Septembereleven

Kapsuła czasu
   Ilustr. Anna Fudyma/AnetaHg/pinezka.pl



Spacer po Manhattanie dla kogoś, kto znalazł się tam pierwszy raz, jest jak pierwsza lektura Hamleta: z mniejszym lub większym zdumieniem odkrywasz, że właściwie doskonale to znasz, od zawsze, w prawie każdym szczególe.


   Niby na przykład takie piramidy egipskie, też każdy wie, jak wyglądają. Ale kiedy się obok nich znajdzie, fakt, że najlepszy punkt do robienia zdjęć znajduje się w toalecie w Pizza Hut, jest jednak zaskakujący w porównaniu z tym, czego się człowiek spodziewał. A w Nowym Jorku właśnie zaskoczenie polega na tym, że jest dokładnie tak, jak sobie wyobrażał.
   Ma się – jak chyba nigdzie indziej – wrażenie, że nagle wskoczyło się w sam środek tysiąc razy oglądanego filmu. Wiadomo, co jest za najbliższym zakrętem. W głowie idzie ścieżka dźwiękowa z kina. Nawet, jeśli naprawdę dookoła słychać głównie samochody, wydaje się, że zza węgła zaraz wyłoni się twarz znana z okładki People (co w rzeczy samej jest zupełnie prawdopodobne). Również worki śmieci na ulicach są do tego stopnia integralną częścią nowojorskiego pejzażu, wpisaną w zachodnią kulturę, że Kubrick kręcąc Oczy szeroko zamknięte importował je do Londynu na potrzeby scenografii. Jest tylko jedna rzecz, której nie widać na taśmie filmowej: zapach. Ulice Manhattanu pachną prażonymi w cukrze migdałami.
   Właściwie mnóstwo ludzi ma tam swoje ulubione miejsca, nigdy tam nie będąc i nie do końca zdając sobie z tego sprawę.
   New York City to dla współczesnych mieszkańców Ziemi coś więcej niż popularne miejsce. W tym czasie, gdy odległości między kontynentami i kulturami maleją, a języki nie nadążają  za tym procesem, wiele pojęć zostanie zastąpionych obrazami i idę o zakład, że dla wielu Ziemian panorama Manhattanu jest w tej chwili bliższa i budzi więcej skojarzeń niż na przykład słowo "Bóg" w różnych europejskich językach.

•••

   Dwie wieże królujące nad miastem dla milionów ludzi znaczyły coś więcej niż miejsce na mapie. Mało które miejsce na Ziemi jest tak charakterystyczne, że pamiątkowe zdjęcia jednej osoby budzą wspomnienia innej, każda ławka, każdy budynek jest scenografią czyjejś historii. Nie musieli tamtędy codziennie przechodzić, to mogły być tylko małe wspomnienia, migawki, nawet niekoniecznie osobiste, nawet tak drobne, że zmieściłyby się na samoprzylepnych karteczkach. Ale z milionów karteczek można zbudować monument.


   Są tak ogromne, że wydają się być na wyciągnięcie ręki. To zmyła, spacer zajął dobre dwie godziny. Na Wall Street jest przedziwne światło: słońce na sam dół nie dociera, ale nie jest ciemno: ulice zanurzone są w jego promieniach, odbitych od tysięcy szyb.
   Bliźniacze budynki są połączone przezroczystym korytarzem nad ulicą, jego dolna część błyszczy się jak świeżo wypolerowana i odbija do góry nogami taksówki i przechodniów.  W hallu stoi gigantyczna kolejka chętnych do jazdy na dach, ochrona sprawdza każdego, czy nie ma tam przypadkiem bomby między kanapkami a przewodnikiem. W ogromnych windach niemożebny tłok. Są tak naprawdę przerażająco – klaustrofobiczne. A co będzie, jeśli się coś stanie? jakiś pożar? awaria? katastrofa? Jaka znowu katastrofa! zwariowałaś, co ci do głowy przychodzi?

   W przestronnym atrium na środku stoi rzeźba, już nie pamiętam, czy rzeźba była jednocześnie fontanną, ale to nie jest problem: przecież widziały ją miliony ludzi i ktoś na pewno zapamiętał ją lepiej. Wokół niej nowojorczycy i turyści siedzą i jedzą lunch. Zapach prażonych migdałów rozchodzi się wszędzie, uliczny muzyk wbija się w miejski szum ze swoją ścieżką dźwiękową.

2
   Listopadowy wieczór, w wypolerowanych detalach, srebrzystym portalu, wypucowanych rękami polskich sprzątaczek szklanych ścianach i marmurach odbijają się niezliczone światła. Widać, że mnóstwo pracy i pieniędzy musi kosztować utrzymanie tego holu z drzewami rosnącymi w środku, który przecież sam w sobie do niczego nie służy, ale "oni" mogą sobie na to pozwolić. Mija piąta, przez przeszkloną ścianę pizzerii widać, jak z wind wylewa się rzeka ludzi w kołnierzykach i miesza z turystami. Mały człowieczek w brzuchu domaga się jedzenia. Za parę miesięcy zamieni się miejscami z tymi, którzy właśnie nas mijają: on będzie na tym świecie, a oni na tamtym. Teraz przechodzą przez hall, którego każdy cal kwadratowy mówi: "Jeśli na świecie istnieje potęga, to jej ulubione miejsce jest tutaj". Potęga oswojona i pogodna, uświadamiam sobie, stojąc przed jakimkolwiek budynkiem Speera nie przyszłoby mi do głowy sprawdzić, czy w środku serwują pizzę.

3
   Podręcznik mówi, że gdzieś tam wydano potężną forsę, żeby istniejące lotnisko dostosować do wymogów Feng Shui. I to niby ma być dowód na to, że Feng Shui działa, chociaż, myślę sobie, jest to raczej dowód na to, że na tym da się zrobić grubą forsę. O, co tutaj mamy: stawiając budowlę, należy szukać miejsca, w którym tył będzie zasłonięty i chroniony jakąś górą czy czymś takim. Lokalizacja przypominająca gwoździa wystającego z deski, prowokującego, żeby go wbić, przynosi nieszczęście. No też mi rewelacja, wystarczy popatrzeć na WTC, toż to nie jeden gwóźdź, a dwa wystają na samym brzegu manhattańskiej deski, znajdzie ktoś młotek na taką potęgę?

4
   Dzień jakiś taki ani słoneczny, ani deszczowy, ani ciepły, ani zimny, nudny, żaden, taki, że najlepiej go przespać. Albo pójść w końcu do sądu i złożyć Wniosek o Zwolnienie z Obowiązku Przedłożenia Zaświadczenia o Zdolności Prawnej do Zawarcia Związku Małżeńskiego, co sprawi, że przedpołudnie będzie zmarnowane, ale takie przedpołudnie na zmarnowanie się idealnie nadaje. Kilkutygodniowy człowieczek śpi w nosidełku, trudno powiedzieć, czy to jego obecność sprawiła, że świat się wydaje otwarty i przyjazny, czy przeciwnie, pojawił się, bo wydawało się, że właśnie jest na tyle dobrze i spokojnie, że można na świat kogoś zaprosić. Ten cały wniosek trzeba złożyć, żeby mały miał drzwi na ten piękny świat szerzej otwarte. Ekonomia hula nie najgorzej, proces pokojowy na wschodzie jakoś idzie do przodu, żadne nowe konflikty ostatnio się nie pojawiały na horyzoncie. Pani w okienku podawczym przybija na kopii wniosku czerwoną pieczątkę z datą: 11 września 2001. W tym samym momencie na bostońskim lotnisku samoloty pełne benzyny grzeją silniki.

5
   K. ma nos czerwony od płaczu, tam jest cała jej rodzina, wszyscy przyjaciele. W oknie stoi stopiona resztka świecy. Wiecie co, myślę sobie, właściwie ktoś teraz powinien pozbierać te kawałki gruzów, które tam leżą. Właściwie to ktoś mógłby na tym nawet biznes zrobić. Patrzą na mnie jak na nienormalną, zwłaszcza K. Na Akropol co roku kilkanaście ciężarówek przywozi "antyczny" gruz, bo turyści chcą sobie zachować kawałek historii cywilizacji dla siebie. Wrak Titanica czy Pompeje fascynują miliony ludzi. Czy ktokolwiek ma wątpliwości, że z WTC będzie inaczej, nie teraz, ale za kilkadziesiąt lat, kiedy obrośnie legendą?

6
   K. na święta pojechała do domu, właśnie wróciła. No i jak? "Tam wciąż czuć spalone ciała".



   Wieże wciąż płoną. Zawaliły się, wiatr w końcu po wielu miesiącach wymiótł swąd palonych ciał, ale one wciąż płoną. To, co należało do tamtego dnia, drobne relikwie: "Turn off the light" Nelly Furtado, którą radio tamtego dnia nadawało co godzinę jako powerplay; zdumiony głos w telefonie "Słuchaj, te wieże, co tu stały, ich nie ma"; idiotyczne żarty polegające na dopisywaniu Kaczora Donalda na internetowych listach zaginionych; konstatacja, że Łukasz Bułka to nie jest postać fikcyjna z piosenki o Natalii w Brooklynie tylko realnie istniejący dziennikarz, mający swoje pięć minut w polskich mediach; powtarzana w nieskończoność relacja Polki, urwana niczym hejnał na słowach "Pobiegliśmy w stronę Brooklyn Bridge"; relacje tych, którzy się cudem uratowali: ktoś się spóźnił do pracy, bo obiecał żonie powiesić firanki, ktoś odprowadzał tego dnia dziecko do szkoły i idąc do pracy widział, jak biuro z jego pracownikami wylatuje w powietrze, polska sprzątaczka, której życie uratowało lenistwo i gadulstwo, bo powinna być na dziewięćdziesiątym którymś piętrze, ale się zagadała na parterze z koleżanką; głos prawiemęża słuchającego polskiego radia: "Biały Dom? Co to jest Bialy Dom? Wy tak mówicie na White House? A na U2 mówicie U Dwa?";  Janina Ochojska prosząca o zapalenie świeczek w oknach i o to, żeby nie oddawać krwi, bo przepisy sanitarne, bo coś tam; Kaczkowski mówiący o zdjęciach zaginionych opatrzonych nazwiskami i numerami pięter, rozlepianych wszędzie, na jednym z nich młoda kobieta, uśmiechnięta, prześliczna, sto któreś piętro, czy miała szanse, nie miała, a jednak paradoksalnie dzięki temu, że gdzieś tysiące kilometrów od niej ktoś o niej powiedział w radiu, w tym świecie w którym żyjesz, jeśli media cię zauważą, jest bardziej żywa od wielu z nas; to uleciało jak samoprzylepne karteczki, papier ksero, spinacze i raporty, które zamiast znaleźć się na biurku szefa wylądowały na dnie Hudson River. 

A wieże płoną.

   Podobnie trochę jak Titanic, który niby leży na dnie oceanu, ale przecież każdy, kto miałby go narysować, wie, jak on wygląda: skierowany dziobem w niebo zanurza się powoli i nieubłaganie, od stu lat. I podobnie jak tysiące złaknionych wzruszeń widzów łkało nad fikcyjną śmiercią di Caprio Leonarda, przeżywając ją bardziej niż śmierć realnych ofiar, które przecież dzisiaj i tak by już dziś nie żyły, za jakiś czas tłumy będą wylewać łzy nad losem fikcyjnego strażaka lub maklera. Tylko przeminie, jak samoprzylepne karteczki, pokolenie tych, którzy mają szansę pamiętać. Dla następnych pokoleń Septembereleven będzie legendą znaczącą tyle, ile my zechcemy dla nich zapamiętać i zapisać w książkach, filmach, internecie.
   Septembereleven został obmyślony jako spektakularne widowisko – jesteśmy w jakimś sensie współwinni tej tragedii, bo gdyby nie dziwaczna skłonność ludzi do oglądania krwawych dramatów, gdyby nie pewność, że kiedy samoloty będą się wbijać w budynki ileś tam kamer będzie już w to miejsce wycelowanych, bo właściwie zawsze jest, zamach mógłby mieć inny przebieg... albo w ogóle nie mieć miejsca, bo przecież z zalożenia jest reżyserowany dla szerokiej widowni. Tu nie chodziło o to, żeby zabić iluś tam Amerykanów. Żeby kogoś zabić czy pognębić, niekoniecznie trzeba to robić przed kamerami. Rosjanie  Czeczenów czy Chińczycy Tybetańczyków wykańczają "za zamkniętymi drzwiami", nie pozwalając, żeby światowa opinia publiczna miała za wiele do powiedzenia. A nowojorskim zamachowcom nie tyle chodziło o tych, których zamordowali – martwi nie mogą się terrorystom na nic przydać – tylko, żeby przerazić żywych. Żeby już zawsze każdy, kto będzie oglądał cokolwiek, czy to zdjęcia z wakacji, czy to komedię romantyczną, której akcja dzieje się w Nowym Jorku, nie mógł się opędzić od myśli o tym, co tam się stało. Tak, jak nie sposób oglądać ze spokojem, na przykład, pogodnych fotografii zrobionych latem w trzydziestym dziewiątym.
   Czym będzie Manhattan i Septembereleven dla przyszłych pokoleń mniej zależy od tego, co sobie założyli terroryści czy Bush. Bardziej od tego, jakim znaczeniem my go napełnimy, zapisując i przekuwając jego historię w legendę.


Ilustracje: Anna Fudyma/AnetaHg/pinezka.pl


Zobacz też:
9/11 (Nowy Jork) (Anna Kubala)
Mój 11 września (Zakopane) (Monika_kot Śniedziewska)
Jeden dzień w życiu informatyka (Jan Śliwa)
11 września (Düsseldorf) (Joanna Titeux)


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl