Mój Sierpień

...i społeczeństwo

   Wreszcie nadszedł dzień odlotu. Była to niedziela, trzydziesty pierwszy. Z kabaretu wracamy do Historii. Niepewność, jak się skończy. Wejdą? Nie weszli. Na Okęciu, a może na Dworcu Centralnym włączony był telewizor. Od wzywania duchów na Powązkach minął miesiąc. I minęła epoka, której odejście przypieczętował olbrzymim długopisem wąsaty stoczniowiec z Matką Boską w klapie.


   Moje pierwsze bezpośrednie zderzenie z polityką nastąpiło w 1968 roku. Pamiętam co prawda nawet zamach na Kennedy’ego, ale w marcu 1968 polityka podeszła pod mój dom. Już coś słyszeliśmy o zdjęciu "Dziadów", aresztowaniu studentów, zamieszkach w Warszawie, ale dopiero w poniedziałek, jedenastego, dotarło to do Gliwic. Na końcu ulicy mieszkał rektor Szuba (idzie wiosna, trzeba zdjąć Szubę), więc pod naszymi oknami przeszli studenci. Bywalec pochodów, pierwszy raz w życiu zobaczyłem spontaniczną manifestację. Studenci szli krzycząc "Wolność studentom Warszawy!" i "Prasa kłamie!", po czym z naszego okna posypały się pierwsze gazety, przygotowywane na szkolną zbiórkę makulatury. Wyrzuciła je mama, zaprawiona w przewożeniu lewych kennkart i różnych takich za Niemca. Inne okna zareagowały podobnie, chłodny marcowy wieczór rozjarzył się zwiniętymi Trybunami Robotniczymi.
   Dzień, dwa później poszła wieść po szkole (ósma podstawowa), że na Placu Krakowskim będzie demonstracja. Wszystkie chłopaki próbowały tam podejść, ale milicja blokowała dostęp. Pochodziłem jeszcze trochę po mieście, po czym wróciłem do domu. Po kwadransie wrócili też tato i mama; byli na obu końcach ulicy Zwycięstwa, mama przy Rynku, tato przy dworcu i opowiadali o milicjantach, psach i pałach. Później dowiedziałem się, że jeden kolega krzyczał "gestapo" i uciekał potem za darmo taksówką po całym mieście.

   Potem zobaczyłem w telewizji rozgniewaną klasę robotniczą (jo tu ciynżko pracuja, a oni sie tam buntujom) z plakatami "Studenci do książki" i naszymi ulubionymi "Syjoniści do Syjamu" i "Więcej robotników i chopów (sic!) na wyższe uczelnie". Tak to utrwaliło mi się skojarzenie jedynie słusznegu ustroju z epitetem "dyktatura ciemniaków". Przy czym nie chodziło tu o prawdziwych robotników, bo prostota może być szlachetna, lecz o to otaczające nas bezczelne chamstwo, nagonkę na Jasienicę, promowanie docentów marcowych (warunek: wydać skrypt i dwóch kolegów) i antysemityzm. Po wakacjach 1969 nie pojawiła się jedna koleżanka – okazało się, że jest Żydówką i wyemigrowała do Izraela. Dziś by jej nazwisko mówiło mi więcej, ale wtedy to było coś nowego.

   W dalszym ciągu przebiegały polskie miesiące: grudzień, czerwiec... Wreszcie nastał sierpień. Dzięki egzaminowi z języka udało mi się załapać na kurs językowy we Francji w Dijon. Wieczór przed wylotem spędziłem u cioci w Warszawie. Był to pierwszy sierpnia. Ciocia z wujkiem zaproponowali, by pójść na Powązki. Poszliśmy. Był to tajemniczy świat. Znicze. W szyku wojskowym chłopcy z Zośki i Parasola. Grupa zniczy okazała się grobem katyńskim. Światła świec, białe krzyże i cienie ludzi. Ktoś szepnął: To Wajda! Gdy wracaliśmy, żegnała nas łuna płomieni. Czyścowe duszeczki, każda spieszcie do gromady, gromada niech się tu zbierze, oto obchodzimy Dziady!

   We Francji skoncentrowałem się na języku, burgundzkich romańskich kościołach i kuchni. Jadłem ślimaki, odwiedzałem Autun i Vézelay. Gdy wykładano nam, jak wyznawcy rozumu przeznaczyli opactwo w Cluny na kamieniołom, ktoś z Polaków szepnął: No tak... Po latach widziałem to miejsce: pozostał fragment nawy bocznej, a w pobliżu rue de la Révolution jak prowokacja lub niemy wyrzut.
   Rzeczywistość polska nie opuszczała nas. Rozmowy między nami robiły się bardziej poufałe. Prorektor pewnej uczelni chwalił się swoim sprytem – regularnie dostawał przydział na nową ładę, którą po dwóch latach sprzedawał z zyskiem. Za plecami komentowaliśmy, że to chyba my mu to stawiamy.

   Piętnastego pojechaliśmy na wycieczkę do Genewy. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy w Narodach Zjednoczonych wszystkie gazety w kiosku miały na pierwszej stronie informacje z Polski. Z Polski, czyli znikąd. I się zaczęło. Kupowanie gazet, słuchanie radia. Wydawało się, że jeżeli jesteśmy po przeciwnej stronie Monachium niż zagłuszaczki, powinniśmy odbierać Wolną Europę bez problemów. Okazało się jednak, że fale rozchodzą się inaczej, dalej – była to ta sama katorga, co w Polsce. Ale jakieś informacje zaczęły do nas dochodzić. Usłyszeliśmy o działaczu nazwiskiem Lesz Waléza, z akcentem na ostatnią sylabę. Pojawiła się lista postulatów. Podwyżka diet, coś o urlopach, BHP i świadczeniach. Ale pierwszy mówił o wolnych związkach. Bardziej doświadczeni wśród nas byli pewni, że albo się go skreśli, albo do nas wejdą. Kto wejdzie? Ruskie czołgi, kto inny?! Podówczas w pytaniu "wejdą, czy nie wejdą" było jasne, o kogo chodzi. Więc wejdą, czy nie?

   Tak minęła druga połowa sierpnia. Na ostatnie dni pojechaliśmy do Paryża, nocowaliśmy w ośrodku Polskiej Akademii Nauk przy rue Lamandé. Polonijne sprzątaczki mówiły podniecone, że w Polsce będą wolne syndykaty. Gdy obok toczyła się Historia, oglądaliśmy impresjonistów, biegaliśmy po Luwrze od Wenus z Milo do Mony Lizy przez Nike z Samotraki, a wieczorem napatoczył nam się prawie sam z siebie Plac Pigalle. Nie widzieliśmy sprzedawców kasztanów i nie sprawdziliśmy, kiedy je lubi Zuzanna, lecz gdy przechodziliśmy obok jakiegoś podejrzanego lokalu, my – przybysze ze wschodu o przydziałowych dziesięciu dolarach i resztkach stypendium od Valérego Giscarda d'Estaing, zaczepił nas jakiś arabski bramkarz. Powiedział, że rozpoznał nasz język – a była w naszej grupce słowiańska blondyna – i zaprosił w imieniu szefa do środka. Czerwonym blaskiem otoczone dziewczyny prezentowały swe wdzięki, na stole w kubełku chłodził się szampan (którego bez jednoznacznego zaproszenia nie ruszyliśmy), a my siedzieliśmy tam, zawieszeni gdzieś między Europą a Syberią.

   Wreszcie nadszedł dzień odlotu. Była to niedziela, trzydziesty pierwszy. Z kabaretu wracamy do Historii. Niepewność, jak się skończy. Wejdą? Nie weszli. Na Okęciu, a może na Dworcu Centralnym włączony był telewizor. Od wzywania duchów na Powązkach minął miesiąc. I minęła epoka, której odejście przypieczętował olbrzymim długopisem wąsaty stoczniowiec z Matką Boską w klapie.

 

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl