Pamiętnik redaktora, cz. 3

Spis treści
Pamiętnik redaktora, cz. 3
Page 2
Page 3
Wszystkie strony


   Nie było rzeczą łatwą pisać w prasie w przededniu drugiej wojny światowej, zwłaszcza w prasie o kierunku realistycznym. Wszelkie próby pisania w tym kierunku skazane były na niepowodzenie. Kto próbował przeciwstawić się hurrapatriotycznej postawie był ogłoszony defetystą, a nawet zdrajcą. Trudne i ograniczone zadanie mieli publicyści. Sam pisałem artykuły wyłącznie ekonomiczne.



12. W przededniu drugiej wojny światowej

   Zanim zaczęła się wojna, przez Polskę, jakby przechodnią bramą świata, przewaliło się wiele burz dziejowych. Sygnalizowały ją zaborcze plany Hitlera, Anschluss Austrii, zajęcie Czechosłowacji. Każdy rozsądny człowiek, pamiętający okrucieństwa i straszliwe spustoszenia, jakie spowodowała pierwsza wojna światowa, musiał uznać nową wojnę za największe nieszczęście, jakie spotkać może wszystkich. Jako mało znacząca jednostka należałem do tych, którzy chcieli wszystko uczynić, aby tej wojny uniknąć lub przynajmniej ograniczyć jej zasięg. Z niepokojem śledziłem lekceważenie istniejącego niebezpieczeństwa, fatalne "jakoś to będzie". Nie darmo byłem wychowankiem krakowskiej szkoły historycznej, nauczonym realnie oceniać sytuację. Z drugiej strony związany byłem z pokoleniem Polaków, którzy bez miary szafowali własną krwią, bo wszystko inne pozostawało w niedostatku. Walczyli i ginęli na wszystkich frontach świata, nawet przeciwko samym sobie. Za zdrajców poczytywali tych, co podejmowali się ochrony substancji narodowej za cenę utraty honoru.
   Na spotkanie wypadków, które się nieuchronnie zbliżały, nie byliśmy dostatecznie przygotowani. Zaledwie dźwignęliśmy się ze zniszczeń pierwszej wojny światowej, wyprowadzili rolnictwo z głębokiego kryzysu i zwalczyli inflację, która uderzała we wszystkich pracujących, a sprzyjała tylko spekulantom. Opierając wartość pieniądza na złocie, wdaliśmy się w deflację, która ograniczyła do minimum niezbędne inwestycje. Rozwinęliśmy jednak gospodarkę morską, budując Centralny Okręg Przemysłowy, dokonali poważnego kroku w rozwoju przemysłu także lotniczego. Gdyby Polska, choćby jeszcze przez 10 lat, pozostała w spokoju, jej potencjał przemysłowy i obronny byłby na pewno większy.

   Nie było rzeczą łatwą pisać w prasie w przededniu drugiej wojny światowej, zwłaszcza w prasie o kierunku realistycznym. Wszelkie próby pisania w tym kierunku skazane były na niepowodzenie. Kto próbował przeciwstawić się hurrapatriotycznej postawie był ogłoszony defetystą, a nawet zdrajcą. Trudne i ograniczone zadanie mieli publicyści. Sam pisałem artykuły wyłącznie ekonomiczne. Zwróciłem między innymi uwagę na zachodzące w świecie procesy demograficzne. Niemcy jeszcze przed pierwszą wojną światową wkroczyły w znany już we Francji proces starzenia się populacji. Zaznaczyło się wyraźnie przemieszczanie ludności niemieckiej ze wschodu na zachód, pozostające w sprzeczności z obowiązującym Drang nach Osten i hasłem Hitlera o potrzebie tzw. Lebensraumu. Zjawisko to niewątpliwie popchnęło przywódcę Niemiec do zbrodniczej, zaborczej wojny.
   W Polsce słyszało się na zebraniach publicznych albo "nie damy guzika", albo usypiające wiadomości, że "nie taki diabeł straszny", o ograniczeniu w spożyciu masła w Niemczech, o czołgach rzekomo krytych dyktą. Nie zwrócono natomiast uwagi na to, że w 1938 roku Niemcy zakupiły w Chinach więcej wolframu, aniżeli wszystkie inne państwa świata, co oznaczać mogło, że zakończyły przygotowania do długotrwałej wojny. Wojny, ale przeciwko komu? Przeciw Francji i Anglii czy przeciwko Polsce i Związkowi Radzieckiemu, byle tylko nie od razu na dwa fronty. Początkowy plan sztabu niemieckiego przewidywał inną kolejność, aniżeli ta, którą wybrał Hitler.

   Nasz zachodni sojusznik – Francja, polegając na swej słynnej linii obronnej Maginota, zapewniał nas, że liczy na opór Polski przez trzy tygodnie, wystarczające na przeprowadzenie u siebie mobilizacji. Jednak w prasie francuskiej pojawiły się artykuły "Nie będziemy umierać za Gdańsk". W Anglii po nieudanych próbach ugłaskania Hitlera, przestano się łudzić i przygotowywano do nieuniknionej wojny. W książce Rewolucja nihilizmu Herman Rauschning bez ogródek napisał, że wojna zaczęła się już dużo wcześniej, kiedy Japonia sięgała po Mandżurię, Włosi po Abisynię, a Niemcy jednostronnie odrzucili warunki wersalskie. Tak było w istocie.

   Cała Europa znajdowała się w "stanie tragicznym". Na długo przed 1939 rokiem, w którym Hitler rzucił wyzwanie całemu światu, Marian Zdziechowski napisał książkę pt. W obliczu końca. Ukazał w niej całą potworność zbliżających się czasów, jarzmo współczesnego niewolnictwa, ludzi wyzwolonych ze wszystkich więzów, pragnących powalić cały świat. Z tego potopu uratować może ludzi tylko zachowanie chrześcijańskiej postawy moralnej. Panoszyć się będzie zło i egoizm, żerowanie na nędzy. Donosicielstwo zostanie podniesione do rangi cnoty. Sponiewierana zostanie wszelka godność ludzka, a w miejsce prawdy obowiązywać będzie kłamstwo. Wszystko to wyzwoli wojna i po niej powrót do normalnych zasad współżycia nie będzie możliwy.

   Niełatwo było nam w Czasie, którego hasłem było "My zawsze z Zachodem", utwierdzać wiarę w to, że z Zachodu przyjdzie do nas ratunek. Okazało się, że nie przyszedł i pozostało nam tylko zginąć z honorem. Tego zawodu nie zmienił fakt, że najpierw Anglia, a później Francja wypowiedziały wojnę Niemcom po napaści na Polskę. Sytuacja w Europie była tego rodzaju, że mniej wytrzymali na jej ciśnienie mówili: "Niech się dzieje, co chce, byle tylko wyjść z tego kręgu niepewności".
   W sytuacji zagrożeń Czas przeniesiony z Krakowa do Warszawy, nie tylko się przyjął, ale i rozwijał. Spółka Wydawnicza Czasopism sp. z o. o., której zostałem dyrektorem, uporała się ze wszystkimi trudnościami, jakie nastręczała likwidacja dwu drukarń i dzierżawa Drukarni Polskiej. Poszerzyliśmy działalność wydawniczą i oprócz porannego wydania Czasu ukazywać się zaczął Czas –7 wieczór oraz pismo sportowe Start. Pisma nasze od początku należały do Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP. W 1936 roku wybrany zostałem na członka Rady, a następnie Zarządu tego Związku.
   W tym samym czasie wybrany został do Zarządu Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism także przedstawiciel z Niepokalanowa, ojciec Maksymilian Kolbe. Popularność i taniość wydawnictw Milicji Niepokalanej niepokoiła przedstawicieli prasy zdecydowanie laickiej. Na terenie Związku podjęli oni próbę walki z wydawnictwami z Niepokalanowa, zarzucając, że ojciec Kolbe propaguje ciemnotę w Polsce. Tym bezprzykładnym atakom ojciec Kolbe umiał się przeciwstawić, zyskując poparcie ze strony przedstawicieli większości wydawnictw. Okazało się przy tym, że ojciec Kolbe znakomicie zorganizował, w nowoczesny sposób, wydawnictwa w Niepokalanowie. Nie szczędziłem podziwu ojcu Kolbemu, kiedy odwiedziłem zakłady drukarskie w Niepokalanowie, na co usłyszałem, że w dalekiej Japonii jeszcze lepiej potrafią pracować. Gdy w Polsce nastała noc okupacji hitlerowskiej, właśnie ojciec Kolbe, nieustraszony czciciel Niepokalanej, potrafił zdobyć się na taki akt poświęcenia i ofiary, że podniósł na duchu wszystkich już wątpiących w sprawiedliwość. Byłem szczęśliwy, że mogłem osobiście uczestniczyć w beatyfikacji Maksymiliana Marii Kolbego przez papieża Pawła VI w Rzymie w roku 1971, a następnie w kanonizacji, kiedy polski papież Jan Paweł II ogłosił go świętym naszych czasów.

   W Polskim Związku Wydawców Dzienników i Czasopism RP poznałem przedstawicieli pism i wydawnictw, jakie ukazywały się w Polsce. W czasie okupacji hitlerowskiej współpracowałem z niektórymi w podziemnym ruchu niepodległościowym, zwłaszcza ze Stefanem Krzywoszewskim, prezesem Zarządu, i Stanisławem Kauzikiem, dyrektorem Związku, który kierował Departamentem Informacji i Prasy Delegatury Rządu na Kraj. Często spotykałem się z Mieczysławem Niklewiczem, przedstawicielem Gazety Warszawskiej, z ks. Edwardem Kosibowiczem z wydawnictw Ojców Jezuitów, z Janem Lutosławskim z Gazety Rolniczej, z Julianem Maliniakiem, przedstawicielem Robotnika, z Józefem Stemlerem z wydawnictw Oświata Polska. Choć reprezentowali różne kierunki polityczne, w okresie okupacji jednoczyli się, jeśli idzie o wyzwolenie się spod okupacji.

   Na trzy lata przed napaścią Niemiec na Polskę prezesem Rady Naczelnej Organizacji Ziemiańskich wybrany został Adolf Bniński, senator, były kandydat na Prezydenta Państwa z ramienia stronnictw prawicowych, zaś wiceprezesem Stanisław Wańkowicz, reprezentujący Kresy Wschodnie, obaj niezłomni patrioci o wysokich zaletach osobistych. Potwierdzili to postawą w okresie okupacji i ofiarą własnego życia. Adolf Bniński, jako delegat Rządu na rejon poznański, aresztowany zginął okrutną śmiercią. Zawsze podziwiałem jego umiar, spokój, niezłomny patriotyzm i determinację. Osobiście zawdzięczałem mu to, że zachęcił mnie do pracy społecznej na rzecz Kościoła katolickiego w Polsce i przedstawił kardynałowi Augustowi Hlondowi, prymasowi Polski. Stanisław Wańkowicz zginął tragicznie z rąk gestapowców w czasie akcji pacyfikacyjnej na wsi. Jako przedstawiciele zrzeszonego ziemiaństwa patrzyli obaj na sprawy naszego kraju nie tylko ze stanowiska stanu, jaki reprezentowali. Nie tylko akceptowali zmiany ustrojowe, jakie się dokonały w rolnictwie, ale i rzetelnie dążyli do rozwoju w Polsce gospodarstw różnego typu i wielkości, zdolnych do wysokiej produkcji. Podkreślali potrzebę samorządu rolniczego i oświaty, melioracji i komasacji gruntów, aby tworzeniu nowych gospodarstw nie towarzyszył już proces rozdrabniający.
   Warto tu nadmienić, że w Polsce w okresie międzywojennym, w kraju o przeludnieniu rolniczym, miał miejsce stały proces przechodzenia ziemi z rąk większej własności do mniejszej i to nie tylko w wyniku przymusowej parcelacji, ale i na wielką skalę dobrowolnej. Ustawa o wykonaniu reformy rolnej oddała obrót ziemią w ręce biurokracji, a państwo nie było zdolne do przeprowadzenia takiej reformy, jak przebudowa ustroju rolnego. Ta dokonała się przy udziale czynników zainteresowanych i w małym stopniu czynnika państwowego. Dzięki temu uniknęła Polska w okresie międzywojennym szkodliwej etatyzacji w rolnictwie. Prof. Władysław Grabski powiedział, że Państwo nigdy nie uzna gospodarki włościańskiej za ideał. Prędzej czy później pójdzie po drodze tworzenia gospodarstw państwowych, to zaś jest rozwiązaniem najdroższym. Świadczy o tym przykład reformy rolnej w Związku Radzieckim, gdzie początkowo cała ziemia większej własności przeszła w ręce chłopstwa, aby następnie przejść w krańcowo odmienne stadium "reformy agrarnej wstecz", czyli całkowitego upaństwowienia własności ziemskiej, ze wszystkimi stąd wynikającymi skutkami.
   Przed tego rodzaju etatyzmem przestrzegał największy polski ekonomista, prof. Adam Krzyżanowski. Rozpoznał on w etatyzmie wszystkie jego szkodliwe objawy i ograniczenia w samodzielności gospodarowania, w książce pt. Etatyzm w Polsce, 1928 r. Zadziwiające, jak dzisiaj także aktualne są słowa profesora, że etatyzm wzywa do optymizmu polityczno – ekonomicznego, do którego miłujący ojczyznę obywatele są zobowiązani, że Rząd może dowolnie regulować tok wypadków ekonomicznych, że urzędnicy stają się ustawodawcami, obywatele zaś poddanymi oraz, że urzędnik jest osobnikiem, który dąży tylko do stworzenia podurzędnika, aby rozszerzyć zakres swojej władzy.
   W innej swej książce, pt. Bierny bilans handlowy, 1928 r., udowodnił prof. Adam Krzyżanowski, że arcykosztowny program upaństwawiania wszystkiego, co się da, powoduje inflację, czyli najgorszy z podatków, bo obciążający przede wszystkim warstwy najbiedniejsze, i że spadek wartości pieniądza najsilniej uderza w gospodarstwa najzdrowsze.

   W przededniu drugiej wojny światowej potrafiliśmy przezwyciężyć wszystkie ważniejsze zagrożenia, wynikające z polityki "taniego chleba" rzekomo w interesie konsumentów, z etatyzmu posługiwania się inflacją i obniżania wartości pieniądza. Dzięki temu można było wejść na trudną, ale jedyną drogę gospodarowania "wedle stawu grobla", oszczędnego, wymagającego wielkiego nakładu pracy i takiej wstrzemięźliwości, jaką zobaczyć można tylko u drobnego rolnika.


13. Przed i po 1 września 1939 roku

   W czerwcu 1939 roku wynająłem dla dzieci letnisko w Puszczy Mariańskiej koło Skierniewic. Miałem auto i mogłem odwiedzać żonę i dzieci w każdą sobotę i niedzielę. W Warszawie mieszkaliśmy już na ul. Smolnej 16, w Śródmieściu, skąd miałem blisko do instytucji, w których pracowałem. Pani Pękosławska, od której odkupiłem mieszkanie za słone odstępne, które było praktykowane w wyniku prawnej ochrony lokatorów, nie bez dumy podkreślała, że jest to historyczne mieszkanie, ponieważ stąd Stanisław Wojciechowski odjechał na Zamek Królewski powozem zaprzężonym w białe konie, aby objąć urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Mieszkanie mieściło się na 4 piętrze, na które dojeżdżała obszerna winda, i składało się z pięciu pokoi, dwóch przedpokoi i kuchni. W urządzenie tego mieszkania zainwestowałem wszystkie oszczędności, jakie miałem. Rada była żona, ponieważ mieliśmy już drugą córkę i mogła swobodnie przyjmować gości.


W puszczy Mariańskiej - autor z żoną


    Jadąc do Puszczy Mariańskiej, na drodze do Spały widziałem przegrupowujące się oddziały wojska polskiego, nie ukrywaną już mobilizację. Wcześniej obiecywałem żonie, że w lipcu wyjedziemy nad Balaton, ale wiedziałem, że nam się to nie uda. Zaproponowałem więc wyjazd nad polskie morze, aby po drodze złożyć wizytę w Gułtowach państwu Adolfom Bnińskim. Była połowa pogodnego lipca, ale napięcie w stosunkach z Niemcami sięgało zenitu. Ostrzegano mnie, aby nie jechać przez Gdańsk, opanowany całkowicie przez hitlerowców, ale uparłem się sprawdzić, jak to jest z naszymi uprawnieniami do tego miasta. Trafiłem na chwilę jakby uciszenia się nieustannych demonstracji hitlerowskich.
   Zezwolono mi na jazdę przez miasto po zadeklarowaniu, że nie wiozę broni, ani wyrobów monopolowych. Nie zatrzymywany opuściłem Gdańsk i wąską drogą, wijącą się przez półwysep Hel, dojechałem do Juraty. Pewne części półwyspu były szczelnie odgraniczone i zamknięte. Za tymi ogrodzeniami miała znajdować się polska artyleria, której zadaniem było zagrodzić drogę okrętom wojennym do Zatoki Gdańskiej. Jak się później okazało, milczały, gdy krążownik niemiecki wpłynął do zatoki i zaatakował polską placówkę na Westerplatte. Natomiast nasze zgrupowanie na Helu broniło się długo przed przeważającymi siłami niemieckimi, atakującymi z lądu i z morza.

   W hotelu Jurata wyszedł nam na powitanie Teofil Syga i jego żona Haneczka. Tym razem Teofil nie witał nas swym "mam się dobrze", które przy powitaniu zawsze miał na ustach. Powiedział natomiast, że bawi w Juracie Wojciech Kossak i pilnie czekają na czwartego do bridża. Po nas pojawił się Marceli Karczewski z żoną i naraz w małym otoczeniu Wojciecha Kossaka wszyscy poweseleli, utrzymując, że nie musi być tak źle, skoro redaktorzy warszawscy przyjechali z żonami na urlop. Pocieszaliśmy się, że skoro latem nie rozpoczęła się wojna, to nie będzie jej tym bardziej jesienią, kiedy polskie drogi i roztopy bronić nas będą przed ciężką bronią niemiecką.
   Póki czas korzystaliśmy ze słońca i ciepłego morza w tym niespokojnym roku, na najdalej wysuniętym na północ skrawku polskiej ziemi. Nad morzem żona czuła się zawsze najlepiej, mogła do woli opalać się, pływać, grać w tenisa. Jedynie na taniec nie miała w tym roku ochoty. Jej dobre samopoczucie zakłócone było nie tylko napiętą sytuacją, ale i troską o pozostawione daleko dzieci. Bardziej niespokojni letnicy skracali pobyt nad morzem. Mówiły panie, że lepiej wcześniej poczynić zapasy żywnościowe, na wszelki wypadek. Z innej przyczyny i ja musiałem wcześniej, niż zamierzałem, powrócić do Warszawy. Otrzymałem wiadomość, że redaktor naczelny Jan Moszyński i dyrektor drukarni Stefan Sobolewski zostali powołani do wojska i pilnie jestem oczekiwany.

   Jak było ustalone, w drodze powrotnej zajechaliśmy do Gułtów, położonych niedaleko Gniezna. Byliśmy serdecznie podejmowani przez państwo Bnińskich, ale wszystkich przytłaczał niepokój o przyszłość Polski. Po raz ostatni rozmawiałem wtedy z Adolfem Bnińskim i nie zapomnę skupionego wyrazu jego twarzy i łagodnego, właściwego mu uśmiechu. Może już wówczas przeczuwał, jak bardzo cierniową drogę przyjdzie mu przejść.

   Późną nocą dotarliśmy do Warszawy. O zmroku i nocą nie pozwalała mi żona na szybką jazdę. Następnego dnia przywiozłem dzieci z Puszczy Mariańskiej. Na zatłoczonej drodze spalskiej czuło się już tchnienie wojny. W Warszawie ogarnął wszystkich nastrój nerwowego zatroskania, wobec czego zawiozłem dzieci do "Dźwigni" w Otwocku, gdzie panowała cisza i spokój i była dzielna ciocia Zosia. Żona wróciła ze mną do Warszawy.


Własne auto


    Wkoło mnie widziałem kolegów już w mundurach wojskowych, gdy wczoraj byli jeszcze po cywilnemu. Nikt nie dowierzał wiadomościom z jednego źródła, toteż wszystkie dzienniki były rozchwytywane. Wielką poczytność zyskał sobie nasz Czas – 7 Wieczór, ponieważ miał wiadomości podawane przez inne pisma dopiero następnego dnia w porannych wydaniach. Sprzedawany był oczywiście tylko w Warszawie przez ruchliwych gazeciarzy. W redakcjach dyskutowano zawzięcie. Niektórzy publicyści szykowali się już do wyjazdu, aby wyrwać się, póki istnieje możliwość, z tego piekła, jakie się rozpęta, gdy hitlerowcy uderzą na nasz kraj. Zdecydowana większość była zdeterminowana zostać, związana na dobre i na złe z losem ojczyzny. Osobiście czułem się nierozerwalnie związany z polską ziemią i wszystkimi, którzy na niej mieszkają.

   Nie było łatwo w tym czasie redagować pismo, podawać wiadomości, aby nie wywołać paniki, lecz wzmocnić ducha oporu przeciwko wrogom naszej niezawisłości państwowej. Z wielkim poświęceniem pełnili powierzoną im pracę redakcyjną zwłaszcza młodsi koledzy. Ofiarnie pracowali również pracownicy drukarni. Nasz prezes Spółki Wydawniczej Janusz Radziwiłł, który na co dzień oczywiście nie udzielał się w naszej pracy, a którego niektórzy uważali za wyniosłego księcia ordynata, w tych dniach służył nam radą i pomocą.

   Nadszedł jednak 1 września 1939 roku. Z głębokiego snu obudził mnie głos płynący z radia otwartego przez żonę. Przez krótką chwilę jeszcze leżałem bez ruchu, aby oddalić jak zły sen to, co się już działo. Wysłuchałem orędzia Prezydenta Rzeczypospolitej i o niezwykłej porze udałem się do redakcji na ul. Szpitalną. Nadchodziły pierwsze wiadomości o bombardowaniach lotnisk i koncentrycznym ataku ze wszystkich kierunków oraz o pierwszych ofiarach wśród bezbronnej ludności cywilnej. Pytano mnie, co wstawić na pierwszą kolumnę pisma w miejsce nieaktualnych już wiadomości. W głowie tłukło mi się echo pieśni bojowej polskich rycerzy: Bogurodzica Dziewica, Bogiem Sławiena Maryja, ale odparłem, że orędzie Prezydenta Rzeczypospolitej i wiadomości o bezprzykładnej napaści. Ciężko było na duszy, a tu jeszcze telefon z domu od żony, co począć z dziećmi, skoro na wypadek wojny postanowiliśmy nie rozdzielać się pod żadnym pozorem.
   Pierwszego dnia wojny, w godzinach popołudniowych jechałem z żoną autem drogą na Otwock. Zobaczyliśmy pierwsze pożary powstałe od bomb lotniczych. W "Dźwigni" starsze panie cicho szeptały modlitwy i z lękiem patrzyły na pogodne niebo. A na nim gęstym szykiem leciały niemieckie samoloty w kierunku Warszawy. Słychać było głuchy ich odgłos, a po chwili ciężkie wybuchy bomb. Przeładowanym autem z dziećmi, ciocią i jeszcze jedną staruszką, wróciłem do Warszawy. Pozostawioną w domu gosposię odnalazłem na dachu domu. W czasie nalotu nie mogła, jak inni schodzić do schronu w piwnicy, ale musiała wszystko widzieć z wysoka. Nadawała się idealnie na strażnika pogotowia przeciwpożarowego.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl