Uśmiech księdza Alego


Uśmiech księdza Alego

   Przyglądam się czarno-białej fotografii. Jest na niej trzech kapłanów w ciasnym, surowo urządzonym pomieszczeniu. "O! to pewnie w jego pokoiku w kościele" mówi moja mama. Ks. Aleksander serdecznie obejmuje swego starszego brata, wesoło i czule uśmiecha się. Podpis pod zdjęciem brzmi: "Ks. Aleksander w ostatnich tygodniach życia z bratem ks. Tadeuszem i ks. Andrzejem Santorskim, który w bliskiej przyszłości zostanie jego następcą". 

   Aleksander Fedorowicz urodził się 16 czerwca 1914 r. jako ósme z dziewięciorga dzieci w ziemiańskiej rodzinie ówczesnych Kresów Wschodnich, w Klebanówce na Podolu. Po ukończeniu gimnazjum we Lwowie studiował na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza, by wkrótce przerwać studia na skutek nawrotów gruźlicy, która już wcześniej dawała znać o sobie. W r. 1935 wstąpił do Seminarium Duchownego we Lwowie, które znów opuścił w 1938 r. dla sanatorium.
   Wybuch wojny 1939 r. przekreśla, zdawałoby się ostatecznie, plany ukończenia studiów i kapłaństwa. Losy wojenne stykają go jednak w domu przyjaciół z ukrywającym się ks. Kowalskim, późniejszym biskupem pelplińskim, pod którego kierunkiem kontynuuje prywatnie naukę. W r. 1942 otrzymuje z rąk ks. arcybiskupa Twardowskiego święcenia kapłańskie, po złożeniu przez rodzinę zobowiązania, że w wypadku niezdolności młodego neoprezbitera do pracy pozostanie on na jej utrzymaniu.

   Pierwsze placówki duszpasterskie to trochę przypadkowa pomoc proboszczowi w Lipinkach pod Gorlicami, gdzie przebywał na rekonwalescencji. Bardziej samodzielna była już praca w cmentarnej kaplicy w Tywoni (parafia Jarosław). Pozostał tam niewiele ponad dwa lata, o rezultatach jego pracy mogą świadczyć wspomnienia pierwszych parafian, którzy po dwudziestu latach w bardzo żywy sposób umieją przypomnieć i opisać konkretne gesty i słowa tego osobliwego księdza, który jednemu w rąbaniu drzewa pomógł, innej chorej staruszce dom wysprzątał i węgla nanosił. Ten styl duszpasterzowania pozostał mu na całe życie.
   Kolejne jego etapy, znów znaczone pobytami w szpitalach, a w 1948 r. ciężką operacją thoracoplastyki, która ostatecznie zahamowała proces gruźliczy, to praca wychowawcza i duszpasterska w Zakładach dla Niewidomych w Laskach koło Warszawy i w Żułowie na Lubelszczyźnie, do których trafił za swym rodzonym bratem ks. Tadeuszem Fedorowiczem, jako pomocnik ciężko już wtedy chorego ks. Władysława Korniłowicza, współtwórcy Dzieła Lasek.

   Na progu domu w Laskach stanął dojrzały mężczyzna w sutannie, misiowatej postury. Twarz miał naznaczoną chorobą, lecz pogodną, uśmiechniętą, zza okularów błyskały żywe oczy. Przy sobie nie miał nic poza torbą z kilkoma książkami: Biblią, Summą Teologiczną św. Tomasza. Pod okiem doświadczonego, ale schorowanego już ks. Korniłowicza dojrzewał ostatecznie do objęcia własnej parafii, do ostatniego dzieła w swoim życiu. W 1950 r. prymas Wyszyński zaprosił do siebie kilku księży. Pytał się i radził, kto zgodziłby się zostać proboszczem kilku wiosek na obrzeżu Puszczy Kampinoskiej. "Chyba ja, ojcze" powiedział ks. Aleksander. "Oni potrzebują ojca" odrzekł kardynał. Parafia w Izabelinie została erygowana przez Stefana Wyszyńskiego i powierzona ks. Aleksandrowi Fedorowiczowi 15 lipca 1951 r., dokładnie na 14 lat przed jego śmiercią.

   Jedno z pierwszych zdjęć w archiwum izabelińskiego Kościoła przedstawia zebranie wiernych na leśnej polanie w sprawie budowy świątyni. Wśród sosnowych drzew siedzą kołem mężczyźni i kobiety, poznają swego nowego proboszcza, siostry zakonne pilnują porządku obrad. Ks. Aleksander oświadcza: "Choćbym miał budkę postawić, ale Najświętszy Sakrament będzie w środku". Jego zapał udziela się zebranym. Proboszcz z Izabelina chciał, by parafia była rodziną skupioną wokół Chrystusa. To zebranie było pierwszym krokiem na tej drodze.
   Dzięki ofiarności biednych ludzi, którzy ledwo wiązali koniec z końcem, żyjąc ze sprzedaży bogactw leśnych, lub rolnictwa na piaszczystej, nieurodzajnej ziemi, już 13 lipca 1952 r., więc w ciągu roku bez dwóch dni od erygowania parafii, kościół stał i odbyła się pierwsza Msza św...
    Moja babcia wspomina, że jej mąż czasami i nocował przy budowie, aby móc rano szybciej zacząć robotę, narzekała, że woli towarzystwo sióstr zakonnych i księdza, niż jej. Stanęła świątynia i zawiązała się pierwsza nić wspólnoty, ludzie poczuli, że mają swój własny kościół. Wkrótce miało się okazać, że mają też swojego pasterza.

   Dla ks. Aleksandra zaczął się okres żmudnej pracy. Obchodził teren swojej parafii, docierał do każdego domu, do każdej rodziny. Przemierzenie rozrzuconych po Puszczy Kampinoskiej wiosek Hornówek, Sieraków, Pociecha, Izabelin, Truskaw wymagało dużo czasu i wysiłku, ale on to robił z prawdziwą radością. W niedługim czasie znał już większość swoich parafian z imienia i nazwiska. Potrzeby nowo budowanego kościółka były duże, trzeba było go wykończyć, przyozdobić.
   Ks. Aleksander żył w biedzie, tak jak jego parafianie. Od początku jednak wprowadzał zdrowe zasady współżycia. Na jednej z pierwszych Mszy zastrzegł się raz na zawsze, że nie skorzysta z rad, by dla podniesienia ofiarności, bardzo potrzebnej młodej parafii, wprowadzić imienne podziękowania. Mówił: "wiem, Drodzy moi, że ten kto mi radził w ten sposób, dobrze zna ułomność ludzkiego serca. Mnie się jednak zdaje, że Jezus nie czułby się dobrze w ścianach, które postawiła ludzka pycha. Kościół Chrystusowy ma być postawiony z ofiar miłości." Tej zasady trzymał się zawsze, sam będąc jej żywym przykładem.

   Jego Kościół był otwarty, każdy mógł przyjść do księdza, poradzić się, poprosić o pomoc, pogadać. Zakrystia szybko stała się centrum parafii. To tutaj spotykali się ludzie z okolicy. To tutaj bawiły się dzieci pod okiem sióstr zakonnych. Mogły zawsze liczyć na pajdę chleba z cukrem, ciastko, kubek herbaty. W naprędce skleconych barakach, przy stole ks. Aleksandra, nierzadko spotykał się profesor ze stolarzem ze wsi na talerzu zupy z kromką chleba. Moja mama wspomina go jako uśmiechającego się do wszystkich człowieka, gotowego do pomocy, obchodzącego wioskę w pocerowanej sutannie. Kiedy pytałem się babci o ks. Fedorowicza, uśmiechnęła się tylko i powiedziała: "Dobry człowiek był".

   Ks. Aleksander starał się wciągać ludzi w życie we wspólnocie. Prowadził rekolekcje, przygotowywał młode pary do ślubów, rodziców do chrztów, dzieci do Pierwszej Komunii, pisał do parafian listy, a nade wszystko był jednym z nich i starał się to podkreślać swoim życiem. Organizował coroczne wyjazdy do Częstochowy. Uczestnicy składali się na koszty podróży, noclegu, a także kary, którą niezmiennie, co roku, ksiądz był obciążany przez PRL za nielegalną wycieczkę.
   Prowadził także walkę z alkoholizmem. Próbował nakłaniać mężczyzn do zobowiązań wielkopostnego niepicia, organizował pogadanki, założył Parafialne Koło Trzeźwości, nierzadko w kościele padały z jego ust gorzkie i ostre słowa. Z drugiej strony przygarniał pod swój dach pijanych parafian, wyciągał ich z rowów i opiekował się. Jednak zapytany, jakie akcje społeczne prowadzi, odpowiedział bez wahania: "Jedyną akcją społeczną w parafii jest Msza święta". To było centrum jego posługi.

   Nie dla siebie przecież trudził się, lecz dla Boga, to zawsze podkreślał, dlatego właśnie w Najświętszej Ofierze, w której dzięki jego kapłańskiej posłudze ludzie spotykali Chrystusa, upatrywał centrum życia. Od początku zaczął uczyć znaczenia Mszy św., nierzadko przerywał na chwilę celebrację, by wytłumaczyć zebranym znaczenie kolejnego aktu liturgii. Wprowadził jeszcze przed zakończeniem Soboru Watykańskiego czytanie tekstów polskich przez świeckich równolegle z kapłanem, który prowadził nabożeństwo po łacinie, a także odprawiał Mszę św. twarzą do ludzi. Na te wszystkie zmiany dostał w 1956 r. specjalne pozwolenie księdza Prymasa. Kardynał Wyszyński, więziony w tym czasie w Komańczy przez władze PRL zdołał wysłać wiadomość treści: "Tobie pozwalam odprawiać Mszę św. twarzą do ludzi i tym księżom, którym Twoja roztropność pozwoli.”

   Izabelin i opactwo w Tyńcu były pierwszymi miejscami w Polsce, gdzie w taki sposób sprawowano liturgię. Wszystkie starania szły w kierunku prawdziwego, wspólnotowego przeżywania Mszy. Ks. Aleksander zachęcał, wręcz wymagał czynnego uczestnictwa w nabożeństwie. Ćwiczył odpowiedzi na słowa kapłana: "Pan z wami", "I z duchem twoim". Nade wszystko walczył o głośne i świadome "Amen" kończące Kanon. Gdy był zadowolony ze swoich parafian, nie wahał się powiedzieć po mszy: "Dzisiaj bardzo dobrze się nam udało".
   Wiele serca wkładał w uczenie dzieci ministrantury. Siostra Anna, pomagająca księdzu, przypomina sobie sytuację, w której do proboszcza piszącego jakiś ważny dokument na maszynie przyszło kilku chłopców z prośbą, by ich nauczył służyć do Mszy. On bez wahania wstał i poszedł z dzieciakami do kościoła ćwiczyć. O jego trosce świadczyć może także dumny zapisek w "Kronice": "Służyć do Mszy św. umieją: Bogdan Szewczyk, Jurek Bukowski, Andrzej Czapczyński, Waldek Owczarski z Izabelina oraz Zbyszek Milej z Truskawia".

   W lutym 1959 r. objawił się pierwszy zwiastun śmiertelnej choroby. Po badaniach okazało się, że ks. Ali cierpi na złośliwego raka, guzek na początku wykryto w pachwinie. Nie załamał się jednak, nadal, choć z bolącą nogą, obchodził teren swojej parafii. Później musiał już jeździć na starym motorowerze, gdyż był zbyt słaby i obolały. Przez ostatnie lata posługi, przerywanej pobytami w szpitalu, pomagał mu ks. Bronisław Piasecki, niedawny parafianin ks. Fedorowicza, który przyjął święcenia kapłańskie, jeszcze jeden widzialny owoc jego duszpasterzowania. Nawet w szpitalu nie przestawał proboszcz myśleć o swoich wiernych. Pisał do nich listy. Na niecały rok przed śmiercią w grudniu 1964 r. napisał:
"Moi kochani, żałuję, że nie będę jutro, w niedzielę, razem z całą parafią przy ołtarzu w Izabelinie. Mszę św. w Waszej intencji odprawię tutaj, w kaplicy szpitalnej wśród chorych. W Komunii św. złączę się z Wami i będę z Wami, bo dla Boga i dla miłości odległość nie ma znaczenia. Serdecznie dziękuję za tyle dowodów troskliwości o moje zdrowie i moje potrzeby. Dziękuję za dary, a najbardziej za modlitwy. Wzruszyła mnie dobroć parafian z Sierakowa, którzy przysłali mi zebrane pieniądze w trosce o to, by mi na niczym nie zbywało. W tym jest miłość, a gdzie jest miłość, tam jest Bóg i życie. Pragnę Was uspokoić. Mam wszystko, czego mi potrzeba, aby się leczyć i odżywiać dobrze. Lekarze są bardzo troskliwi, czuwają nad moim zdrowiem. Kurację przechodzę bardzo uciążliwą, ale robią nadzieję, że na Święta już wrócę do domu. Bogu Was wszystkich i wasze rodziny gorąco polecam. Trwajcie w jedności i miłości."

   Po kolejnych bezowocnych wizytach w szpitalu w maju 1965 r. wypisano go, gdyż był tak chory, że dalsze leczenie nie miało sensu, a on chciał być w swojej parafii. Odwiedzało go mnóstwo ludzi, starał się przyjąć wszystkich, żegnał się, napominał: "Pamiętaj, pogódź się z żoną, Olesia zapisz do szkoły. Co z Wiesią, czy wybaczyłeś już żonie". Ksiądz Tadeusz, starszy brat Aleksandra i jego spowiednik musiał w tym czasie wyjechać na rekolekcje kapłańskie i bał się, że nie zastanie go przy życiu, ale on mu powiedział: "Do czwartku".

   W czwartek 15 lipca 1965 r. umarł. Moja mama pamięta jak dziś, że koło godziny 12 rozległy się w Izabelinie kościelne dzwony, nie biły jednak na Anioł Pański. Pogrzeb odbył się 17 lipca, lał rzęsisty deszcz, ale to nie przeszkodziło tłumom ludzi z całej parafii serdecznie i z wielkim smutkiem żegnać swojego pasterza.

   Do cmentarza w Izabelinie wiedzie od nowego białego kościoła ścieżka pośród sosnowego zagajnika. Ten skrawek poświęconej ziemi przy ulicy Ks. Aleksandra Fedorowicza jest bardzo spokojnym miejscem. Kiedy byłem tam w lipcu 2002 r. świeciło słońce i drzewa okrywały cieniem ciche mogiły. Słychać było świerszcze, śpiewały ptaki, latały motyle cytrynki, cmentarz był pusty i wyglądał jak oaza ciszy. Z lasu, który pojedynczymi iglakami wdziera się na teren nekropolijki napływał chłód. I właśnie tu, w tej cichej piaszczystej ziemi pochowano Ks. Alego. Jego grób znajduje się, wbrew jego prośbom, na honorowym miejscu, naprzeciwko głównego wejścia, ocieniony starymi drzewami. Ma się wrażenie, że uśmiechnięty ksiądz stoi na czele swoich parafian i prowadzi ich przez bramę cmentarza w ostatnią podróż.


----
Bibliografia:
Chrześcijanie, red.: Bogdan Bejze, W-wa 1974r., Akademia Teologii Katolickiej
Uśmiech księdza Alego – Dzieje parafii świętego Franciszka z Asyżu w Izabelinie Alina Petrowa Wasilewicz, W-wa 2001r.
Rozważania i myśli, Ksiądz Aleksander Federowicz,  redaktor: Ks. Tomasz Bielski SAC. Pallotinum, Warszawa 1971r.

Tekst pierwotnie ukazał się w Tygodniku Rolników "Obserwator"

{jos_smf_discuss:Zielona Herbata}

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl