Matka Germanka


czyli macierzyństwo po niemiecku


   Upchnięcie pociechy w przedszkolu również nie daje matce zbyt wielkich widoków na pracę na pełen etat. Jeśli ma się szczęście, to pracodawca po upływie trzech lat zaproponuje pół lub nawet jedną czwartą etatu, ewentualnie pracę w domu. Jeśli ma się pecha – co jest, niestety, dość częste i poniekąd zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że pracodawca przez trzy lata płaci ubezpieczenie socjalne i kasę chorych za pracownika, którego faktycznie nie ma – to otrzymuje się wypowiedzenie.


   Człowiek to takie dziwne stworzenie, które wiele własnych doświadczeń sprowadza do dogmatu. W moim przypadku dogmatyczne było założenie, że "mamusie pracują, a dzieci chodzą do przedszkola". Wychowałam się w rodzinie, w której faktycznie tak było, i automatycznie przeniosłam tę prawdę na wszystkie inne rodziny w moim otoczeniu. Dziś, spoglądając wstecz, jestem prawie pewna że – mimo PRL-u z nieograniczoną ilością miejsc pracy, tudzież wystarczającą ilością przedszkoli i żłobków – nie wszystkie mamusie pracowały.
   Niemniej aż do chwili, gdy sama zostałam matką, wierzyłam święcie, że pogodzenie pracy zawodowej z macierzyństwem to tak zwany mały pikuś.
Zacznijmy jednak od jajka:

Ciąża i poród

   W okolicach uprzemysłowionych, dużych miastach, wśród osób z wyższym wykształceniem ciąża poniżej 30. roku życia jest w Niemczech zjawiskiem stosunkowo rzadkim, acz nie budzi wielkiej sensacji. Większą sensację budzi raczej fakt, że nie chodzi się na kurs przygotowujący do porodu, podobnie jak i to, że nie zwiedza się okolicznych szpitali, aby wybrać ten najlepszy. Nigdy nie rozumiałam sensu telepania się 20 km samochodem, do tego w bólach porodowych, skoro najbliższy szpital z całkiem przyzwoitą porodówką jest oddalony o 5 km. Również stosowanie akupunktury i wschodnich metod relaksujących, wyposażenie porodówki w kafelki w kolorze liliowym wydały mi się w ostatecznym rozrachunku mało ważne. Jednak większość moich ciężarnych znajomych, pozwolę sobie nadmienić, że zdrowych i bez komplikacji ciążowych, faktycznie zwiedziła kilka różnych szpitali przed podjęciem ostatecznej decyzji.
   Niemki nie są przesądne, toteż kupują wyprawkę dla dziecka przed porodem. Dużą popularnością cieszą się kołyski i cukierkowe meble, zazwyczaj w kolorach odpowiednich do płci dziecka (niebieskie dla chłopców, różowe dla dziewczynek). Podobna reguła kolorystyczna dotyczy ubranek. Oczywiście niemowlak musi mieć swój własny pokój, dlatego rodzice często przeprowadzają się do większych mieszkań lub gruntownie przemeblowują dotychczasowe lokum.

   Poród to wielkie wydarzenie nie tylko dla matki i dziecka, ale i dla całej społeczności. Nie do pomyślenia jest złe traktowanie rodzącej, w ogóle nie ma porównania do tego, co słyszałam od mojej mamy lub czytałam w polskiej prasie...  Nowonarodzone dziecko otrzymuje od szpitala, a raczej sponsorów, małą wyprawkę zawierającą próbki różnych niemowlęcych produktów, począwszy od jednorazowych pieluch poprzez różnorakie mieszanki odżywcze po poradnik dla mamy i taty, żeby przypadkiem nie zrobili czegoś źle i koniecznie kupowali produkty firmy X. Standardem jest też asystowanie ojców przy porodach, często wręcz na zasadzie, że nie wypada inaczej, niekoniecznie jednak z uwzględnieniem woli mężczyzny.

Pierwsze trzy lata życia

   Większość Niemek po porodzie bierze udział w kursach specjalnej gimnastyki, mającej na celu przywrócenie sprawności fizycznej sprzed ciąży. Z reguły grupy te przekształcają się w sposób naturalny w tzw. grupy PEKiP (Prager-Eltern-Kind-Program, praski program dla dzieci i rodziców, zainicjowany przez Czecha Jaroslava Kocha), będące jednocześnie "klubami"  mamuś, które wymieniają się radami i uwagami na temat pociech. W ramach PEKiP niemowlaki od 4 tygodnia życia są konfrontowane z różnymi aktywnościami, które mają pozytywnie wpływać na ich rozwój. Z czasem wprowadza się różne zabawy, stosownie do wieku dziecka.
   Prócz PEKiP popularne są też kursy pływania dla niemowląt i rytmika dla dzieci powyżej 2 roku życia.
   Mama takiego malucha nie ma więc za wiele czasu na zajmowanie się czymś innym – poza tym nie bardzo ma też możliwości, a jeśli przed porodem pracowała – przez jakiś czas nie ma też takiej potrzeby. W Republice Federalnej płatny urlop macierzyński trwał 6 tygodni, jednak z początkiem roku 2007 przedłużono go do maximum 14 miesięcy. Zgodnie z nową ustawą rodzice nowonarodzonego dziecka otrzymują 67% zarobków netto tego rodzica, który wziął urlop wychowawczy. Granica 14 miesięcy obowiązuje dla tych rodzin, w których oboje partnerzy biorą taki urlop. Jeśli niemowlęciem zajmuje się tylko matka, czas płatnego urlopu skraca się do roku (oczywiście nie dotyczy to rodzin niepełnych, którym ze względu na trudną sytuację zawsze przysługuje 14 miesięcy). Przypadki brania urlopu wychowawczego przez ojców nie są częste, nie tylko ze względu na brak dobrej woli samych zainteresowanych – często tatusiowie zajmujący się dziećmi są po prostu uważani przez kolegów za mięczaków. Co gorsza, większość pracodawców daje do zrozumienia, że urlop wychowawczy równa się zmniejszeniu szans na awans czy podwyżkę lub jest pierwszym krokiem do wymówienia. Dlatego klasyczny podział ról  funkcjonuje nawet w najbardziej wyemancypowanych związkach i tylko w nielicznych przypadkach, gdy kobieta zarabia znacznie więcej, na urlop idzie młody tata.

   A co zrobić z  czternastomiesięcznym dzieckiem, gdy urlop dobiegnie końca, a na dodatek babcia nie jest gotowa, aby dać się zredukować do roli opiekunki, lub po prostu mieszka zbyt daleko? I gdy au pair jest zbyt droga lub po prostu obawiamy się oddać dziecko w obce ręce? Gdy nie chcemy korzystać z przysługujących nam jeszcze dwóch lat urlopu bezpłatnego? Od niedawna młode niemieckie mamy mają prawo do umieszczenia dziecka w żłobku.

   Sęk w tym, że w zachodniej części kraju żłobków jest na lekarstwo. Mieszkam w 90 tysięcznym mieście i w czasach, w których żłobka potrzebowałam, na całe miasto było bodaj 10 miejsc dla dzieci poniżej 3 roku życia. Czasy się zmieniły i w tej chwili jest nieco lepiej – niektóre przedszkola otwierają grupy dla mikrusów. W grupie dzieci uczą się kontaktu z rówieśnikami. Ale nie trzeba tych nauk pobierać codziennie, stąd grupy dla malców działają tylko trzy razy w tygodniu i tylko między 9:00 a 12:00. Oferta ta dotyczy poza tym dzieci mniej więcej dwuletnich, czyli potrafiących się jako tako wysłowić i zainteresowanych zabawą w grupie. Mamy też w miasteczku prywatną inicjatywę oferującą opiekę nad małymi dziećmi 5 dni w tygodniu przez 8 godzin, czesne jednak przekracza 1000 euro miesięcznie, co oznacza, że ów żłobek przeznaczony jest dla elity. Nieco inaczej rzecz ma się w byłym DDR, gdzie przedszkola przyjmują dzieci dwuletnie, a instytucja żłobka nie poszła całkowicie w odstawkę.

   Nienajgorszą alternatywą dla żłobka jest opiekunka, czyli Tagesmutter. Z reguły są to matki nieco starszych dzieci, dysponujące domem z ogródkiem i zabawkami, przyjmujące kilkoro innych dzieci na kilka godzin dziennie. Opiekunka taka jest dużo tańsza od au pair lub niańki opiekującej się dzieckiem w jego domu, a zwanej Kinderfrau, niemniej fakt, że Tagesmutter zajmuje się dziećmi tylko kilka godzin i raczej nie w piątki, nie ułatwia pracy zawodowej nawet na pół etatu. Zresztą jeśli nie należy się do kadr kierowniczych i tak są małe szanse, by matka, obojętnie ile godzin pracuje, zarobiła coś więcej niż na opłacenie opieki dla dziecka.
   W zależności od opiekunki można mieć pewność, że dziecko w czasie, gdy pracujemy, zostanie zabawione, nakarmione, przytulone, a nawet czegoś się nauczy. Lub spędzi czas przed telewizorem, żeby nie przeszkadzało. Osobiście miałam dużo szczęścia i opiekunki moich synów świetnie przygotowały ich do życia w przedszkolnej grupie.

   Sytuację finansową rodzin z małymi dziećmi stabilizować ma wypłacany przez państwo Kindergeld. Są to pieniądze mające zapewnić dziecku minimum egzystencjalne i skompensować niemiecki model podatkowy, który nie uwzględnia nieletnich członków rodziny (tzn. małżeństwo bezdzietne płaci takie same podatki jak kilkuosobowa rodzina, przy takim samym dochodzie brutto w obu przypadkach). Kindergeld wypłacany jest co miesiąc przez co najmniej 18 lat. Jeśli dzieci studiują i nie mają własnego dochodu, rodzice mają szansę otrzymywać tę pomoc dłużej. Wysokość wypłaty zależna jest od ilości dzieci, każde z pierwszej trójki warte jest 154 euro, od czwartego dziecka wzwyż 179 euro. Nie ma różnic regionalnych ani też nie uwzględnia się dochodu rodziców. W większości regionów Niemiec miesięczne minimalne koszty utrzymania dziecka przekraczają jednak 154 euro.

Przedszkole

w Niemczech ma ustawowo zapewnione każde dziecko powyżej 3 roku życia. Jednak ilość miejsc w przedszkolach jest nadal mniejsza niż (mała przecież) ilość dzieci. Mimo że przedszkole jest wynalazkiem stricte niemieckim, nie cieszy się ono wszędzie wielką popularnością – niektórzy głoszą nawet teorie o szkodliwości przedszkoli i że najlepsze dla dziecka jest przebywanie z matką aż do chwili, gdy ukończy ono 6-7 lat i będzie musiało pójść do szkoły.

   Przedszkola w RFN są różnie zorganizowane. Główna linia podziału biegnie wzdłuż byłej żelaznej kurtyny. Na wschodzie nie ma większych problemów z oddaniem dziecka na cały dzień, na zachodzie w większości przedszkoli trzeba dziecko odebrać o godz. 12:00. Można ewentualnie podrzucić dziecko na dwie godziny jeszcze po 14, ale niekoniecznie w piątki. Niektóre przedszkola oferują też obiady, czyli po wykupieniu takiego miejsca dziecko przebywa w przedszkolu do 14. Ponadto istnieją przedszkola oferujące miejsca całodniowe czyli do 16:30. W przedszkolu mojego młodszego syna takich miejsc jest 10% czyli 8. Przepisy i finanse gminy często uniemożliwiają przyjęcie większej ilości dzieci, mimo że zapotrzebowanie na miejsca całodniowe jest duże.

   Przedszkola bywają państwowe – czyli opłacane przez gminę, wyznaniowe – przynajmniej częściowo opłacane przez któryś z Kościołów, oraz prywatne, gdzie rodzice płacą czesne oraz muszą wykonywać część prac, jak np odśnieżanie, pranie, sprzątanie, przygotowanie śniadania. Przedszkola państwowe i wyznaniowe opłacane są też przez rodziców, wysokość opłat reguluje gmina i land w zależności od rocznych dochodów rodziców. Najbiedniejsi nie muszą płacić za miejsce w przedszkolu, niemniej obiady dla dzieci nie są objęte żadną dotacją. Większość przedszkoli nie dysponuje własną kuchnią, jest to m.in. naturalna konsekwencja bardzo ostrych przepisów dotyczących higieny.
   Dużą popularnością cieszą się przedszkola Waldorfa oparte na antropozoficznym podejściu do świata i przedszkola leśne, w których dzieci przebywają cały czas na świeżym powietrzu, niezależnie od pogody. Przedszkola prywatne nie oferują miejsc całodobowych i rzadko czynne są przed 9 rano i po 14. Zdarza się też, że pozostają zamknięte w tygodniu – np. gdy wychowawczyni jest chora.

   Tak więc upchnięcie pociechy w przedszkolu również nie daje matce zbyt wielkich widoków na pracę na pełen etat. Jeśli ma się szczęście, to pracodawca po upływie trzech lat zaproponuje pół lub nawet jedną czwartą etatu, ewentualnie pracę w domu. Jeśli ma się pecha – co jest, niestety, dość częste i poniekąd zrozumiałe, biorąc pod uwagę ze pracodawca przez trzy lata płaci ubezpieczenie socjalne i kasę chorych za pracownika, którego faktycznie nie ma – to otrzymuje się wypowiedzenie. Większość znanych mi niemieckich mam zaczęła rozglądać się za pracą dopiero wtedy, gdy najmłodsze dziecko poszło do szkoły.

Szkoła

   Do szkoły idą dzieci, które w dniu rozpoczęcia roku szkolnego mają ukończone 6 lat (zatem dzieci obchodzące urodziny jesienią lub zimą, najmłodsze w swoim roczniku, są najstarszymi w swojej klasie). Teoretycznie można takie dziecko posłać do szkoły wcześniej, jednak musi ono przejść szereg testów. Często też wychowawczynie w przedszkolach zapierają się i starają, jak mogą, przedłużyć dziecku dzieciństwo. Jest to o tyle bez sensu, że prawo dopuszcza przyjmowanie do szkoły dzieci nawet 4-letnich, o ile są wystarczająco rozwinięte psychicznie i ruchowo.

   Pierwszy dzień w szkole wygląda nieco inaczej niż ten, który mam w pamięci. Tradycyjnym podarunkiem dla pierwszoklasistów są rogi obfitości, napełnione słodyczami i szkolnymi drobiazgami, często równie duże jak obdarowane dziecko. Już tego dnia ma się na plecach tornistry, a po powitaniu i ewentualnej Mszy Świętej odbywają się dwie pierwsze lekcje, w trakcie których dzieci poznają zasady rządzące w szkole oraz panią wychowawczynię. Co ciekawe, zarówno w przedszkolach jak i szkołach personel męski zdarza się równie często jak białe kruki. Naukowcy zajmujący się wychowaniem mówią otwarcie o feminizacji szkół i jej konsekwencji, jaką jest brak wzorców dla chłopców.

   Pójście do szkoły jest wielką zmianą nie tylko w życiu pociechy, ale i matki. Trzeba sobie zorganizować dzień na nowo. Z reguły lekcje kończą się wcześniej niż zajęcia w przedszkolu, co w najgorszym przypadku oznacza, że już o 11:30 trzeba być w domu, a raczej przed szkołą. Trudno bowiem oczekiwać od sześciolatka, że poradzi sobie z kluczem i samotnością, szczególnie jeśli mieszka się w dzielnicy, w której większość dzieci odbierana jest ze szkoły samochodami i co gorsza nie ma ani jednego kolegi czy koleżanki, z którym nasze dziecko mogłoby wracać razem.
   W niektórych landach szkoły sąsiadują z świetlicami, w których uczeń ma możliwość przebywać do 14 lub 16. W Nadrenii Westfalii zdecydowano się jednak zamknąć świetlice na rzecz otwartej szkoły całodziennej zwanej OGaTa (Offene Ganztagsschule). OGaTa jest niemiecką adaptacją rozwiązania francuskiego – czyli połączeniem szkoły i świetlicy. Lekcje odbywają się do południa, po nich zaś można pójść do świetlicy, dostępnej  tylko dla tych dzieci, których rodzice zadbali o miejsce. Świetlica oferuje ciepły obiad, czas i miejsce na odrobienie lekcji oraz programy sportowe i kulturalne, stanowiące rozszerzenie wiedzy zdobytej na lekcjach. OGaTa zapewnia opiekę do 17:00. Większość szkół podstawowych nie dysponuje  jeszcze odpowiednimi budynkami, by móc wprowadzić OGaTa natychmiastowo, stąd brak świetlic odczuwa się boleśnie. W niektórych miejscowościach zorganizowano przejściowe formy opieki nad dziećmi, podobne z zasady do otwartej szkoły całodziennej, z tą różnicą, że osoby opiekujące się dziećmi nie muszą być dyplomowanymi pedagogami.

   W szkole mojego starszego syna OGaTa startuje w sierpniu tego roku, bez odpowiedniego budynku i, niestety, kosztem dotychczasowej świetlicy. Nie zdecydowałam się na eksperyment tylko dlatego, że młodsze dziecko i tak muszę odebrać z przedszkola o 14, czyli mimo najlepszych chęci nie mam szans na pełen etat tak długo, aż obaj synowie będą w szkole. Biorąc jednak pod uwagę, że podstawówka w Niemczech trwa cztery lata, a gimnazja, szkoły główne i realne nie są  objęte programem Offene Ganztagsschule, dość trudno zaplanować rozwój zawodowy.
   Prócz szkoły są też jeszcze inne obowiązki związane z zajęciami pozalekcyjnymi. Tradycyjnie matki sprowadzane są do roli taksówkarzy wożących dzieci na różnej maści kursy muzyczne czy sportowe. Duża część dzieci bierze udział w takich zajęciach przynajmniej trzy razy w tygodniu. Wśród chłopców króluje piłka nożna i szkoła muzyczna, dziewczęta jeżdżą konno, muzykują i uczą się gracji w szkole baletowej.

   Znam wiele rodzin, w wielu z nich matki pracują. Niestety nie znam ani jednej, która pracowałaby na więcej niż pół etatu.

Opieka zdrowotna

dzieci do 18 roku życia jest bezpłatna. Wizyty u lekarzy i lekarstwa są za darmo. O ile dziecko jest ubezpieczone, oczywiście. Większość państwowych kas chorych ubezpiecza dzieci za darmo, tzn. wystarczy opłacić składkę za jedno z rodziców. Gorzej jeśli oboje rodzice ubezpieczeni są prywatnie, wtedy trzeba osobno ubezpieczyć każde dziecko, o ile dochód rodziny przekracza circa 60 tys euro rocznie.
   W Niemczech nie ma obowiązku szczepienia przeciwko chorobom zakaźnym, jest tylko lista szczepień zalecanych. Wiele rodziców, polegając na teoriach homeopatów i uzdrowicieli, zaprzestało szczepienia dzieci w ogóle, co czasem prowadzi do wybuchów epidemii chorób, o których na dobrą sprawę prawie zapomniano. Wiosną tego roku w powiecie, w którym mieszkam, panowała np. epidemia odry.

   Niemcy są krajem, o którym bardzo trudno pisać ogólnie. Ze względu na federacyjny charakter państwa sytuacja i polityka poszczególnych landów wobec pracujących matek mogą się znacznie różnić między sobą. Podobnie  regulacje szkolne czy ilość miejsc w przedszkolach, godziny ich otwarcia etc. Główna granica przebiega na Łabie, w byłym NRD jest nadal inaczej niż w tzw. starych landach. Granica na Łabie jest jednak mniejszym problemem – dużo większym jest granica mentalna. I tak, na wschodzie dość często te matki, które nie chcą pracować, wytykane są palcami jako lenie, natomiast na zachodzie te, które pracować chcą, określane są mało pochlebnym mianem Rabenmutter. Niestety, bardzo często krytykującymi są... inne matki.

   Od czasów Bismarcka systemy finansowe (kasy chorych, ubezpieczenia, opodatkowanie) w Republice Federalnej zorientowane są na klasyczny podział ról – ojciec zarabia na życie, matka zajmuje się domem i dziećmi,  dorabiając ewentualnie w małym wymiarze godzin. O dziwo, ów model wcale się nie przeżył, wiele rodzin po prostu poddaje się i faktycznie dostosowuje do reguł gry. Statystyki udowadniają, że w przypadku zwykłych zjadaczy chleba klasyczny podział ról skutkuje wyższym dochodem netto rodziny (głównie dzięki korzystnym opcjom podatkowym) niż w przypadku, gdy oboje rodzice pracują.

   Macierzyństwo w Niemczech już od wielu lat jest tematem publicznym i politycznym, nad którym debatują głównie mężczyźni i czołowa niemiecka feministka Alice Schwarzer. Dopiero od chwili, gdy ministrem ds. rodziny została siedmiokrotna mama Ursula von der Leyen z CDU, można liczyć na spektakularne zmiany, jednak wiele jej pomysłów spotyka się z niezrozumieniem lub wręcz oburzeniem w szeregach jej własnej partii oraz z ostrą krytyką hierarchów Kościoła.

   Dość ciekawe i znamienne są dwie krucjaty toczone aktualnie w mediach. Jedną z nich rozpętała była lektorka telewizyjnych wiadomości Eva Herman, w tej chwili wielka orędowniczka powrotu do tradycyjnych wartości, przeciwniczka feminizmu, robienia kariery przez kobiety i propagatorka wizerunku  matki-opiekunki ogniska domowego. Jej opinie są szczególnie interesujące w świetle jej własnej biografii – pani Herman sama została matką po tym, jak zrobiła karierę w telewizji, która to kariera zapewnia jej i jej dziecku finansowo beztroski byt, a tę karierę, jak i studia wyższe tudzież prawo do głosu w wyborach, zawdzięcza niemieckim feministkom.

   Jej przeciwieństwem jest córka Marii Schell – Marie-Theres Kroetz Relin, aktorka, która bardzo młodo została matką i poświęciła karierę na rzecz wychowania trójki dzieci i prowadzenia domu. W chwili, gdy dzieci się usamodzielniły, a relacje z mężem popsuły, uświadomiła sobie, że nie osiągnęła w życiu (prawie) nic. Oto przez ponad dziesięć lat ciężko pracowała, wychowując młodych obywateli, dbając o męża pisarza, dom i gości, i co? Z tytułu tej pracy nie przysługuje jej renta, nie ma własnych pieniędzy, nie ma stażu pracy, zawodowo jest przegrana, mając niespełna 40 lat, jest "tylko gospodynią domową". Marie-Theres stara się o społeczne zaakceptowanie tzw. niepracujących matek jako zawodu, o podniesienie ich rangi, niestety, z dość mizernym efektem. Teorie Evy Herman zataczają dużo szersze kręgi. 

   Chwilami zastanawiam się, ile pokoleń musi jeszcze minąć, by w kwestii macierzyństwa i pracy przestano myśleć w kategoriach czarne-białe... 


Ilustracje autory

Zobacz też:
Okasan, czyli japońska mama

Komentarze (4)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl