Pamiętnik redaktora, cz. 1

Adam Grabowski - lata dojrzałe


   Luźne obrazy osób i rzeczy zapamiętałem z okresu mojej wczesnej młodości. Pamiętam jednak dokładnie mieszkanie rodziców, w którym urodziłem się 6 listopada 1902 roku, przy ul. Szlak 12 w Krakowie. Duży pokój i równie obszerna kuchnia. Dwie głębokie, dębowe szafy, łóżka rodziców, secesyjna kanapa z wysokimi oparciami i półeczką u góry. Duży rozsuwany stół dębowy z wiszącą nad nim dużą białą lampa naftową.


Od Autora

  Sądzę, że upłynęło już sporo lat, abym mógł wypowiedzieć się jako człowiek, który żył w okresie obu wojen światowych, w warunkach politycznych, jakie się wytworzyły po nich, i zachować postawę niezależną. Zresztą moje relacje z długiego życia mają charakter ściśle subiektywny. Zdaję sobie sprawę z tego, że mogą być kontrowersyjne, ale czy dlatego mają tylko leżeć w szufladzie?

   Nie jeden raz musiałem pisać swój życiorys, ponieważ moi prześladowcy chcieli wiedzieć z jakiego środowiska się wywodzę, z kim współpracowałem, czy nie ukrywam czegoś. Nie zamierzam tego robić i w dobrowolnie pisanym pamiętniku. Przyznaję się jednak do współpracy z osobami i instytucjami, które, niestety, uznane zostały za siedliska najczarniejszych reakcji. Byłem ostatnim przedstawicielem i współredaktorem pisma codziennego Czas, założonego w Krakowie w roku 1848 w okresie Wiosny Ludów. W czasie okupacji hitlerowskiej pracowałem w departamencie Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj. Przypadło mi niewdzięczne zadanie likwidacji agend tego departamentu po wyzwoleniu. Z upoważnienia kardynała Augusta Hlonda, Prymasa Polski, podjąłem się w gronie wspaniałych ludzi zadania zorganizowania Rady Prymasowskiej Odbudowy Kościołów oraz Tygodnika Warszawskiego, w którym pracowałem aż do jego unicestwienia w 1948 roku.
   Warunki, jakie zaistniały po nieudanych próbach osiągnięcia zgody narodowej w latach 1945 i 1946, nie były łaskawe dla dawnych wydawców i redaktorów, zwłaszcza dla tych, co nie umieli bądź nie chcieli się dostosować do aktualnych przemian. Represje groziły tym, co odważyli się otwarcie wystąpić przeciwko burzeniu starego porządku tylko dlatego, aby wszystko zaczynać od nowa i pozostali wierni zasadzie św. Tomasza conservatio est continua creatio, co oznacza nic innego jak: zachowywać, to znaczy wiecznie tworzyć.
   Osobiście chciałem pozostać wierny temu, co wyniosłem z krakowskiej szkoły historycznej i ekonomicznej, czego nauczyłem się od moich mistrzów prof. Stanisława Estreichera i prof. Adama Krzyżanowskiego. Nie byłem w stanie wyprzeć się tego, co tak głęboko we mnie tkwiło. Udało się to większości moich kolegów po piórze. Uniknęli wskutek tego dotkliwych represji, jakie spadły na wielu w okresie tzw. błędów i wypaczeń.

   Mój Pamiętnik redaktora składa się z dwóch części. W pierwszej znalazły się wspomnienia minionej młodości, z lat górnych i na koniec chmurnych. Tę część napisałem w postaci notatek pod sam koniec 1944 roku, szukając we wspomnieniach niejakiego pocieszenia. Drugą natomiast część napisałem dopiero po ukończeniu osiemdziesiątego roku życia, kiedy już wszystko uciszyło się we mnie, kiedy odeszli z tego świata najmilsi memu sercu, zwłaszcza ci, z którymi dzieliłem rozpacz po upadku powstania warszawskiego, z powodu niepotrzebnej śmierci tylu najmłodszych.
   Przeżyłem wiele ważnych wydarzeń i byłem świadkiem tragedii wielu jednostek, szczególnie bolesnych, bo spowodowanych przez rodaków. Zachowało się jednak we mnie poczucie niejakiej dumy z powodu jednolitej postawy wszystkich Polaków w okresie okupacji hitlerowskiej, jakiej później, niestety, nie udało się już osiągnąć.
   Wysoko sobie cenię to, że mogłem osobiście tak bardzo zaangażować się w historyczne dzieło odbudowy zniszczonej stolicy, zwłaszcza odbudowę kościołów Warszawy, jak również odnowę moralną podjętą przez Kościół rzymskokatolicki.

   Swój pamiętnik pisałem z myślą o mojej najbliższej rodzinie oraz o tych, z którymi się zetknąłem w pracy zawodowej i społecznej. Niemal wszyscy odeszli już z tego świata. Chciałem wiernie przekazać pamięć o nich, aby nie zatarła się zupełnie.
    Autentyczne moje przeżycia być może zainteresują zwłaszcza tych, co przyjdą po nas. Być może – obok wielu innych publikacji – staną się źródłem poznania ludzi minionego czasu i w pewnym stopniu przyczynią się do prawdziwego porozumienia narodowego, bez którego trudno budować pomyślną przyszłość.     

w Warszawie, w grudniu 1984 r.



C Z Ę Ś Ć   P I E R W S Z A

1. Szczęśliwe lata młodości

   Luźne obrazy osób i rzeczy zapamiętałem z okresu mojej wczesnej młodości. Pamiętam jednak dokładnie mieszkanie rodziców, w którym urodziłem się 6 listopada 1902 roku, przy ul. Szlak 12 w Krakowie. Duży pokój i równie obszerna kuchnia. Dwie głębokie, dębowe szafy, łóżka rodziców, secesyjna kanapa z wysokimi oparciami i półeczką u góry. Wielki rozsuwany stół dębowy z wiszącą nad nim dużą białą lampa naftową. Łóżeczka i wózek dziecinny, który długo gościł w mieszkaniu. Półki na książki przy ścianie, maszyna do szycia, przy której często widziałem pochyloną matkę. Nad łóżkami rodziców zawieszone dywaniki i dwa obrazy: Matki Boskiej Częstochowskiej i Chrystusa Ukrzyżowanego. Białe firanki w oknach, na parapetach kwiaty, chluba matki, na słupku fikus. Podobnie w kuchni-pokoju: kredens kuchenny, stół jadalny i oddzielny stolik dla dzieci jeszcze dla mnie za wysoki, a niedługo potem za mały.

   Skromne było mieszkanie rodziców, kiedy byłem mały. Później, gdy ojciec objął wyższe stanowisko w fabryce maszyn L. Zieleniewskiego, mieliśmy już obszerne, pięciopokojowe mieszkanie w obrębie fabryki przy ul. Krowoderskiej, gdzie było wygodnie. Sam, kiedy osiągnąłem samodzielność, mieszkałem w wielu pokojach. A jednak skromne mieszkanie rodziców, miejsce moich pierwszych dziecięcych wzruszeń, pozostało jako najmilsze, najcieplejsze. W żadnym innym nie świeciło się już tak pięknie drzewko wigilijne, zawieszane u wysokiego sufitu. Nigdy potem nad dziecinnymi łóżeczkami nie zwisała rozłożysta choinka, nie migotały tak zawieszone na nitkach aniołki, świecidełka, cukierki, figi, chleb świętojański i orzechy włoskie. Kiedy warunki w czasie drugiej wojny światowej zmusiły mnie do mieszkania w jednym małym pokoju, nie uważałem tego za nie do zniesienia. Przypominałem sobie pierwsze mieszkanie rodziców przyciasne, ale pełne ciepła, jakiego nie miały późniejsze.

   Niełatwo początkowo musiało być rodzicom. Z każdym rokiem powiększała się rodzina. Była już na świecie siostra i dwóch braci, a po mnie miały przyjść na świat jeszcze dwie siostry. Było nas razem sześcioro, trzy pary, jak mówiła matka nieco zażenowana, gdy wymienić musiała liczbę dzieci. Przybytku mojej rodziny nie regulował wzgląd na wygodę życia, warunki materialne, ale stare tradycje katolickie, jakie rodzice wynieśli ze swych domów. Dopiero później to zrozumiałem i potrafiłem docenić. Matkę zawsze podziwiałem za jej niespożyte siły, zdolność do wyrzeczeń osobistych, aby tylko jak najlepiej wychować liczną gromadkę, jaką stanowiliśmy.

   Ojciec mój wywodził się ze starej rodziny ziemiańskiej, która po Powstaniu Styczniowym, wygnana ze swojej siedziby, tracąc wszystko z dotychczasowego dorobku, rozproszyła się po świecie. W bardzo trudnych warunkach rozpoczął swe życie w Krakowie. Jeszcze przed powołaniem go do austriackiej służby wojskowej, którą odbył we Wiedniu, pozostawiony sam sobie, aby utrzymać matkę, musiał podejmować się pracy zarobkowej. Nie zaniedbał jednak nauki. Kiedy ja zjawiłem się na świecie, dopracował się już majstra, a następnie kierownika technicznego w największej w Krakowie fabryce maszyn L. Zieleniewskiego.
    Matka moja natomiast urodziła się w małorolnej rodzinie w podkrakowskiej wsi Czernichów. W wieku szkolnym przebywała u swej ciotki w Krakowie i kształciła się do zawodu modniarki. Tu ją poznał mój ojciec i po odbyciu służby wojskowej zakochał się z miejsca w młodej dziewczynie o uroku ni to wiejskim, ni to już miejskim. W Krakowie silnie wtedy oddziaływał przykład osobistego ułożenia sobie życia przez Lucjana Rydla i Stanisława Wyspiańskiego. Studenci krakowscy masowo lubowali się w dziewczętach z okolicznych wsi. Nawet ja, kiedy zostałem studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego, lubiłem niedzielne wyprawy do Bronowic, aby na miejscu zachłysnąć się smętkiem wyspiańszczyzny.

   Na parterze dwupiętrowej kamienicy mieściła się piekarnia. Do dnia dzisiejszego pamiętam i czuję zapach świeżego, smacznego pieczywa, jaki przedostawał się aż do drzwi naszego mieszkania. Pamiętam obszerną klatkę pierwszego pietra, drewniane schody i poręcze, na których lubiłem zjeżdżać. Z okien mieszkania patrzyłem często na brukowane podwórze, wozownię i obszerny ogrodzony ogród. Nie można było go odwiedzać, ale dostępny był dla mojej wyobraźni, więc krążyłem po nim odnajdując różne egzotyczne kwiaty i groty, których w rzeczywistości nie było.
    Od maleńkości wychowywała mnie matka. Jej tylko zwierzałem się z moich dziecięcych marzeń. Choć miała tyle obowiązków na głowie, zawsze znajdowała czas, aby mnie wysłuchać. Najlepsza sposobność nadarzała się, gdy z rana wszyscy rozbiegli się do swych zajęć. Wtedy wdrapywałem się na małe krzesełko i wygłaszałem przemówienia, bo od małego byłem rozgadany. Raz wygłosiłem nawet kazanie, dowodząc, że zostanę księdzem. Często jednak zmieniałem zainteresowania i kręcąc metalową gałką przy łóżeczku udawałem motorniczego tramwaju. Wzbudził moje niebywałe zainteresowanie, gdy po raz pierwszy jechałem nim ulicą Długą.

   Wychowywał mnie dom rodzicielski, rodzeństwo starsze, a nawet trochę sąsiedzi, do których wścibsko zaglądałem, gdy sam się nudziłem. Witali mnie życzliwie, a sąsiadka, niejaka Pani Suderowa, nawet częstowała mnie pierożkami z kapustą, które bardzo mi smakowały. Córka sąsiadki była nauczycielką i gdy pięknie grała na skrzypcach, zasłuchany zapominałem o wszystkim.  Rozpieszczała mnie najstarsza siostra Maria, która także grała na skrzypcach jak jej młode koleżanki. Ich zainteresowania podlotków były mi jeszcze obce. Podobnie było z moim najstarszym bratem Edmundem. Toteż współuczestnikiem moich zabaw był starszy o dwa lata brat Jan i młodsza o tyleż lat siostra Feliksa. We trójkę stanowiliśmy jakby oddzielną grupę w rodzeństwie i tak już było zawsze. Najmłodszej siostry Julii nie było jeszcze wtedy na świecie.
    Kiedy wolno mi było samemu wychodzić z domu, najchętniej wbiegałem na pobliskie wały ziemne, którymi jeszcze niedawno biegła kolej aż do Mostu Dębnickiego. Krępowały one jak obręczą rozrastający się Kraków, ale były dla młodych terenem rozlicznych zabaw. Później moim zainteresowaniem stawało się już całe miasto, z rozlicznymi jego zabytkami i ciekawostkami. Na razie było to mi jeszcze zabronione. Z zazdrością patrzyłem, jak starsze rodzeństwo chodzi już do szkoły i może także samodzielnie czynić wyprawy na miasto. Mnie wolno było czasem pójść tylko do pobliskiego sklepu, aby kupić jakiś drobiazg, cukierki. Niecierpliwie wyrywałem się w oczekujące mnie życie, nie wiedząc, że najmilsze było właśnie dzieciństwo.

   Matka była dla swych dzieci zawsze dobra i życzliwa. Kochała nas wszystkich jednakowo, ale każdego z innego powodu. Broniła nas nie raz przed surowością ojca. Dla mnie miała wiele czułości, ponieważ, jak się później od niej dowiedziałem, dostała przy moim porodzie tak dużego krwotoku, że z trudnością ją uratowano. Ojciec dla sióstr był bardzo wyrozumiały, dla nas, chłopców, zaledwie pobłażliwy. Nie można było z ust jego usłyszeć pochwały, jaką matka sprawiedliwie rozdzielała. Ojciec sam dostał twardą szkołę życia i do takiej chciał swych synów przyzwyczaić i przyuczyć, aby mogli coś w życiu osiągnąć. Nie można ich, mówił, rozpieszczać, aby mogli sobie tylko zawdzięczać wszystko. Później dopiero potrafiliśmy docenić tę jego wobec nas postawę.
   Ojciec  zawsze rano był w fabryce i nie pamiętam, aby kiedykolwiek nie poszedł do pracy. Matka musiała wychodzić po zakupy. Gdy nie mogła mnie zabrać ze sobą, zawsze musiałem wysłuchać jej nakazów, aby nie brać do rąk zapałek, nie wpuszczać nikogo do mieszkania. Miałem opiekować się tylko młodszą siostrą Julią, która leżała bezradna w wózeczku. Raz jednak mimo zakazu zapaliłem pod kuchnią wielki ogień, nastawiłem garnki z wodą, która rychło zaczęła buzować. Wracającą matkę powitałem wymówką, że późno przychodzi i ja musiałem ugotować obiad. Była przerażona, ale później słyszałem, jak opowiadała z uśmiechem, że ugotowałem rosół, gdy mięso było jeszcze w torebce.

   Mieliśmy wszyscy dużo swobody. Matka często powtarzała nam, że "każdy musi się wyspać, jak sobie pościele". Dotyczyło to naszej nauki w szkole, a także obowiązków, które już ciążyły na każdym. Do moich należało na razie czuwać nad małą siostrą. Widzę siebie wyraźnie, jak siedząc na podłodze, pociągam za koło wózeczka to w jedną, to w drugą stronę. Wymagało to skupienia się, które trudno mi przychodziło.
   Matkę pamiętam, jak utrudzona w ciągu całego dnia, miała jeszcze wieczorem ochotę na zabawę i tańce. Mam w oczach jej obraz, kiedy piękna i rozradowana ubiera się na zabawę karnawałową, a ojciec, ubrany już w długi surdut, patrzy na nią zadowolony i tylko podkręca wąsa. Często tak było w sobotę przed niedzielą.
   W dzień zwykły ojciec wcześnie udawał się do pracy, kiedy, poza matką, wszyscy jeszcze spali. Do domu przychodził na godzinę na obiad, zawsze punktualnie o pierwszej. Wtedy przychodził także na obiad kierownik giserni, pan Romanowski, który mieszkał na dalekim Prądniku. Później razem wracali do pracy. Kiedy z niej ojciec przychodził zmęczony, nasz dzień małych dzieci właściwie już się kończył.
   W każdą niedzielę cała rodzina: ojciec ze starszymi i matka ze mną, którego jeszcze musiała prowadzić za rękę, udawaliśmy się na mszę Św. do naszego kościoła parafialnego Św. Floriana. Po kościele wracała matka z nami wszystkimi do domu, aby przygotować obiad. Ojciec oddalał się w kierunku ul. Floriańskiej, najczęściej do Hawełki w Rynku, na przedobiadową przekąskę. Wracał zawsze punktualnie na niedzielny, wspólny obiad z dużą tacą smakowitych ciastek z cukierni A. Piaseckiego przy ul. Długiej. Nigdy później nie smakowały mi ciastka jak wtedy. Ich smak wspominam nierozłącznie z moim domem rodzinnym, w którym wszyscy czuliśmy się naprawdę szczęśliwi.

   Nie zabrali mnie rodzice na wielką uroczystość odsłonięcia pomnika grunwaldzkiego, ufundowanego przez wielkiego naszego rodaka, Ignacego Jana Paderewskiego. Nie miałem wtedy jeszcze ukończonych 8 lat i matka obawiała się, abym nie zgubił się w tłumie, który zgromadził się na tę uroczystość. Wiele nasłuchałem się o niej w domu i wreszcie sam dopiąłem tego, że mogłem zobaczyć pomnik Jagiełły na własne oczy. Największy mój podziw i zainteresowanie wzbudził nie tyle król na koniu, co powalony na ziemi krzyżak. Często później, kiedy wolno było mi już samemu chodzić na spacery, mój ulubiony szlak rozpoczynał się od pomnika grunwaldzkiego, wokół baszty okrągłej, przez ostro zarysowaną Bramę Floriańską w murach obronnych starego Krakowa. Patrzyłem na z dala malujące się wieże kościoła Mariackiego, a później biegłem, by zobaczyć żelazny nóż wiszący na łańcuchu na murze Sukiennic. Zacząłem naprawdę poznawać Kraków.


2. Wakacje w Czernichowie

   Dla nas, małych, przebywanie w ograniczonej przestrzeni mieszkania w mieście było udręką, w porównaniu ze swobodą, jakiej mogliśmy zażywać na wsi w czasie wakacji. Rokrocznie, gdy tylko starsze rodzeństwo zakończyło rok szkolny, jechaliśmy z matką, na całe dwa miesiące do Czernichowa, oddalonego od Krakowa o 21 km. Na długo przed wyjazdem zadręczałem matkę, kiedy wreszcie zajedzie przed dom furmanka, która zawiezie nas na wieś.
   Bardzo lubiliśmy rodzinną wieś matki. Położona była malowniczo na wzniesieniu z białego wapienia, wypłukanego przez deszcze. W najwyższym punkcie dominował kościół otoczony bielonym murkiem. Wzgórze wsi z jednej strony okalała wstęga Wisły, widocznej z góry, z drugiej strony była szachownica zielonych pól. Pośrodku stała ręczna pompa na wodę, którą musiało się nosić na nosidłach na górę. Dalej zasłaniał horyzont gęsty las bukowy.
   Dopiero w Czernichowie zetknąłem się z cudownym światem drzew, traw, roślin i owadów. Tu zobaczyłem zająca buszującego w kartoflisku, poznałem przyjemność zbierania jagód i ostrężyn, tajemnice lasu, radość z udanego grzybobrania. Biegałem do utraty tchu po wałach osłaniających od wylewu Wisły. Chłopcy wiejscy nauczyli mnie sztuki pływania w niebezpiecznym nurcie rzeki, by po chwili wygrzewać się na rozgrzanym słońcem piasku.

   Zdumiewały mnie swą potęgą zniszczenia wywołane żywiołami ognia i wody. W czasie powodzi spokojna Wisła stawała się nagle potężna i szeroka; na swym spienionym, żółtym grzbiecie niosła całe konary wyrwanych drzew, a nawet części domów. Pamiętam chwile niespokojnej burzy z błyskawicami i łomotem grzmotów, ale także piękne, słoneczne dni, błękit nieba; wieczory białe w poświacie księżyca, jak również ciemne i tajemnicze.
   Słyszę dotąd szum konarów, śpiew ptaków ranną porą, poryk pasącego się na łąkach bydła, skrzypienie wozów wiozących snopy pachnącego żyta. Widzę siebie małego, bosego, w krótkich majtczynach, ciągle gdzieś biegnącego i spieszącego się, krótko tylko leżącego na gołej ziemi i wpatrującego się w błękit nieba lub zasłonę, którą tworzyły liście drzew. Czuję, jak pachnie ziemia, tarte drzewo w tartaku, nawet kałuże po dopiero co spadłym deszczu. Dotąd nie zatarł się we mnie smak źródlanej wody, nawet swędzenie po oparzeniu pokrzywą. Tu zachwycił mnie dzwon kościoła oznajmiający Anioł Pański, harmonia w przyrodzie i kojący spokój, a równocześnie zaniepokojenie, bo rozpoczęła się już wielka wojna światowa, którą nazwano później pierwszą.

   Uboga była wieś i do tego przeludniona. Małe pola i poletka opadające w dół, to znowu wznoszące się w górę. Gospodarz, który miał cztery morgi pola i własnego konia, uchodził za bogacza. Większość chłopów wegetowała na jednej lub dwóch morgach ziemi i korzystała z pastwiska gminnego. Prawie wszyscy musieli dorabiać sobie pracą przy regulacji Wisły bądź, jak mój dziadek, rzemiosłem wiejskim. Dorastający chłopcy i dziewczęta szukali pracy w Krakowie albo emigrowali za pracą na tzw. "sachsy". Za większą własność w Czernichowie mogła uchodzić jedynie średnia szkoła rolnicza, dostępna jednak nie chłopskiej młodzieży, a tylko synom mieszczańskim. Dysponowała solidnymi budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi, najlepszą ziemią, jaka tu była, mechanicznie uprawianą. Na ogrodzonych pastwiskach pasło się rasowe bydło i prowadzono gospodarkę, jaka powinna być we wzorowej szkole rolniczej. Nie oddziaływała jednak niczym na sąsiadujące gospodarstwa chłopskie, biedne i zacofane, i nikt temu się nie dziwił.

   Chata moich dziadków, kryta słomą, stała wprawdzie przy głównym gościńcu, ale tyłem do niego, jakby wstydziła się swego wyglądu. Wchodziło się do niej od tyłu, po schodkach ułożonych z kamieni wapiennych, już ze zbocza opadającego dość stromo ku Wiśle. Do obszernej izby wchodziło się przez sporą sień, która na końcu prowadziła do małej komórki dla krowy-żywicielki. W sieni stały żarna do mielenia żyta na mąkę i niektóre sprzęty gospodarskie. Stąd prowadziły też schody na strych na siano i słomę. W izbie podłoga, jak wszędzie, była gliniana; w pierwszym jej kącie stał duży piec, również z gliny, z dymnym okapem. Przy przeciwległej ścianie stały dwa wysoko zaścielone pościelą łóżka. Nad nimi cały rząd obrazów świętych. Przy ścianie, w której były trzy niewielkie okna, stały szerokie ławy i długi stół. W rogu duża skrzynia na rzeczy osobiste. Za domem drewniana wygódka i gnojówka oraz maleńki ogródek, który zamykało kilka drzew śliwowych.
   W czasie wakacji nie mogliśmy się oczywiście pomieścić w małej chacie dziadków. Dla nas wynajmował ojciec nowy, murowany dom, należący do miejscowego piekarza – Galosa. Stał on na niewielkim wzniesieniu, po przeciwnej stronie drogi, skąd do dziadków było bardzo blisko.

   Dziadka Jana Ryszkę zapamiętałem jako człowieka już przygarbionego, nie tyle latami, co tym przedwczesnym ciążeniem do ziemi, jakie dostrzegłem także u innych wieśniaków. Miał już słaby wzrok i nie widziałem go, aby kosił zboże lub je młócił, co należało teraz do jego najmłodszego syna, Wojtka. Wytrwale za to mełł na żarnach i pasł krowę. Odwiedzałem go nieraz na pastwisku i pytałem, która jest godzina. Nie nosił ze sobą zegarka, podnosił tylko swe wyblakłe oczy ku niebu, patrzył uważnie i nigdy się nie pomylił. Jakby w sobie samym nosił czas, jak w piaskowej klepsydrze.
   Zawsze pod wieczór zbiegaliśmy się wszyscy najmniejsi, aby posłuchać od dziadka barwnych opowiadań. Mówił o tym, jak to jako flisak wędrował na tratwie Wisłą aż do Gdańska, przez wszystkie kordony zaborcze. Z zapartym tchem  słuchaliśmy jego przygód z ruskimi lub pruskimi żandarmami albo tajemniczych spotkań ze strachami, które nocą nachodziły śpiących. Opowiadał je ze swoistym dowcipem i humorem i przeplatał przyśpiewkami flisackimi i patriotycznymi.
    Zapamiętałem babkę ze strony matki, o twarzy pokrytej siatką zmarszczek i w kolorycie, jaki później dostrzegałem na obrazach mistrzów włoskich i holenderskich. Była również przygarbiona, nigdy bezczynna, cicha i całkowicie pogodzona z losem. Rozjaśniała się jej twarz i jakby piękniała, gdy po południowym udoju i odcedzeniu dawała mi kubek ciepłego jeszcze mleka.

   W chacie dziadków nigdy nie było dostatku, bo i skąd miał się brać? Całe życie ciężko pracowali i wychowali pięcioro dzieci, trzy córki, Kunegundę, Annę i Marię, oraz dwóch synów, Mikołaja i Wojciecha. Dopiero, kiedy sam się zestarzałem, zwróciłem uwagę, jak bardzo katolickie i polskie to były imiona. Głęboko tkwiły te tradycje u dziadków i już wówczas wzbudzały mój zachwyt. 
   Wczesnym rankiem, przed godziną szóstą wymykałem się z naszego "murowańca" i w koszulinie, boso siadałem na progu chaty dziadków. Z wnętrza dochodził najpierw trzask łamanych drewienek przy rozpalaniu ognia przez babkę, a po chwili urokliwy śpiew. To na dwa głosy dziadek i babka śpiewali godzinki: Zacznijcie, wargi nasze, chwalić Pannę Świętą, zacznijcie opowiadać cześć Jej niepojętą śpiewał dziadek basowo, a babka Przybądź nam miłościwa Pani ku pomocy i wyrwij nas z rąk nieprzyjaciół mocy. Niewiele pojmowałem ze słów pieśni o tronie Salomona, runie Gedeona i krzaku Mojżesza, ale słodkie ich piękno przenikało mnie do głębi. Zawsze w chwilach dla mnie trudnych, kiedy tak potrzebowałem uciszenia się, ukojenia i upewnienia o znikomości rzeczy ziemskich, przypominałem sobie Godzinki dziadków.

   W czasie wakacji swoją uwagę skierowałem na kościół. Spodobał mi się wiejski kościół w Czernichowie, pociągał swoim prostym wnętrzem. Zawsze w niedzielę prowadziła nas matka na Mszę Świętą, a dziadek z babką zapraszali także na popołudniowe nieszpory. Wtedy chłonąłem w siebie wszystko, co dochodziło do mnie od strony ołtarza, ambony, a najbardziej chóru. Dzięki koleżeńskiej znajomości mojego wuja Mikołaja z organistą Pawłem Cichoniem, mogłem chodzić na chór i dostąpiłem także zaszczytu kalikowania, a później w czasie prób siadałem nawet obok organisty przy pulpicie. To dziecięce poznanie wszystkiego w kościele głęboko zapadło we mnie i dało później znać o sobie tym, że zwiedzanie kościołów stało się moją pasją, a kiedy zostały zburzone po Powstaniu Warszawskim, nawet pasją ich odbudowy i budowy nowych kościołów wszędzie tam, gdzie potrzebne będą ludności polskiej.

   Zawsze w sobotę wieczór zjawiał się  u nas ojciec. Często z matką wychodziliśmy mu naprzeciwko, przeprawiając się na drugi brzeg Wisły łódką i szli nieraz aż do samej stacji kolejowej Brzeźnica. Pewnej soboty sprawił nam ojciec niespodziankę. Przyjechał mianowicie, sam kierując autem osobowym, zakupionym przez fabrykę Zieleniewskiego. Pierwsze auto na wsi wzbudziło sensację, zbiegło się wiele młodzieży, ale baby czernichowskie powiedziały tylko, że czerwone, jak sam diabeł. Zapamiętałem pierwszą jazdę tym autem, musiałem się mocno trzymać wysokiego siedzenia, aby nie spaść. Auto wzniecało tumany białego pyłu, utworzonego w koleinach drogi przez obręcze chłopskich furmanek. Rowy przydrożne oraz liście łopianów były całe nim posrebrzone. Na wypukłych mostkach drogi zdawało się, że auto leci w powietrze. Ale to były tylko pierwsze wrażenia.

   Emocje minęły, a my powróciliśmy do naszych spacerów pieszo. Miały one niezapomniany urok. Wieczorem, gdy świecił księżyc, najstarsza siostra organizowała spacery drogą poza Czernichów w stronę Liszek. Nie bardzo chciała, aby maluchy wybierały się z nimi. Ale ja nie dałem się odpędzić, ponieważ w czasie tych spacerów można było nasłuchać się, a nawet nauczyć pieśni wiejskich i patriotycznych, które pięknie śpiewały dziewczyny.


3. Lata szkoły

   Szybko minęły lata wczesnej młodości. Niepostrzeżenie znalazłem się w szkole powszechnej, najpierw św. Wojciecha, a następnie w nowo wybudowanej św. Floriana. Okazało się, że na tle rówieśników jestem mały i niepozorny. Matka, która po raz pierwszy odprowadziła mnie do szkoły, martwiła się, że mnie nie widać wśród roślejszych chłopców. Ja sam bynajmniej nie czułem się zagubiony, byłem drobny, ale za to bardzo zwinny i ruchliwy. Od samego początku właśnie ja organizowałem wśród kolegów różne zabawy i gry.

   Moje wczesne zainteresowania sportowe ukrywałem jednak w domu, gdzie dogadzało mi, jak to twierdziła matka, uchodzić za cichego i nieśmiałego. Zdradzał mnie tylko czasem podarty bucik i naderwane ubranko. Nie odrabiałem lekcji w domu, toteż uczyłem się miernie i nauczyciele nawoływali mnie, abym zechciał skupić się na nauce. Nadszedł jednak dzień, w którym rozwiała się legenda o mojej delikatności i nieśmiałości.
   Konspiracja niepodległościowa wśród młodzieży rozpoczynała się już w szkole powszechnej za sprawą młodych nauczycieli, którzy z reguły byli w POW. Pod ich wpływem wpadłem na pomysł wypowiedzenia wojny uczniom szkoły niemieckiej, która mieściła się przy ul. Pędzichów. Wraz z kilku zwerbowanymi kolegami z klasy zamknąłem na łańcuch i kłódkę zabraną z domu, żelazną zewnętrzną bramę szkoły niemieckiej. Z bramy domu naprzeciwko śledziliśmy, jak to uwięzione "niemiaszki", nie mogą wydostać się ze szkoły. Dopiero po kilku godzinach uwolnił ich sprowadzony ślusarz. Chciałem powtórzyć manewr następnego dnia, ale o mało nie wpadłem w ręce czyhającego stróża niemieckiego. Wobec tego postanowiłem zmienić taktykę zaczepną.
    U wylotu ulicy porywaliśmy pojedynczego malca niemieckiego, wciągali do bramy domu i tam mocno go straszyli. Stało się to głośne w całym Krakowie i na ulicy pojawił się policjant, którego dawniej nie było. Uczniów niemieckich odprowadzały teraz ich matki lub wychowawczynie. Tylko z dala od szkoły można było teraz robić wypady, i to w pojedynkę, a nie zbiorowo. Jeden z nich zakończył się fatalnie. Zaatakowałem idącego w asyście opiekunki "wroga" na ul. Szlak w pobliżu mojego domu i nieopatrznie w nim się schroniłem. Po chwili do drzwi zapukała Niemka z ryczącym chłopakiem. Matka nie chciała dać wiary relacji Niemki. Przecież to niemożliwe, mówiła, abym ja, taki mały, mógł napaść na dużo większego chłopaka idącego z dorosłą osobą. Niemka była nieustępliwa i zagroziła policją, co mogło dla mnie skończyć się wyrzuceniem ze szkoły. Matka uratowała mnie wymierzając mi karę, przy nienawistnych świadkach, na gołą pupę. Tak to w oczach matki i całego rodzeństwa rozwiała się legenda o mojej słabości i delikatności. Zbyt oczywisty był dowód mojej konspiracyjnej ekspansji, pasji i uporu. Dobra matka zrazu nie powiedziała nic ojcu. Ale gdy się dowiedział, jak to chciałem rozpętać wojnę z Niemcami, o dziwo, nie tylko mnie nie skarcił, ale przyjaźnie poklepał po buzi.

   Kierując się w stronę ojca, żałowałem, że nie znałem dziadka i babki z jego strony. Gdy ojciec miał zaledwie 10 lat, zmarł jego ojciec, nie mogąc do końca pogodzić się z upadkiem Powstania Styczniowego i jego przykrymi skutkami dla całej rodziny. Na temat swej rodziny ojciec nigdy nie chciał nam nic powiedzieć, jak tylko to, że chodząc do szkoły, jako jeszcze mały, aby zarobić na chleb, musiał trzeć farby na kamieniu. Dopiero od starszego przyrodniego rodzeństwa ojca dowiedzieliśmy się, że nasz dziadek był właścicielem ziemskim. Miał cały klucz folwarków w powiecie miechowskim, ale utracił je po upadku Powstania Styczniowego. W majątkach osiadł generał rosyjski, a dziadek musiał emigrować do Krakowa. Po śmierci pierwszej żony ożenił się ponownie. Umarł, pozostawiając żonę z nieletnim synem bez żadnego zaopatrzenia.

   Był to najtrudniejszy okres w życiu ojca. Przyrodni bracia i siostry nie interesowali się macochą i jej synem, choć nieźle im się wiodło i byli zaopatrzeni z tego, co udało się uratować z wielkich majątków ich ojca. Mój ojciec wcześnie zaczął pracować, przyjęty na praktykę do fabryki maszyn L. Zieleniewskiego, ale nie zaniedbał nauki na kursach wieczorowych. Ciężko mu było żyć w niedostatku wraz z chorą matką. Dopiero po jej śmierci mocniej stanął na nogach, zajmując coraz to wyższe stanowiska w pracy. Wtedy przypomnieli sobie o nim przyrodni bracia i siostry, ale ojciec do końca miał wobec nich żal i zachował dystans.

    Najstarszy przyrodni brat ojca, Jan, najwcześniej wyemigrował z kraju i osiedlił się ostatecznie w Hamburgu. Tam, pracując w handlu morskim, dorobił się wielkiej fortuny, żeniąc się z Niemką, córką bogatego armatora. Jeździł po całym świecie, doglądał na Jawie własnych plantacji i zupełnie zapomniał o związku z rodziną i o tym, skąd się wywodził. Przed śmiercią jednak coś mu kazało powrócić w strony rodzinne. Miałem 8 lat, gdy odwiedził mieszkanie mojego ojca przy ul. Szlak. Zobaczyłem starszego, dystyngowanego pana z siwą bródką. Rozglądał się troskliwie po naszym skromnym mieszkaniu i najwyraźniej chciał pomóc ojcu. Ale ojciec stwierdził, że niczego nie potrzebuje i sam zapewni wszystko rodzinie. Był bardzo wzruszony, głaskał nas po głowie i powiedział, że ma już dorosłych synów. Przy wyjściu wręczył naszej ciotce pokaźną sumę na zabawki dla nas. Marzyłem właśnie o rowerku i byłem mocno zawiedziony, gdy po wyjeździe stryja zakupiła dla wszystkich materiały na ubranka i dała do uszycia. W rok po odwiedzinach stryja nadeszło z Hamburga zawiadomienie o jego śmierci. Zredagowane było w języku niemieckim i podpisane przez żonę von Grabowsky. Nie spodobało się to ojcu, a także nam wszystkim, od maleńkości wychowywanym w duchu niepodległościowym i miłości do wszystkiego, co rdzennie polskie.
   Starsza przyrodnia siostra ojca, Maria, od dawna osiadła w Bielsku Cieszyńskim. Ona także, a szczególnie jej dzieci, dużo starsze od nas, ulegli wpływom germanizacyjnym. Odwiedzali kilkakrotnie dom mojego ojca, a ponieważ w Krakowie musieli mówić po polsku, niemiłosiernie kaleczyli nasz język ojczysty. Ich imiona – Anton, Mizzi, już mówiły za kogo pragną uchodzić. Nazywaliśmy ich pogardliwie "wasserpolakami". Dopiero pod sam koniec wojny światowej oni i im podobni przyznali się raptem do polskości, kiedy rozpadła się ich ostoja – monarchia austriacko-węgierska. Takich rodzin spotkać można było wiele, nie tylko na Śląsku Cieszyńskim, ale i w samym Krakowie. Dobrze im się wiodło i później, kiedy musieli odrabiać swą polskość, choć właściwie stanowili już tylko grono malkontentów wzdychających do dawnych dobrych czasów.
    Druga przyrodnia siostra ojca, Rozalia, miała bardzo bujną młodość, ale i najbardziej samotną starość. Była piękna i pociągająca. Nawet na starość zachowała ślady swej urody i nosiła się wyniośle. Za młodu, ku oburzeniu rodziny, dostała się do baletu. Objechała z nim całą carską Rosję i na koniec osiedliła się w Petersburgu, gdzie powodziło jej się znakomicie. Ale przyszła wojna światowa, a następnie rewolucja październikowa. Rozpadło się środowisko, w którym żyła, i dopiero wtedy przypomniała sobie o rodzinie i Krakowie. Nikt jej tutaj chętnie nie witał i w końcu wprosiła się do mojego ojca, i w Tenczynku, który niejednego z rozbitków pierwszej wojny światowej gościł, do śmierci wiodła już spokojne życie rezydentki. O swym bujnym życiu w Petersburgu nie bardzo chciała opowiadać. Rozwodziła się natomiast na temat świetności rodu Grabowskich i jego upadku po Powstaniu Styczniowym.

   Ojciec mój nigdy nie okazywał ciągotek snobistycznych, jakie opanowały wiele rodzin polskich po odzyskaniu niepodległości. Brat mój, Jan, będąc na wyższych studiach, sprawił sobie sygnet z herbem Topór rodziny Grabowskich i chlubił się nim wśród komilitonów korporacyjnych. Ja nie miałem przekonania ani do herbu rodowego, ani tym bardziej do korporacji studenckich, których się namnożyło. Ojciec mój był prawdziwym demokratą. Nigdy nie związał się z żadną partią polityczną i narzekał, że stanowczo jest ich za wiele. Był prawdziwym patriotą, zwolennikiem rozumnych społecznych reform, ale uważał, że należy postawić przede wszystkim na przedsiębiorczość jednostki i na to, co nazywamy dzisiaj inicjatywą prywatną. Należy tylko zapewnić jednostce odpowiednią sferę wolności, a zbiorowość okaże się zdrową. Stale abonowaną gazetą w domu była Nowa Reforma, która najbardziej odpowiadała ojcu, a gdy przestała wychodzić i w Krakowie rozwielmożnił się Ilustrowany Kurier Codzienny, założony przez Mariana Dąbrowskiego, długo nie mógł się z tym pogodzić. Ja na Nowej Reformie kształciłem swe pierwsze poglądy w sprawach politycznych, społecznych i gospodarczych, zanim rozmiłowałem się w starym liberalno-konserwatywnym krakowskim Czasie


4. Kraków – ośrodek konspiracji niepodległościowej

   Najmłodsi przeżywali silnie to, co działo się w Krakowie w przededniu wypadków w Sarajewie i wybuchu wielkiej wojny światowej. Na zewnątrz Kraków był szacownym miastem, pełnym pamiątek historycznych, tylko nieco zaniedbanym. Wewnątrz jednak kłębiło się i kipiało. Umysłami wstrząsał raz po raz Stanisław Wyspiański tworząc w teatrze im. Słowackiego swój wielki teatr.
Dla takich działaczy politycznych, jak Włodzimierz Lenin, który zamieszkał w Poroninie, i Feliks Dzierżyński, który zamieszkał przy ul. Kołłątaja 4, był Kraków chwilowym azylem. Tu mogli niejedno przemyśleć, przygotować się do działania, które niebawem miało cały świat zadziwić. Kraków był przede wszystkim ośrodkiem masowych ruchów niepodległościowych: socjalistycznego, narodowego, chłopskiego, chrześcijańskiego, nie licząc istniejącego oficjalnie, konserwatywnego.
Za moich najmłodszych lat mieszkał w Krakowie Józef Piłsudski. Wiele o nim już wówczas wiedziałem, ponieważ mieszkał przy ul. Szlak o kilka domów od tego, w którym mieszkała moja rodzina. Moja starsza siostra należała do gorliwych wielbicielek przyszłego marszałka Polski. Często wyczekiwała, aby go tylko zobaczyć, miała już jego fotografie z własnoręcznym podpisem. Pokazała go mnie, jak wracał do domu zamyślony i lekko pochylony do przodu znikał w bramie. Starsze rodzeństwo wiele o nim opowiadało.
    Miał Kraków i tę szczególną właściwość, że była w nim wcześnie uświadomiona politycznie młodzież. Właśnie po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej, zapisali mnie rodzice na dalszą naukę do II gimnazjum klasycznego im. Św. Jacka przy ul. Siennej. W głębi podwórza na potężnym podominikańskim gmachu wysylabizowałem po raz pierwszy napis: Sub Sancti Hiacentii patrocinio.

Wychowankowie szkoły na spotkaniu w 1965 r.
kliknij, aby powiększyć

   W pierwszej klasie zostałem wciągnięty do "Promienistych", następnie do Filaretów. Z miejsca zacząłem uczestniczyć wraz ze starszymi klasami w forsownych marszach przysposobienia wojskowego. Uświadomienie niepodległościowe, jakiego nabrałem w szkole powszechnej i w domu rodzicielskim z miejsca miało praktyczne już zastosowanie.
   Pogłębienie tego uświadomienia niepodległościowego zawdzięczałem starszemu koledze gimnazjalnemu, Eugeniuszowi Stachowi. W czasie przerwy lekcyjnej, gdy nieprzytomnie biegałem po obszernym podwórzu, zatrzymał mnie z uśmiechem i zapytał, czy nie chciałbym   z paroma jeszcze chłopcami wybrać się na małą wycieczkę. Uwielbiałem wyprawy w nieznane i w najbliższą niedzielę, po szkolnej Mszy Świętej w kościele Ojców Dominikanów, stawiłem się na umówione miejsce. Kol. Stach zaprowadził nas na Kopiec Kościuszki, który dotąd oglądałem tylko z dołu. Teraz z góry patrzyliśmy na rozległą panoramę, widzieliśmy Wawel i Skałkę, rozpoznawaliśmy wieże kościołów krakowskich. Wtedy kol. Stach mówił nam ciekawe rzeczy nie tylko o wielkich pamiątkach historycznych, ale także o potrzebie doskonalenia się duchowego, aby dorosnąć do wydarzeń, które nastąpią. Mówił cicho, ale sugestywnie, że nie wystarcza wkuwać zadane lekcje, ale trzeba także pracować nad sobą. Na kolejnej wycieczce, gdy odpoczywaliśmy po forsownym marszu, prosił nas, abyśmy pisali do niego listy, co sądzimy o sobie, jakie gnębią nas wątpliwości, a zawsze otrzymamy odpowiedź.
   Tak zaczęło się moje wtajemniczenie. Niedługo pogłębiło się na tajnych zebraniach w dużej kamienicy przy ul. Batorego. Dobrze zapamiętałem to poddasze. Niskie ściany zdobiły duże portrety wszystkich królów polskich i herb Polski – orzeł biały w złotej koronie. W skupieniu słuchaliśmy o zadaniach, jakie czekają nas – potomków wielkiego kiedyś mocarstwa, które rozebrane zostało wskutek chciwości okalających nas wrogów i naszych własnych błędów.

   Niebawem mieliśmy się stawić u bramy Katedry Wawelskiej. Mroczną jesienią wrota jej były jeszcze zamknięte, ale otworzył je wreszcie kościelny. Weszliśmy do jakby uśpionej świątyni, uklękli przed srebrną trumną świętego Stanisława, biskupa męczennika, i mijając rząd grobowców królewskich, zeszli do krypty Adama Mickiewicza. Przejęci do głębi, z ręką na kamiennym sarkofagu naszego wieszcza narodowego, powtarzaliśmy słowa przysięgi, że nigdy nie ustaniemy w walce o wyzwolenie i niepodległość naszej Ojczyzny.
   Niedościgły wzór poświęcenia dla Ojczyzny dał nam sam kol. Stach. Takiej nieziemskiej dobroci, szlachetności i poświęcenia dla innych nie widziałem aż do innego wzoru – Świętego Maksymiliana Marii Kolbego. Umiał on dawać siebie, wzbogacać innych, sam niczego nie biorąc. Miał jasnoniebieskie, marzycielskie oczy, uśmiechające się, a zarazem smutne. Ceniłem go i kochałem bardziej niż braci. Z wielkim żalem i smutkiem pożegnać go musiałem później, kiedy przedwcześnie dojrzały i wypalony wewnętrznie, odszedł z tego nielitościwego świata. Widziałem go i rozmawiałem z nim na krótko przed śmiercią. Powrócił właśnie z wojska po kampanii 1920 roku, poważnie chory na gruźlicę. Zastałem go wychudłym, z błyszczącymi oczyma, które jak dawniej uśmiechały się smutno. Słabym głosem przypominał do czego dążył i co chciał osiągnąć. Jest szczęśliwy, że doczekał się wyzwolonej Polski, choć duchowo jeszcze rozdartej. W kilka dni później stałem wstrząśnięty nad mogiłą kolegi, który cały poświęcił się dla Polski.  

   Ze śmiercią kol. Stacha i we mnie umarła jakaś cząstka. Starałem się choćby tylko zbliżyć do wzoru, jaki stanowił, ale nigdy mi się to nie udało. Nie potrafiłem jak on być tak wyrozumiale dobrym, że aż narażał się na kpiny innych. Nawet surowości własnego życia nie umiałem pogodzić z wyrozumiałością dla innych. Pozostałem zawzięty i nieustępliwy. Dopiero pod sam koniec życia zrozumiałem, że "zło należy dobrem zwyciężać" i wybaczać nawet nieprzyjaciołom.
   Wiele godzin spędziłem na rozmowie z kol. Stachem i wiele się od niego nauczyłem. Dla mnie były to prawdziwe lekcje poszerzania wiedzy i ukazywania korzeni historycznych naszego bytu narodowego i własnego doskonalenia. Spowodował, że tak bliskie stało mi się to, co pozostawił w swych pismach Józef Szujski i Michał Bobrzyński, wiedziałem czego pragnąć i do czego dążyć.

    Jeszcze za życia kol. Stacha zbliżyłem się również do starszego ode mnie kolegi gimnazjalnego, Mieczysława Wyderki. Miał on starszych od siebie braci Kazimierza i Stanisława, którzy ukończyli gimnazjum i oczywiście mogli już ćwiczyć w Oleandrach krakowskich na przyszłych żołnierzy polskich. Zabierał mnie ze sobą, gdy ich odwiedzał. Bardzo obaj żałowaliśmy, że jeszcze nie możemy się znaleźć wśród tych, którzy dumnie śpiewali Nie chcemy już od was uznania... Dowiedzieliśmy się, że również nasi niektórzy profesorowie, jak Bolesław Pochmarski i Jan Tomaszewski już przymierzają mundury legionistów, i do tego oficerskie.

    Moje rozliczne zainteresowania i przyjaźnie powodowały, że ciągle byłem poza domem. Ledwo zjadłem obiad po przyjściu ze szkoły, biegłem na umówione spotkanie lub na błonia, aby grać w piłkę nożną. Nie miałem czasu na odrobienie zadanych lekcji. Interesujący mnie temat potrafiłem jednak tak pogłębić, że mogłem popisywać się znajomością rzeczy jeszcze nie zadanych. Moi nauczyciele oczywiście nie mogli godzić się z takimi wyskokami, graniczącymi raz z niewiedzą, to znów jej nadmiarem. Uczyli nas zaś tacy, którzy niebawem objęli katedry na wyższych uczelniach, jak prof. Ujejski w Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, prof. Stożek w Politechnice we Lwowie i Jan Dąbrowski w Uniwersytecie Jagiellońskim.


5. Prawdziwe oblicze pierwszej wojny światowej

    Rozpoczęła się oczekiwana wielka wojna światowa. Zamiast się uczyć, interesowaliśmy się nią. W Krakowie miały miejsce najpierw wymarsze legionistów z Oleandrów, a potem 13 i 56 austriackiego pułku piechoty, składającego się z dzieci krakowskich. Wszystkich żegnałem w wielkim podnieceniu, czatując u wylotu ul. Krowoderskiej na wojska maszerujące w kierunku dworca kolejowego. Żegnały ich tłumy krakowian, wręczając naręcza kwiatów, a oni z  listkami dębowymi zatkniętymi w lufach karabinów, uśmiechnięci, szli dziarsko na wojnę, jak na wesele. Był to obraz i widowisko niezapomniane dla nas, młodych jeszcze wyrostków.

    Nie minęło od tego czasu wiele dni, a jakże odmienny obraz zobaczyłem. Po wielkiej bitwie pod Kraśnikiem, którą w dziennikach ogłoszono jako zwycięstwo, a która w rzeczywistości była wielką, obustronną masakrą, przyjechały do Krakowa pierwsze pociągi z rannymi. Na rampę kolejową wtoczyły się szeroko rozwarte wagony towarowe pełne noszy z rannymi. Wśród oczekujących nie zabrakło wtedy mojej matki, która działała w Czerwonym Krzyżu, i u jej boku mnie, wścibskiego. Patrzyłem teraz wylęknionymi oczyma, jak wyładowywano ciężko rannych z wagonów. Zanim karetki rozwiozły ich do szpitali, leżeli na noszach – jedni spokojni, inni jakby majaczyli w gorączce, niektórym przesiąkała krew przez bandaże. Jakże niepodobni byli do tych, których niedawno żegnaliśmy. Oto tak długo oczekiwana wojna ukazała swe prawdziwe oblicze. Wojna to nie obraz dziarsko maszerującej piechoty, kawalerzystów na koniach i ciągnionych dział. Wojna to widok zasłany trupami i rannymi, którzy na całe życie pozostaną kalekami. Czy wobec tego mogłem pozostać entuzjastą wojny?

    Raz rozpoczęta wojna dała się wszystkim we znaki i brzydła nawet nam najmłodszym. W wyniku wielkiej ofensywy rosyjskiej nastąpiło oblężenie Krakowa. Wprawdzie nie udało się im zdobyć miasta, ale mieszkańcy dotkliwie odczuli skutki oblężenia, a przede wszystkim braki w wyżywieniu. Zapamiętałem, że w domu musieliśmy jeść z obrzydzeniem zjełczałą rybę i zatęchłe kasze z zapasów mobilizacyjnych. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem długi ogonek ludzi po chleb, wypiekany z kruszącej się mąki kukurydzianej.

    Mieszkaliśmy wtedy w obrębie fabryki Zieleniewskiego przy ul. Krowoderskiej, w budynku opróżnionym, ponieważ całą fabrykę przeniesiono na dalekie Grzegórzki. Zajęliśmy mieszkanie na całym pierwszym piętrze, złożone  pięciu obszernych pokoi i urządzeń sanitarnych. Początkowo czuliśmy się wszyscy nieco zagubieni po mieszkaniu przy ul. Szlak i każdemu przybyło znacznie pracy. Na mnie spadł dodatkowo obowiązek froterowania pokoju chłopców, niepomiernie długiego. Rodzina powiększyła się teraz o uciekinierów i siadaliśmy na obiad do stołu długiego na 10 miejsc. Krótkie było jedzenie, ale niekończące się rozmowy.  Każdy z uczestników przynosił jakieś nowiny. Na temat toczącej się wojny zapamiętałem burzliwe dyskusje. Miały jednak niezapomniany klimat: ciepło domu rodzinnego i małej własnej w nim ojczyzny. Cały świat stał w ogniu wojny, szerzyła się nienawiść i zbrodnia. Tylko w kręgu rodziny utrzymywała się więź i solidarność, ufność w lepszą przyszłość, wiara w Opatrzność. Nieraz tylko trzeba było zamilknąć, kiedy drżały szyby od ciężkich wybuchów dział. 
    Późną nocą pewnego dnia obudziło nas niezwykłe dudnienie bruku na ul. Krowoderskiej. Z okien mieszkania zobaczyliśmy, jak przez całą szerokość ulicy przewalają się kolumny wojska, ale tym razem nie austriackiego, a niemieckiego. Niemcy szli zwartym szykiem, uzbrojeni po zęby w ciężką broń. Na froncie sytuacja przechylała się to na jedną, to na drugą stronę. Rosjanie ustąpili od oblężenia Krakowa, ale wojna toczyła się dalej, powodując coraz większe spustoszenie i nędzę ludności. Po przerwaniu frontu pod Gorlicami, wojna na szczęście odsunęła się daleko od Krakowa.

     Skutki wojny wdarły się i do naszego domu rodzinnego. Pewnego dnia zjawiła się żandarmeria austriacka. Pod nieobecność ojca przeprowadziła rewizję i z biurka ojca zabrała jakieś papiery. Oznajmili matce, że ojciec został aresztowany w fabryce i przebywa w więzieniu na ul. Montelupich. Lęk padł na nas wszystkich. Zrozpaczona matka udała się do mieszkania naczelnego dyrektora fabryki Edmunda Zieleniewskiego przy ul. Kopernika. Był także posłem do parlamentu austriackiego i pocieszył matkę, że w sprawie aresztowania ojca już interweniował i że niebawem wszystko się wyjaśni.
    Istotnie, po kilku tygodniach ojciec powrócił do domu zbiedzony, ale nawet matce nie chciał nic powiedzieć o przyczynach aresztowania, tylko to, że całe zakłady zostały na czas wojny zmilitaryzowane i wszędzie się węszy sabotaż. Dopiero gdy wojna się skończyła, okazało się, że ojciec jako odpowiedzialny kierownik fabryki zamieszany był w sprawę nielegalnego przekazywania remontowanych dział armatnich polskim Legionom. Ojcu groził sąd wojenny, ale polscy posłowie do parlamentu we Wiedniu potrafili sprawę zatuszować.
    Ciężkie chwile nastały dla matki, kiedy ojciec rozchorował się na krwawą dyzenterię, a następnie na zapalenie stawów. Całe rozległe nasze mieszkanie opustoszało. Matka wyprawiła wszystkich do Czernichowa, a sama pielęgnowała ojca i mnie, którego także powaliła czerwonka. W odległym pokoju nikt do mnie nie zachodził poza matką. Zdany na samego siebie, dla dodania sobie otuchy nuciłem godzinki wyuczone od dziadków. Kiedy doktor pozwolił mi wstawać, zachciało mi się zejść na dół do małego ogrodu. Wróciłem spocony i zrozpaczony, że nie potrafię chodzić. Pozwolono mi zachodzić do pokoju ojca. Odurzał zapach salicyli i maści do smarowania, które przepisywał dr Hirsz, troskliwie opiekujący się ojcem. W tym czasie bardzo zbliżyłem się do ojca, a on uczył mnie gry w szachy i domino.

   W tym okresie wielce się uspokoiłem. Zamiast biegania, czytałem wszystko, co było w domu pod ręką. Umiałem sobie przyswoić najbardziej ulubioną poezję naszych wieszczów narodowych: Stanisława Wyspiańskiego i Cypriana Norwida, choć nie wszystko, zwłaszcza trudne wiersze z Promethidion. Z prawie rocznym opóźnieniem powróciłem do gimnazjum do klasy, w której już nie było dawnych kolegów: Kazimierza Gołby, Feliksa Setkowicza, Michała Rusinka. Z miejsca jednak pozyskałem nowych przyjaciół i kolegów: Tadeusza Sikorę i Stefana Klimeckiego. Do końca gimnazjum siedzieliśmy w ławach obok siebie i stanowili nierozłączna trójkę także w życiu pozaszkolnym. Mniej więcej jednako byliśmy uzdolnieni i łączyły nas wspólne zainteresowania. Dołączył do nas Kazimierz Gołba, choć z wyższej klasy. Dawał nam do czytania swe pierwsze utwory, mające za temat epokę Napoleona, w którym był bezprzykładnie rozmiłowany. Zapraszał mnie często do swego domu i często także bywał u nas. Przychodził z dużym pudłem aparatu fotograficznego, aby robić zdjęcia mojej siostry Feli. Podkochiwał się w niej, narażając się na kpinki ze strony Stefana Klimeckiego.
    Po skończeniu gimnazjum rozeszły się drogi z naszym kochanym Kazikiem Gołbą. Obrał zawód nauczyciela i pojechał na Górny Śląsk, aby uczyć młodzież. Nadal parał się twórczością literacką, później, jak doszły nas wieści, ożenił się.
    W miarę upływu lat, coraz bardziej zacieśniała się moja przyjaźń z Tadeuszem Sikorą i Stefanem Klimeckim. Nie wystarczało nam to, że w szkole zawsze byliśmy razem, bo mieliśmy wiele sobie do powiedzenia. Często odwiedzaliśmy się w domach, zawsze mile witani przez nasze matki. Razem chodziliśmy na majowe i czerwcowe nabożeństwa do nowo wybudowanego kościoła Ojców Jezuitów przy ul. Kopernika.

    Do dnia dzisiejszego wspominam serdeczną, przyjacielską atmosferę, jaką promieniowały domy moich przyjaciół. Ojciec Tadeusza był profesorem gimnazjalnym, później kuratorem i znanym działaczem narodowo-demokratycznym. W domu nieczęsto się go widywało, ale zawsze była matka, szczęśliwa i z uśmiechem nas witająca. Miała troje dzieci, najstarszą córkę i obok Tadeusza najmłodszego syna Jerzego. Jak bardzo musiała być zrozpaczona, gdy ten najmłodszy ukochany syn poległ później w obronie Ojczyzny w 1939 roku. Nie mniej serdecznie było w domu rodziny Stefana Klimeckiego. Ojciec jego był sędzią sądowym, później adwokatem, matka, jak wszystkie nasze matki, była ostoją domu. Najstarszy brat Tadeusz już wówczas był wysokim oficerem sztabowym wojska polskiego. W czasie drugiej wojny światowej został generałem i jako adiutant generała Władysława Sikorskiego zginął wraz z nim w katastrofie lotniczej na Gibraltarze. Najmłodsza, uroczo pogodna siostra – Janka Klimecka, dla udokumentowania związków międzyrodzinnych, została później żoną Tadzia Sikory.

    Mimo trwającej wojny i wszystkich przykrych skutków, jakie powodowała, w gronie przyjaciół czuliśmy się dobrze. Czasem bawiliśmy się i tańczyli beztrosko na piknikach, urządzanych najczęściej przez matkę Tadeusza. Polubiłem taniec, którego się nauczyłem od moich sióstr i nieśmiało zbliżałem się do panienek, które czarowały mnie swoją urodą. Pierwsze moje zainteresowanie i uczucie wzbudziła we mnie kuzynka Tadzia, panna Muszyńska. Jakiż jednak ogarnął mnie żal, kiedy dowiedziałem się, że w czasie wakacji zachorowała na tyfus plamisty i zmarła. Śmierć zabierała młodych nie tylko na frontach trwającej wojny, ale podstępnie, także nie mających z nią nic wspólnego. Smutek, jaki mnie ogarnął przeminął, jak przemija wszystko, gdy na kolejnym wieczorku u państwa Sikorów spotkały mnie szukające oczy panny Sławy Hemzaczkówny. Niewiele mówiła, ale umiała słuchać, gdy popisywałem się moim oczytaniem i cytowaniem wierszy. Miała matowy głos i deklamowała jak urodzona artystka. Byłem przekonany, że nią zostanie. Ale nie udało się jej, musiała podjąć mniej wdzięczny zawód nauczycielki, podobnie jak Kazimierz Gołba, na Górnym Śląsku, tak spragnionym polskości.

    Dłużyła się już wojna wszystkim. Znowu musieliśmy zmienić mieszkanie, z obszernego przy ul. Krowoderskiej na mniejsze przy ul. Kołłątaja 12, skąd bliżej miał ojciec do zakładów Zieleniewskiego, już teraz Spółki Akcyjnej,  na Grzegórzkach. Długo ojciec powracał do zdrowia, kuracja odbyta w Badgastein okazała się skuteczna i mógł na nowo podjąć pracę. Rozglądała się za pracą najstarsza siostra Maria, która kończyła seminarium nauczycielskie. Starszy brat Edmund rozpoczął również pracę w zakładach Zieleniewskiego, rezygnując ze studiów wyższych. Natomiast brat Jan ukończył szkołę realną i podjął studia w Akademii Górniczo-Hutniczej. Siostra Fela uczyła się w prywatnym gimnazjum im. Królowej Jadwigi, a najmłodsza Julia jeszcze w szkole powszechnej. Powtarzające się wyjazdy ojca na kuracje do Wiednia kosztowały wiele i, jak powiedział ojciec, nadszedł czas, aby chłopcy zaczęli myśleć o sobie.
   Niewiele się namyślając, zacząłem się rozglądać za własnym zarobkiem. Pracę znalazłem u Ojców Paulinów na Skałce i zacząłem uczyć, oczywiście w godzinach popołudniowych, młodych chłopców, którzy chcieli poświęcić się służbie Bogu. Na przyspieszonym kursie uczyłem początków łaciny. Przez dłuższy czas, po powrocie ze szkoły i zjedzeniu obiadu, ruszałem w drogę plantami krakowskimi na Skałkę. Przekraczałem klauzurę i długimi krużgankami dochodziłem do salki, w której oczekiwali mnie już chłopcy. Patrząc na obrazy o motywach religijnych rozmyślałem, że gdybym miał poświęcić  się stanowi duchownemu, jak tego pragnął mój katecheta, a w skrytości ducha również moja matka, to wybiorę klasztor, który urzekał ciszą i spokojem. Przez pewien czas przynosiłem do domu pełną teczkę pieniędzy, które niewiele były warte z powodu szalejącej już hiperinflacji.

    W okresie mojej nauki w gimnazjum św. Jacka zmieniło się trzech katechetów. Najpierw uczył nas ksiądz Piwowarczyk, znany później redaktor naczelny Głosu Narodu, następnie bardzo autorytatywny ks. Rychliński, wreszcie na koniec cichy, skupiony ks. Jan Buda. Bardzo zachęcał wszystkich nas trzech, abyśmy po maturze wstąpili do seminarium duchownego. My trzej jednak zdecydowaliśmy się na wydział prawa i ekonomii Uniwersytetu Jagiellońskiego, a do seminarium duchownego zapisali się z naszej klasy inni.
     Wszyscy troje należeliśmy do Sodalicji Mariańskiej. Niewiele pamiątek zachowało mi się z lat najmłodszych. Do najmilszych, jakie przeglądam jako stary już człowiek, należy ręcznie malowany dyplom, z taką dedykacją: "Adamowi Grabowskiemu, Kochanemu Swemu Założycielowi i Pierwszemu Prefektowi – wdzięczna Sodalicja uczniów Gimnazjum Św. Jacka w Krakowie". Podpisali: Ks. Moderator Jan Buda, Prefekt Czesław Drozdowski i Sekretarz Krzysztof Morstin, oraz sodalisi: Tadeusz Sikora, Stefan Klimecki, Andrzej Rumiński, Franciszek Ptasiński z mojej klasy i z klas niższych: Maks Ziomek,Eugeniusz Jodłowski, Mieczysław Grzegorczyk, Edward Targosz, Leonard Bogucki i Tadeusz Rutowski.

    Otarłem się również o Stowarzyszenie Św. Wincentego a Paulo. Stało się to za przyczyną starszego pana Bartynowskiego, który zagadał do mnie, gdy na plantach odpoczywałem na ławce zmęczony grą w piłkę nożną. Zaproponował mi, abym z nim odwiedził naprawdę biedną rodzinę, oczekującą wsparcia od innych. Dzięki sugestii starego pana Bartynowskiego rozpoczęła się moja nauka okazywania prawdziwie chrześcijańskiego miłosierdzia. Towarzyszyłem mu, gdy rozmawiał z nędzarzami. Twarz miał poważną, niemal surową, jak u pierwszych chrześcijan, mówił bez rozczulenia i współczucia. Przekonałem się, że potrzebujący lepiej odbierali taką formę miłosierdzia. Umiałem potem odróżnić prawdziwe miłosierdzie od pozorowanego. Na własne oczy zobaczyłem Adama Chmielowskiego – powstańca, artystę malarza, który cały poświęcił się dla ubogich i dał przykład prawdziwego miłosierdzia.

    Na dwa ostatnie lata przed maturą oczarowały mnie Tatry. Pokazał nam je stary profesor Dyduch, który całą klasę poprowadził na wycieczkę na Zawrat i do Morskiego Oka. Odtąd często wyrywałem się w wysokie góry. Chciało mi się nocą jechać koleją do Zakopanego,  z dworca pieszo maszerować do Kuźnic i dalej na Orlą Perć. Syty wrażeń, nocą wracałem do Krakowa, aby na czas zdążyć do szkoły. 

 

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl