięta (dwójka) potrzebowały mamusi i piszcząc chodziły za nią, ale ta fukając odżegnywała się od nich. Albo wiekopomne i niedocenione przez kota wydarzenie, gdy wcielając się w kociego kapłana wziąłem trzcinową miotłę, zanurzyłem w wiadrze z zimną wodą i pryskając na kota, oficjalnie ochrzciłem imieniem Fredzia. Ta jednak nie doceniła powagi chwili czmychając czym prędzej w krzaki.

    Aż pewnego roku przestała się pojawiać. Co więcej, gdy mieszkałem w leśnym domku przez blisko rok, również nie widziałem jej ani razu. Inna sprawa, że było to już ponad 10 lat od chwili, gdy ujrzeliśmy ją po raz pierwszy. Zapewne zakończyła życie jak zwykły, dziki kot, ale trochę szkoda, że nie mogliśmy się z nią pożegnać.
    Bo choć dziki, to był przecież nasz kot.



Ilustracja: spinelli/ pinezka.pl
 



Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl