Pamiętnik Sybiraczki


   Aż któregoś dnia nie wytrzymałam wyzwisk, straszliwej tęsknoty za dzieckiem, mężem, rodziną... i postanowiłam odebrać sobie życie. Gdy zakładali dynamit do wysadzania węgla, wszyscy musieli stamtąd wyjść. A ja upatrzyłam sobie dziurę, wlazłam tam i czekałam śmierci, czekałam, by mnie zasypało. Odpalszczyk badał teren, czy nikt nie został. A mnie jak na złość zaczął dusić kaszel. Usłyszał, zaczął mnie szukać i znalazł. Zbił mnie strasznie po twarzy, skopał. Napisał na mnie raport, groził mi karcer. Nie wytrzymywałam tej pracy. Nie mogłam już wytrzymać. Mój organizm po prostu był wycieńczony. Poszłam do naczelnika łagru, ale on mnie wyrzucił i powiedział, że w łagrze pracy się nie wybiera. Byłam bezradna! 


   Dla mnie i dla mojego syna nadszedł tragiczny dzień 9 stycznia 1945 roku. Rankiem wyszłam z domu po mleko, dziecko jeszcze spało. Po drodze spotkałam rejonowego, który pokazał mi nakaz aresztowania. Zapytałam go: za co? Powiedział, że do wyjaśnienia pewnych spraw. Przeprowadził w moim mieszkaniu rewizję i kazał mi pójść na komisariat. Uważałam, że nic złego nie zrobiłam, że pójdę wyjaśnić, o co chodzi, i zaraz wrócę. Mojego męża Niemcy zabrali na roboty, więc myślałam, że ta sprawa jest z nim związana. Niczego złego jeszcze nie przeczuwając zostawiłam na chwilę dziecko samo w domu i poszłam z rejonowym. Komisariat był na ulicy Marcina, niedaleko mojego domu. Po przesłuchaniu zostałam aresztowana, za nic, za to, że byłam Polką. Dziecko, wówczas 6-letnie, zostało wypędzone z domu przez rejonowego, mieszkanie zaplombowano. Mały Zbysio nie wiedział, co począć, płacząc poszedł na drugi koniec Lwowa do babci. Rano, przez okno aresztu zobaczyłam
pod komisariatem zapłakaną moją matkę z moim synem. Nic nie mogłam zrobić, oni mnie nie widzieli...

   Okazało się potem, że w tym czasie rozpoczęły się masowe aresztowania we Lwowie. Więzienia i komisariaty były pełne. Pytali o niestworzone rzeczy, podawali nazwiska, których nigdy przedtem nie słyszałam. Zarzucali mi, że mój mąż uciekł z Niemcami. Nie pomogły tłumaczenia, że mojego męża Niemcy wywieźli na roboty, wiedziałam tylko tyle, że pracował gdzieś na torach kolejowych w roku 1944 i do dnia mojego aresztowania nie wiedziałam, czy żyje ani gdzie się znajduje.

   W komisariacie przetrzymywali mnie przez dwa tygodnie. Pozwolono mojej matce przynosić mi jedzenie, ponieważ tam nie dawano nam nic do jedzenia. Pod oknem celi, w której siedziałam, stało moje dziecko, płakało, a ja nic nie mogłam zrobić. Serce pękało mi z bólu.

   22 stycznia 1945 r. wyprowadzono nas, więzionych, na dziedziniec komisariatu. Poustawiali nas czwórkami i wyprowadzili na ulicę. Wówczas ujrzałam moją siostrę z moim synem... Płakali okropnie. A nas prowadzono jak skazańców pod konwojem na ulicę Jachowicza do więzienia. Tłum ludzi szedł za nami, ci ludzie to byli bliscy uwięzionych. Gdy stanęliśmy pod więzienną bramą, mój syn wyrwał się siostrze i pobiegł do mnie. Ledwie zdążył mnie złapać, a już konwojent odepchnął go karabinem. Płacz. Ból straszny. Więzienna brama zatrzasnęła się za nami.
   Tam dopiero zobaczyłam, jak wygląda cela więzienna. W kącie stała beczka na odchody, smród, ludzie upchani jak śledzie. Okienko wysoko za kratami. Jedni siedzą spokojnie, są w szoku, inni wyją. Co z nami będzie? Co myśmy zrobili złego?

   Moje miejsce było przy tej nieszczęsnej beczce, ale nie to dla mnie było ważne. Ciągle miałam przed oczami mojego syna, którego konwojent odpycha karabinem.

   Brud, wszy, brak jakichkolwiek warunków sanitarnych, miesiączka, tragedia. Brak wody, mydła, środków opatrunkowych. Po jakimś czasie kazano mi sprzątać inne cele. Byłam nawet zadowolona, bo mogłam mieć kontakt z wodą. Wzięli mnie do mycia cel, gdzie przebywali mężczyźni. W czasie, gdy ja miałam myć ich cele, ich wyprowadzano na dziedziniec. Któregoś dnia czekałam z wiadrami, aż wejdą do celi. Na końcu szło jakichś dwóch skośnookich, złapali mnie za ręce i zaczęli wciągać do celi. Darłam się okrutnie, strażnik walił ich kluczami po rękach, aż mnie puścili...

   23 lutego nocą wyprowadzili nas z celi i pod konwojem zaprowadzili do łagru na ulicę Pełtewną. Tam byliśmy tydzień. Po paru dniach przyszedł oficer rosyjski i zapytał, kto chciałby wstąpić do polskiej armii? Było bardzo dużo chętnych, on spisał dane i na tym się skończyło. Po trzech dniach wyprowadzili nas na Dworzec Czarnowiecki. Był to wówczas dworzec towarowy we Lwowie. Załadowali nas do bydlęcych wagonów i następnego dnia transport ruszył w nieznane. Widziałam ludzi w oknach za firankami, przyglądali się, co się dzieje. Z wagonów słychać było jeden płacz. Pociąg ruszył. Wiedzieliśmy, że ostatni raz widzimy nasz ukochany Lwów, gdzie zostali nasi najbliżsi. Ja w wysokiej gorączce leżałam na podłodze wagonu. Gdy pociąg wjechał na stację Podzamcze, przez szparkę w deskach wagonu widziałam mój dom. Serce pękało. Co będzie z moim dzieckiem?

   Pociąg jechał, jechał, rzadko się zatrzymywał. Aż dotarliśmy na Donbas, do stacji Maniołka. Był już 7 marca!

   Wyładowali nas jak bydło i wprowadzili do łagru.
   Podczas tej długiej podróży dostawaliśmy raz dziennie kawałek chleba i małą rybkę, którą Rosjanie nazywali silotka. Dawali też odrobinę wody. Tak wyglądało nasze całodzienne wyżywienie.
   Łagier był ogromny, ogrodzony drutami, co parę metrów wyżka z konwojentem, który nas pilnował. Śniegu olbrzymie zaspy, zimno. Dzienna racja jedzenia to trochę zupy z liściem kapusty i 60 dkg chleba. Chleba jak glina.
   Na drugi dzień mogłam wyjść na zewnątrz baraku. Zaczęłam strasznie płakać, bolały mnie zęby. Podszedł do mnie oficer rosyjski i zapytał: Diewuszka, czewo ty? Powiedziałam prawdę, że bolą mnie zęby. Zaprowadził mnie do ambulatorium, dali mi coś na uśmierzenie bólu. W drodze powrotnej z ambulatorium Rosjanin zapytał mnie, czy uczyłam się w szkole rosyjskiego. Uczyłam się kiedyś. Dzięki temu dostałam razem ze starszą panią Rogalską pracę w magazynie. Byłam nawet zadowolona, bo inni musieli pracować w kopalni. Potem dowiedziałam się, że ten wojskowy to był lejtnat Jaworowicz. Był inny niż pozostali pilnujący nas. Miał może lepsze serce? Mówił mi, że muszę być silna, jak jeszcze kiedykolwiek
chcę zobaczyć swoje dziecko. Podobno jemu zamordowali żonę, jego syn był w domu dziecka. Może dlatego był bardziej ludzki?
   Pracowałam w tym magazynie do 9 maja 1945 roku. 9 maja wyprowadzono nas na plac łagru i ogłoszono, że wojna skończona, że Ruscy zwyciężyli. Zapytano nas, czy mamy jakieś pytania. Ja się zgłosiłam i zapytałam, kiedy wracamy do naszych domów? Więc ten, który nam oznajmiał koniec wojny, powiedział: W żopu pojediesz, nie damoj. Nada rodinu wostanawiat.

   Na drugi dzień kwalifikowano nas do rodzaju pracy. Jako że byłam młoda, dostałam najwyższą kategorię zdrowia: zdolna do ciężkich robót. Miałam wtedy 26 lat. Zatrudnili mnie na trzynastej kopalni. Ciężko pracowałam przy wydobywaniu kamienia z kopalni. Plecami wywracałam wagoniki pełne kamienia i błota. Na nogach pojawiły się okropne żylaki. Plecy granatowe od sińców.

   Pod koniec czerwca 1945 roku nasz obóz zlikwidowano i piechotą pognano nas do miejscowości Park Komuna, do obozu męskiego. Byli tam Rumuni, Czesi, Japończycy i Niemcy. Przebywaliśmy tam w łagrze trzy tygodnie. Tamte kopalnie wydobywały węgiel,
na dole pracowały konie. Pracowaliśmy po 12 godzin przy wydobywaniu węgla, w okropnych warunkach. Brakowało jedzenia, byłam ciągle głodna.
   Woda, mydło były racjonowane.

   Po trzech tygodniach przerzucono nas do więzienia w Starobielsku. Przyjechaliśmy tam nocą. Rano, gdy przejaśniało, zobaczyłam na ścianach tegoż więzienia polskie napisy. Napisy wyryte drutem, czy nie wiadomo czym, na ścianie: "Zabierają nas stąd, nie wiadomo dokąd", "Tu byli Polacy". Nazwiska i rangi oficerów.

   Nasze ubrania zabrano do dezynfekcji, tam spalono moje jedyne buty. Zostałam w ten sposób bosa. Na dworze mróz, a ja nie mam butów. Moja koleżanka dała mi kawałek jakiejś starej kołdry i nią owinęłam nogi. Pognano  nas naprzód. Mróz, ludzie tamtejsi, jak nas widzieli, płakali...
   Potem załadowali nas do wagonów towarowych i pociąg ruszył w nieznanym kierunku. Nogi miałam przemarznięte, nasikałam na nie, myślałam, że będzie mi cieplej, ale było jeszcze gorzej...
   I tak wylądowaliśmy w Dniepropietrowsku. Na górze, wysoko, więzienie olbrzymie. Poupychali nas do cel,
wszędzie pełno ludzi. Jedni się modlili, inni przeklinali.

   W celach siedzimy dosłownie jeden na drugim. Na dodatek przyplątały mi się owrzodzenia na ciele, cały tyłek to jedna rana. Ani siedzieć, ani leżeć. I jeszcze doskwiera głód.
   Jednej z koleżanek w dezynfekcji spalili spódnicę. Została w potarganych majtkach. Ja miałam dwie spódnice (sama uszyłam z kawałków szmat), więc dałam jej jedną za porcję przydziałowego chleba. Rankiem, po wydaniu chleba przez strażnika, koleżanka przyniosła mi swoją całodzienną porcję, a ja, wygłodniała, cieszyłam się, że wreszcie chociaż nie będzie mi głód dokuczał. Że mogę zjeść na raz dwie porcje chleba. Ale, gdy spojrzałam na nią, jak siedzi w kącie smutna i głodna, poszłam i oddałam jej ten chleb. Rozpłakałyśmy się obydwie i uściskałyśmy się....

   Mijał czas naszej niedoli, nie potrafiłam już nawet myśleć o rodzinie, o dziecku. Co się z nim stało? Został tylko z chorą babcią, 6 letnie dziecko... O mężu, czy żyje...

   Nadszedł dzień 24 grudnia 1945 roku. Wieczór, siedzimy wszyscy w milczeniu, każdy myśli o swoich... Od czasu do czasu spoglądamy na siebie ze łzami w oczach. Wtem otwierają się drzwi celi i wchodzi klucznik. Daje nam garnek zupy i krzyczy: Kuszajtie, siewodnia wasz prazdnik. Cieszymy się zapominając, gdzie jesteśmy. W sąsiedniej celi są Rosjanki. One chociaż mogły dostawać paczki od swoich rodzin. I okazało się, że ta zupa to dar od nich, one zrezygnowały dla nas ze swojego jedzenia...

   Nazajutrz wzięli nas do łaźni. Miałam z domu jasiek, siostra przysłała mi go do więzienia jeszcze we Lwowie. W jaśku miałam zaszyte zdjęcia męża i synka. Zapomniałam go z łaźni (cały mój dobytek nosiłam ze sobą). Po nas do łaźni weszli ruscy więźniowie, rozpruli jasiek, bo szukali złota. Jak spostrzegłam, że nie mam mojego jaśka, byłam zrozpaczona. Zaczęłam dosłownie wyć, to było wszystko, co miałam... Klucznik usłyszał mój płacz, dowiedział się, o co chodzi, i po chwili przyniósł mi same zdjęcia. Jakże byłam szczęśliwa, że je odzyskałam! Mój cały majątek!

   5 stycznia 1946 roku. Wzywają nas pojedynczo i oznajmiają, że dostaliśmy wyrok: każdy po 5 lat ciężkich robót na Sybirze. Jesteśmy zmienniki rodiny. Kazali nam to podpisać!

   Już 17 stycznia szykują nas w podróż na Sybir. Raz dziennie dostajemy chochlę rzadkiej zupy i kawałek chleba. Na dworze mróz, my właściwie nie mamy ubrań. Każdy owinięty jakimiś szmatami. Jedziemy pociągiem. 23 lutego pociąg zatrzymuje się na Uralu. Jest święto Armii Czerwonej. Nasi rosyjscy konwojenci świętują. Upili się tak, że o nas zapomnieli. Przez 4 dni nie dostaliśmy łyka czegokolwiek ciepłego, rzucili nam raz parę główek zmarzniętej kapusty. W wagonie było nas 40 osób. Po całych dniach modliliśmy się głośno. Nie mieliśmy już sił. Wydawało nam się, że tego nie przeżyjemy. Przestaliśmy mieć jakąkolwiek nadzieję, że kiedyś zobaczymy najbliższych.
   Pociąg jechał wśród stepów, jeden tylko tor kolejowy, żadnych domów, ludzi... Pustka. Na dworze i w głowach.

   Postój w Nowosybirsku. Potem Krasnojarsk. Tam nas wyładowują. Jest 8 marca 1946 roku. A więc w podróży od stycznia. Wielu ludzi nie potrafi wyjść z wagonu. Jeden drugiemu pomaga, podtrzymujemy się. Dwie kobiety upadają, dostają kopniaki od konwojenta. Ciągniemy je... I tak piechotą dochodzimy do łagru w Czornogorce. Wprowadzają nas do baraku. Na środku stoi piecyk żelazny, nareszcie ciepło!

   Dostaliśmy ciepłej zupy, ludzie leżeli plackiem z wycieńczenia. Rankiem nie mogłam podnieść się ze swojego barłogu. Spuchłam jak beczka. Zanieśli mnie na noszach do szpitala, który był na miejscu. Zajęła się mną lekarka, Rosjanka. Dużo tej kobiecie zawdzięczam. Leżałam w szpitalu dwa miesiące. Powoli opuchlizna zaczęła się cofać. Potem zrobiłam się strasznie chuda, piersi mi zanikły. Dziwnym trafem ta Rosjanka polubiła mnie i dała mi pracę w szpitalu. Pracowałam jako pielęgniarka na oddziale męskim. Pracowałam tam trzy miesiące. Potem skierowali mnie do pracy na kopalni. Ciężka to była praca, pokład strasznie niski, węgiel rzucało się na taśmę leżąc na brzuchu. Potem pracowałam przy doprowadzaniu wagonów do płyty, gdzie maszyna brała je na górę. Kopalnia była strasznie mokra, woda po kostki, butów nie mieliśmy, tylko krótkie kalosze. Nogi były w nich odparzone. Bolały... Moją brygadzistką była Rosjanka o nazwisku Frejlich. Bardzo nie lubiła Polaków. Zawsze dawała mi najgorszą pracę. Wyzywała nas: Polskije bladi! Ze stoickim spokojem znosiłam jej wyzwiska.

   Aż któregoś dnia nie wytrzymałam wyzwisk, straszliwej tęsknoty za dzieckiem, mężem, rodziną... i postanowiłam odebrać sobie życie. Gdy zakładali dynamit do wysadzania węgla, wszyscy musieli stamtąd wyjść. A ja upatrzyłam sobie dziurę, wlazłam tam i czekałam śmierci, czekałam, by mnie zasypało. Odpalszczyk badał teren, czy nikt nie został. A mnie jak na złość zaczął dusić kaszel. Usłyszał, zaczął mnie szukać i znalazł. Zbił mnie strasznie po twarzy, skopał. Napisał na mnie raport, groził mi karcer. Nie wytrzymywałam tej pracy. Nie mogłam już wytrzymać. Mój organizm po prostu był wycieńczony. Poszłam do naczelnika łagru, ale on mnie wyrzucił i powiedział, że w łagrze pracy się nie wybiera. Byłam bezradna! 

   Postanowiłam zwrócić się do Foremki. To był personalny, Rosjanin. Człowiek oschły, miał opinię bardzo niedobrego. Był również więźniem tutejszego łagru. Miał dziewczynę, brygadzistkę w piętnastej szachcie. Siedział koło niej na ławce. Podeszłam do nich, było mi już naprawdę wszystko jedno. Powiedziałam, że mam do niego sprawę  Uważnie mnie wysłuchał i, o dziwo, obiecał mi pomóc. Nazajutrz jak zwykle stawiłam się do pracy w swojej brygadzie. Staliśmy czwórkami, Foremko wyczytywał nazwiska, mojego nie wyczytał. Jak moja brygada wyszła za bramę, kazał mi przejść do brygady swojej dziewczyny. Nazywała się Ola Czeredniczenko. Moja poprzednia brygadzistka zrobiła mu potworną awanturę, a ja byłam szczęśliwa, że od niej odeszłam.
   Do kopalni chodziliśmy na piechotę 7 kilometrów. Szłam w milczeniu myśląc, jaki los mnie teraz spotka. Po przybyciu Ola przydzieliła mnie na istakat, gdzie odbiera się wagony z węglem z kopalni, a potem wsypuje się je do wagonów kolejowych. Starałam się, jak mogłam, bo bałam się, że mnie odeślą do poprzedniej brygady. Ola po pracy podeszła do mnie i powiedziała, że zostaję. Byłam szczęśliwa.
   Po trzech tygodniach pracy mój wycieńczony organizm znów zaczął się buntować. Dostałam silnych bóli podbrzusza i wylądowałam w szpitalu przy łagrze. Ku mojemu zdziwieniu Ola i Foremko zaczęli mnie odwiedzać. Zawsze przynosili mi trochę zupy. A raz przynieśli pierwszy i ostatni list od mojej mamy. Po przybyciu do Czarnogorki pisałam wiele listów, ale nie otrzymywałam na nie żadnej odpowiedzi, nigdy. Raz, jeden jedyny raz Foremko przyniósł mi list od mamy. Dowiedziałam się z niego, że moje dziecko jest z nimi, że jest zdrowy i cały, że moja siostra urodziła syna. Mama pisała, że wierzy bardzo, że wrócę. Pisała mi też, że mają zamiar wyjechać na Śląsk, chyba do Gliwic, bo tam już ktoś z rodziny się zatrzymał. Po tym liście bardzo, bardzo zapragnęłam znów żyć.
   Dni mijały, zdrowie zaczęło się poprawiać. Pewnego dnia, gdy już wróciłam do pracy na kopalni, Foremko przyniósł mi nowinę. Był już rok 1947. Powiedział mi, że organizują wczasy dla ludzi wycieńczonych, dla tych, którzy pracowali pod ziemią w kopalni. I że postarał się, bym je otrzymała. Były wtedy silne mrozy, minus 45 stopni C. Szyny kolejowe powykręcane, więc musieli nas odwieźć do miejsca przeznaczenia ciężarówkami. Po dość długiej podróży dotarliśmy do miejscowości Aban. Dużo zieleni, baraki wyposażone w łóżka, pościel, obrus na stole. Na środku piecyk palący się przez całą dobę. Cieszyłam się, że chociaż parę tygodni pożyję w ludzkich warunkach. Pozwalano nam, kobietom, odwiedzać dzieci w domu dziecka. Były tam same sieroty. Pokochałam je bardzo, bardzo się z nimi zżyłam. Na każdym kroku przypominały mi mojego Zbysia. Dzieci nazywały mnie ciocia Żenia. Gdy musiałam z powrotem wracać do łagru, trudno było mi się z nimi rozstać.
   Po powrocie do łagru nie mogłam już pracować w brygadzie Oli, ponieważ moje miejsce było zajęte. Przydzielono mnie na tę samą kopalnię, tylko do innej brygady. Moją nową szefową została śliczna Rosjanka. Była dobrym człowiekiem. Nawet ją polubiłam. W baraku dozorcą była staruszka. Ciężko jej było nosić wodę i myć podłogi. Robiłam to za nią. Ona natomiast zawsze
gdzieś wykombinowała dla mnie trochę więcej zupy.
   Po jakimś czasie rozniosła się po łagrze wiadomość, że Polaków mają zabierać z obozu. Baliśmy się okrutnie, nie wiedzieliśmy, czy nie czeka nas jeszcze gorszy los.
   Pewnej nocy miałam dziwny sen. Otóż śniło mi się, że chodzę po lesie brzozowym ogrodzonym drutami. W pewnym momencie na drzewie na krzyżu zobaczyłam wiszącego Jezusa. Żywego. Krzyknęłam: Jezu, Ty też tutaj? Kiwnął mi głową, a ja zaczęłam wdrapywać się na drzewo, by Go dotknąć. Był to dziwny sen, obudziłam się i nie wiedziałam, czy to prawda, czy sen.

  3 maja 1948 roku. Do baraku wszedł rosyjski
wojskowy, wywołał mnie, kazał mi zabrać wszystko, co mam, i iść z nim. Współtowarzyszki dały mi każda po kawałku swojego przydziałowego chleba. Mówiły, bierz, bo nie wiadomo, gdzie cię prowadzą. Płakały, jak mnie zabierał. Wojskowy zaprowadził mnie do budynku, który stał na uboczu. W środku był już jakiś mężczyzna, też Polak. Budynek był strzeżony i zamknięty na klucz. Co parę minut ktoś do nas przybywał, do południa pomieszczenie zapełniło się całkowicie. Byliśmy wystraszeni, nie wiedzieliśmy, co nas czeka.
   Upłynęły dwa dni, a my nie mieliśmy kontaktu ze światem. Następnie rewizja i wyprowadzili nas do wagonów. Nazajutrz pociąg ruszył w nieznanym kierunku.
W pociągu sami Polacy.

  Dzień za dniem pociąg jedzie, a my nie wiemy dokąd. Siedziałam przy malutkim okienku. Pociąg się zatrzymał. Była noc. Zobaczyłam przy wagonie rosyjskiego konwojenta, który palił papierosa. Cichutko poprosiłam go, by dał mi zapalić. Zaczął ze mną rozmawiać, byłam przerażona, chyba to czuł. Powiedział mi, że mam się nie martwić, bo jedziemy do Polski. Do jakiej Polski? Nie wiedziałam, że istnieje Polska. Nic nie wiedzieliśmy, jakie były losy świata po wojnie. W wagonie zrobił się szum, bo ludzie usłyszeli, co on do mnie mówił. Zaczęliśmy się ściskać z radości. Jednak po chwili euforia ustała, bo doszliśmy do wniosku, że konwojent nas okłamuje. Gdy jechaliśmy do Dniepropietrowska, to też jeden wojskowy dawał nam słowo ruskiego oficera, że jedziemy do Lwowa, a my jechaliśmy wtedy do więzienia.
   Po paru dniach podróży zobaczyliśmy wagony z napisem Warszawa. To dało nam iskierkę nadziei. Serca zaczęły nam bić mocniej.

   I tak w tej podróży nadszedł dzień 8 maja 1948 roku. Pociąg sie zatrzymał. W naszym kierunku idzie gromadka ruskiej młodzieży. Podchodzą do nas ze śpiewem i pytają: Diewuszki, kto wy takije? Odpowiadamy, że Polki, że wracamy z Syberii, a oni na to: O, wy polskije bladi, wy nasz chleb kuszajete! Jedna ze współtowarzyszek tak się na nich zezłościła, że pokazała im goły tyłek. Bo majtek nie miałyśmy... To oni obrzucili nasz wagon kamieniami. Transport ruszył. Jedziemy dalej nie znając jutra.
 
 
   2 czerwca 1948 roku. Pociąg stanął na stacji Brześć. Wyładowują nas z wagonów. W naszym wagonie jest chora z objawami tyfusu. Od razu przyszedł lekarz niemiecki, który mówił po polsku. To on nam powiedział, że z tego końcowego łagru zostaniemy odesłani do Polski, ale na razie musimy przejść kwarantannę. Z powodu tej chorej na tyfus. Inne wagony dalej odjechały, a myśmy pozostali jeszcze dwa tygodnie.

   14 czerwca 1948 roku. Z samego rana wyprowadzają nas z obozu kwarantannowego, jesteśmy na błoniach, każą nam leżeć na trawie. Znów się boimy. Konwojenci z bronią nad nami. Leżymy cicho i nagle na horyzoncie ukazuje się biały samochód. Zatrzymuje się przed nami. Wychodzi z niego dwóch polskich oficerów i krzyczą do nas: Czołem rodacy! Ludzie zrywają się z miejsc, skaczą, krzyczą, płaczą, jakby wszyscy na raz poszaleli. Polscy oficerowie nas uspokajają, mówią, że jesteśmy wolnymi ludźmi, że zaraz wsiadamy do wagonów i jedziemy do Polski, która już na nas czeka! Po sprawdzeniu listy poustawiali nas w czwórki i my ze śpiewem na ustach, pierwszy raz od lat, szliśmy na stację. Roześmiani i szczęśliwi, jak nigdy jeszcze w życiu. Załadowali nas do czystych wagonów i razem z naszymi oficerami ruszamy do Ojczyzny!

   Myślimy każdy o swoich, ja o dziecku, jak wygląda, jaki jest? Czy go odnajdę? Przejeżdżamy przez granicę, nasze wojska witają nas serdecznie, okrzyki. My drzemy się na całe gardło: Jeszcze Polska nie zginęła! Radość, łzy!

    Biała Podlaska. Na dworcu Czerwony Krzyż. Zabierają nas na posiłki, dają jakieś ubrania, prowadzą do baraków. Pierwsze kroki kierujemy do kościoła podzię
kować Bogu za szczęśliwy powrót. Przez Czerwony Krzyż wiem, że rodzina jest w Gliwicach, mieszkają przy ulicy Rybnickiej.

   Całą noc stoimy cierpliwie w kolejce, by otrzymać dokumenty i paczkę UNRRA. Otrzymałam przepustkę nr 340024, menażkę, przybory do szycia, kawałek wędzonej słoniny i herbatniki oraz 2000 złotych. Zaraz kupiłam sobie 2 kg chleba, którego byłam tak bardzo spragniona. Rankiem wyjechałam do Warszawy. Po okazaniu przepustki można było podróżować po całej Polsce, wszystkimi środkami lokomocji. Do Warszawy przyjechałam wieczorem, nie było pociągu do Katowic, musiałam czekać do rana. Przenocowali mnie w ambulatorium, na dworcu. Rano, już w pociągu do Katowic, ciągle myślałam o moim synku. Co z mężem, co z mamą, z rodziną? Byłam ciągle wystraszona. Miałam wrażenie, że cały czas stoi za mną konwojent. Nie mogłam uwierzyć w to, że jestem wolna. Że jestem w swojej Ojczyźnie.

   Serce bije mocno, już Katowice. Przesiadka, Gliwice. Tramwaj, pytam ludzi, jakim tramwajem dojadę do ulicy Rybnickiej. Linia nr 1, siedzę w tramwaju, serce skacze aż do gardła. Wchodzę do bramy numer 8, nogi mi się trzęsą. Jestem pod drzwiami, tu mieszka moja rodzina. Słyszę głos mojej mamy... Cała drżę... Pukam i uchylam lekko drzwi. Na łóżku leży moja mama, jest po ciężkiej chorobie, przy niej siedzi sąsiadka. Nie wytrzymałam i zaczęłam strasznie płakać. Spazmatycznie. Mama mnie nie poznała i pyta: Dlaczego pani płacze? Co się pani stało? Z pokoju wychyla się mój brat i krzyczy: Mamo, przecież to Gienka! Radość, wycie, płacz.

   Nie widzę mego synka. Wystraszona pytam o Zbysia. Okazuje się, że mój mąż wrócił po zakończeniu wojny do kraju, powiedziano mu, że ja nie żyję, miał już inną kobietę. Zbysia wziął do siebie. Mieszkał tu, w Gliwicach. Moja mama też myślała, że ja nie żyję, ale cały czas przez Czerwony Krzyż dopytywała się o mnie. Brat pobiegł po mojego synka. Minęło prawie cztery lata, jak go ostatni raz widziałam. Za chwilę ujrzałam go w drzwiach. Wyrósł, był chudziutki, blady. Padliśmy sobie w objęcia. Serce rozrywało mi się z radości, a on szeptał: Mamo, już teraz zawsze będę z tobą. W maju przystąpił do pierwszej komunii. Opowiadał mi, że podczas komunii w kościele bardzo się modlił, bym wróciła z Rosji...

   Przeszłam tyle za to, że byłam Polką!


Polecamy też Wspomnienia Ignacego Krowiaka, a szczególnie Suplement - wspomnienie jego żony z zesłania w Kazachstanie.

Komentarze (7)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl