Mój 11 września (Zakopane)

Kapsuła czasu

   To był dziwny jesienny dzień, bijący w oczy urokiem barw prawdziwej tatrzańskiej jesieni. Po raz pierwszy od kilku lat zdecydowałam się pojechać do Zakopanego – miasta kojarzącego mi się z beztroskimi wakacjami lat szkolnych, pierwszymi górskimi wędrówkami i zachwytem przyrodą oraz majestatem najwyższych rodzimych gór. Nie była to łatwa decyzja powrotu do ukochanych miejsc, gdyż każdy załomek, dolina, szczyt kojarzyły mi się z bliską osobą ojca, który odszedł z tego świata kilka lat wstecz po kilkumiesięcznej walce z nowotworem i nigdy nie zdążył tak naprawdę pożegnać się z umiłowanymi Tatrami. 

   Jesienny wypad w góry był więc symbolicznym spełnieniem dawnej prośby. Choć nie udało mi się sprowadzić prochów taty na zielone hale i sprawić, by podmuchy wiatru uniosły drobiny w poprzecinane potokami kotliny, miałam ze sobą garść ziemi z poznańskiego cmentarza wiezioną pociągiem w plastikowym pudełku.
   To właśnie 11 września zdecydowałam się na wjazd kolejką linową na Kasprowy Wierch oraz dopełnienie tego rytuału, który od lat leżał mi na sercu.

   W Zakopanem od rana pogoda była w kratkę. Mgły przechodziły nisko nad uliczkami, by dać po chwili szansę słońcu, które wkrótce znikało za kotarą ciężkich, ciemnych chmur. Wrzesień bywa w górach złudny i nieprzewidywalny. Kilka warstw ubrań okazało się zbawienne na zupełnie zasypanym śniegiem Kasprowym. Z czapką naciągniętą na uszy, pożyczoną od tatrzańskiego przewodnika mieszkającego na tej samej kwaterze co ja, w grubych rękawicach i kurtce zarzuconej na dwa najcieplejsze swetry ruszyłam w kierunku Świnickiej Przełęczy, mając po prawej ręce stromo opadający ku słowackim dolinom stok. Mniej więcej po kwadransie wyjęłam z plecaka małe zawiniątko i wyciągając przed siebie dłoń, wyrzuciłam całą zawartość ku polskiej stronie gór.
   Po powrocie do Kuźnic i zejściu pieszo do centrum zaskoczyły mnie spore grupy skupionych, milczących ludzi i świece palone przed kościołem, a nawet bezpośrednio na chodnikach. Początkowo myślałam, że to jakieś nieznane mi miejscowe święto, później że rocznica górskiej tragedii, która pochłonęła niewinne ofiary ludzkie. Prawdę poznałam wyjąwszy z plecaka telefon komórkowy pełen smsów o porażającej treści od rodziny i przyjaciół. Brzmiały tak nieprawdopodobnie, że tam – na zakopiańskich uliczkach – trudno było uwierzyć w odczytywane słowa.
   Zaszokowana udałam się od razu na swoją kwaterę położoną nieopodal skoczni narciarskich i szybko poszłam do kuchni, chcąc napić się czegoś rozgrzewającego. Stał tam włączony już telewizor, wokół którego siedziała grupka innych gości z różnych części Polski. Sceny wyświetlane na ekranie zdawały się kadrami efektownego filmu science fiction lub dobrze zmontowanego thrillera. Bezpośrednia relacja z centrum wielkiej tragedii sprawiała, że odległości zatraciły swój wymiar, a sceny transmitowane z Nowego Jorku rozgrywały się niemal na naszych oczach, dając wrażenie przebywania dokładnie w miejscu ataków terrorystycznych. W chwili, kiedy po raz pierwszy ujrzałam powtarzającą się potem wielokrotnie scenę samolotu uderzającego w budynki WTC, czas zatrzymał się w miejscu, a uczucia, jakie się we mnie zrodziły, mogły pewnie przypominać strach i niepewność Polaków w chwili wybuchu wojny. Kolejne godziny mijały niemal nieodczuwalnie, a ja siedziałam w grupie nowopoznanych osób i wszyscy wpatrywaliśmy się w migoczący ekran telewizora prawie ze sobą nie rozmawiając. Trudno było wtedy dobrać jakiekolwiek słowa.

   Późnym wieczorem wybrałam się jeszcze na spacer Krupówkami w kierunku stacji kolejki na Gubałówkę. Położony w dolnej części zakopiańskiego deptaku kościół Świętej Rodziny migotał jak pochodnia, rozświetlany od wewnątrz lampami, świecami i zniczami. Setki osób modliło się w świątyni, jak również na zewnętrznym dziedzińcu oraz pod płotami przy otaczających budowlę uliczkach. Na kamiennych schodach rozłożono amerykańskie flagi, kolejne zarzucone były na kuty metalowy płot, inne ściskali w dłoniach zgromadzeni mieszkańcy i turyści. Wszędzie płonęły znicze. Ludzie w milczeniu lub z szeptem modlitwy na ustach przystawali, klękali bądź niespiesznie spacerowali. Liczny i gwarny jak co roku tłum zdawał się po raz pierwszy wielkim milczącym korowodem, a zmienione bólem i przerażeniem twarze jednoczyły się w tych pełnych napięcia chwilach. W powietrzu wisiał jakiś nieokreślony lęk przed nieznanym, niepewnością jutra, strach przed kolejną wojną.

   Tak pozostał w mojej pamięci dzień 11 września. Do dziś jest wyraźnym wspomnieniem chwil, w których dokonałam symbolicznego pożegnania w imieniu mego taty z górami, a w którym to jednocześnie świat na chwilę stanął w miejscu i otworzył szeroko zdziwione oczy. Ten dzień był naznaczony moimi łzami – kiedy grudki ziemi ulatywały na wietrze niesione w piękny górski krajobraz – gdyż cała gama wspomnień wtargnęła siłą w rzeczywistość plasując się przed inne, mniej bolesne myśli. Ale moje łzy były drobnymi kroplami wobec tysięcy osób opłakujących jeszcze tego samego dnia tragicznie zmarłych, drżących o los zaginionych, mających nadzieję i szybko tracących ją. W tamtym dniu, każdy z nas czuł, że tragedia rozegrana setki tysięcy kilometrów stąd dotyczy również jego. Na moment zatarły się różnice, a my wszyscy byliśmy mieszkańcami jednej planety, pragnącymi jedynie pokoju.
   Większość z nas utraciła wtedy nadzieję na lepszy świat, zdążający ku lepszym czasom. Po 11 września nauczyłam się żyć ze świadomością tamtych zdarzeń i wiedziałam, że nie da się wymazać z pamięci chwil, które zmieniły bieg historii – zarówno tej wielkiej, jak i historii życia każdego z nas.


Zobacz też:
Septembereleven (Anna Fudyma)
9/11 (Nowy Jork) (Anna Kubala)
Jeden dzień w życiu informatyka (Jan Śliwa)
11 września (Dusseldorf) (Joanna Titeux)

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl