Syrena Bałtyku. Dygresyjna opowieść o Constantii Czirenberg

Spis treści
Syrena Bałtyku. Dygresyjna opowieść o Constantii Czirenberg
Page 2
Wszystkie strony
herb Czirenbergów
Dygresyjna opowieść o Constantii Czirenberg

   Urodą [przypomina] Helenę, obyczajami Penelopę, umysłem Atenę, głosem i sercem Dianę, śpiewem zaś dziewiątą muzę na Parnasie – Kaliope (...) [obdarzona] najzręczniejszymi do gry palcami (...) i słowiczym gardłem – pisał o Constantii Czirenberg Filippo Lomazzo, dedykując jej Flores praestantissimorum virorum, zbiór utworów najbardziej znanych muzyków działających w Mediolanie w dwudziestych latach XVII w.

   Nie tylko mediolański wydawca pozostawał pod wpływem uroku panny Czirenberg, ulegli mu także Johannes Georg Moeresius – jeden z najbardziej znanych gdańskich poetów, francuski poseł – Charles Ogier i Johannes Naeranus – niderlandzki edytor. Pierwszy ułożył dla niej serię wierszy, drugi oprócz poematu Sireni Balthicae Constantiae Sirenbergiae sporo miejsca poświęcił jej w swoim Dzienniku podróży do Polski 1635-36, trzeci zaś, jak wspomina Ogier, po powrocie z Gdańska do Belgii napisał ku jej czci najłaskawsze elegie. Nie czytałem lepszych w żadnym z tych północnych krajów . Nie koniec na tym. Wydaje się, że muzykalnością Constantii zachwycił się królewicz Władysław IV Waza i całkiem prawdopodobne, że to on rozsławił nazwisko Czirenberg podczas swojej podróży po Europie w latach 1624-25.

   Ale choć w XVII wieku wielka sława otaczała najwspanialszą Constantię, urodzoną w najznakomitszej rodzinie Czirenbergów  – jak pisał w dedykacji Lomazzo – dziś postać ta pozostaje niemal całkowicie zapomniana. Tym bardziej, że nie zachowały się jej portrety ani pisma, a z diariusza Ogiera można zaczerpnąć jedynie skąpe, fragmentaryczne informacje1.

   Nazwisko Czirenberg słyszą dziś przede wszystkim turyści zwiedzający Bazylikę Mariacką w Gdańsku. Znajduje się tam przepiękne epitafium rodziny Czirenbergów, dzieło Abrahama van der Blocke z 1616 r. Już to, że pracę tę wykonał jeden z najsławniejszych ówczesnych architektów i rzeźbiarzy, świadczy o znakomitości i zamożności rodu. Czirenbergowie należeli do gdańskiego patrycjatu, zajmowali wysokie stanowiska w Radzie Miasta. Zarówno Daniel (zm. w 1602), którego przedstawia obraz w centrum epitafium, jak i Johann (zm. w 1642 r.), ojciec Constantii, pełnili funkcję burmistrza. Ten drugi był też królewskim burgrabią i właścicielem dworu z przepięknym parkiem w Oruni, gdzie urządzano sławne przyjęcia.

herb rodziny Czirenbergów
Herb Czirenbergów – exlibris Daniela Czirenberga


Dygresja pierwsza – wyznaniowa

   Rodzina Czirenbergów pochodziła z kalwińskiej Hesji (Hesja-Kassel) i pozostała wierna temu wyznaniu również w luterańskim Gdańsku. Może wydawać się dziwne, że w katolickim dziś kościele mariackim znajduje się epitafium wyznawcy kalwinizmu, nie jedyne zresztą. Trzeba jednak pamiętać, że świątynia od 1572 r. w całości należała do protestantów: [Kościół Mariacki] należy do luteranów – pisał Ogier – niemniej grzebią bez nijakich wstrętów i kalwinów, którzy mają tu rodzinne grobowce. Można gest użyczenia miejsca pochówku w największym i najwspanialszym kościele gdańskim poczytywać w kategoriach idealistycznych za przykład ekumenizmu. Rzeczywistość była zdecydowanie mniej idealna.

   W Gdańsku, jak wspomniano, dominowali luteranie (ok. 80%) i to oni w głównej mierze decydowali o kształcie stosunków religijnych. Mniejszość katolicką (ok. 10%) odsunięto od współrządzenia miastem, zakazano publicznych katolickich ceremonii religijnych, a trasy procesji ograniczono do terenów przykościelnych. A ponieważ prawie całe miasto jest heretyckie, w większości swej luterańskie, katolikom nie wolno już publicznie z procesją po mieście chodzić, nosić otwarcie Przenajświętszego Sakramentu chorym, publicznie swych zmarłych chować (...), procesje odbywają się wewnątrz kościołów i na dziedzińcach klasztornych, gdzie zmarłych przenosi się w nocy, by ich następnie za dnia pogrzebać z mszą i zwykłym ceremoniałem – pisał z goryczą legat papieski Giacomo Fantuzzi, który w 1652 r. odwiedził Gdańsk.

   Niejako w odpowiedzi na dyskryminację katolików w Radzie Miejskiej, Zygmunt III Waza w 1612 r. pozbawił kalwinów dostępu do urzędów. Zakaz ten pozostał jednak martwym zapisem, bo choć zwolennicy reformacji genewskiej oficjalnie pozbawieni byli praw politycznych, to razem z luteranami rządzili miastem podejmując korzystne dla siebie decyzje. Władzę i wysoką pozycję uzyskali kalwini (a właściwie kryptokalwini) podstępem, jak twierdzi Fantuzzi: Władze miasta w całości są luterańskie i nie chcą już więcej do siebie kalwinów dopuszczać, którzy (...) na początku udawali luteran, aż do chwili, gdy wzrósłszy w liczbę tak, że stawić czoła luteranom mogli, odkryli, że są kalwinami i dalej chcą mieć prawo zasiadania we władzach miasta, jak dotąd. Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, dlatego też luterańsko-kalwińska Rada Miejska bezwzględnie zwalczała konfesyjną "konkurencję", także protestancką. Mennonitom na przykład nie pozwolono utworzyć publicznego ośrodka kultu, pozbawiono ich prawa do ubiegania się o gdańskie obywatelstwo, które przysługiwało tylko luteranom, kalwinom i katolikom2 .

   Między zwolennikami reformacji wittenberskiej i genewskiej też dochodziło do wielkich sporów i niezgody. Nie chodziło tylko o kwestie teologiczne, choć oczywiście Gdańsk był świadkiem wielu dysput, ale o kwestie majątkowe. Wyczulonemu na wszelkie przejawy kontrowersji wyznaniowych Fantuzziemu nie umknął konflikt, jakich wiele toczyło się od niemal stu lat: Spór się tyczył kościoła Św. Franciszka w Gdańsku, dawniej należącego do franciszkanów, później zaś, do chwili procesu, będącego wspólnie w rękach luteran i kalwinów; jedni i drudzy w nim msze odprawiali, teraz zaś luteranie, którzy zwą się ewangelikami, pragnęli wygnać z niego kalwinów, którzy się zowią ewangelikami reformowanymi.

   Szczególną strategią stosowaną przez kalwinów (kryptokalwinów) było obsadzanie stanowisk kaznodziejskich przy kościołach luterskich swoimi predykantami. Niewątpliwie wpływ na to miało kształcenie duchownych w Gimnazjum Akademickim kierowanym przez niemal 50 lat (1580-1629) przez Jacoba Fabritiusa uważanego za jednego z ideologów i przywódców reformacji genewskiej w Gdańsku3. Kalwińskie kazania oddziaływały na postawę gdańszczan. Nawet jeśli nie dochodziło do spektakularnych konwersji, to kalwini cieszyli się sympatią, a propagowany przez kaznodziejów pracowity, powściągliwy i surowy tryb życia budził powszechny szacunek. Jednak surowość, powściągliwość i pracowitość nie musiały i nie były jednoznaczne z ponuractwem. Myliłby się ten, kto by sądził, że rodziny kalwińskie stroniły od wszelkich rozrywek, tym bardziej, że architektura, sztuki plastyczne, a zwłaszcza muzyka stały się dziedzinami szczególnie bliskimi kalwińskiemu patrycjatowi. W patrycjuszowskich domach nie tylko urządzano koncerty kapeli miejskiej, która mogła prezentować tzw. muzykę głośną – z użyciem instrumentów dętych, ale też uprawiano muzykę kameralną. Wykonawcami byli wtedy domownicy, a repertuar stanowiły wokalne i instrumentalne utwory kompozytorów włoskich, później francuskich, rzadziej niemieckich. Instrumenty, często niezwykle kosztowne, wchodziły w skład standardowego, można powiedzieć, wyposażenia mieszkań gdańskich patrycjuszy4.

   W takim typowym patrycjuszowskim domu w 1605 r. przyszła na świat Constantia Czirenberg. Jej matką była Anna Kerlin, ojcem wspomniany już Johann, burgrabia królewski i konsul Republiki Gdańskiej (Burgrabis Regis et Consulis Reipublicae Gedanensis ), który kilkadziesiąt lat później objął urząd (głównego) burmistrza. Funkcja królewskiego burgrabiego oznaczała nie tylko sprawowanie władzy sądowniczej i wykonywanie dekretów króla, ale też częste kontakty z władcą, co wiązało się z podejmowaniem monarchy w domu, urządzaniem przyjęć na jego cześć i zapewnianiem mu rozrywki podczas pobytu w Gdańsku. Można więc przypuszczać, że rodzina Czirenbergów prowadziła tryb życia bliższy arystokracji niż bogatemu mieszczaństwu. O tych arystokratycznych aspiracjach świadczy też stopniowe ograniczanie działalności kupieckiej na rzecz operacji kredytowych, spekulacji nieruchomościami i wykupienie za miastem posiadłości ziemskiej z dworem usytuowanym w malowniczym parku oruńskim5.

   Nie wiadomo, jakie wykształcenie otrzymała Constantia, gdzie pobierała nauki, ani kto był jej nauczycielem, jednak z relacji Ogiera wynika, że wyedukowana została wszechstronnie. Płynnie posługiwała się sześcioma językami: niemieckim, polskim, francuskim, włoskim, szwedzkim i łaciną, była zupełnie niezłą malarką, haftowała pięknie krzyżykami, grała na organach, ale choć jest wyedukowana we wszystkich sztukach, jakie zdobią kobietę, w muzyce jest wykształcona w stopniu niezwykłym. Ma wyjątkowo piękny głos i śpiewa w stylu włoskim, ponieważ tylko ten styl znany jest w Polsce i Niemczech.

panorama Gdańska z 1684 r.
Panorama Gdańska z 1684 r.


Dygresja druga – edukacyjna

   Wzmianka o wykształceniu muzycznym w stopniu niezwykłym może sugerować, że Constantia odebrała typową protestancką edukację, w której wielką wagę przywiązywano do muzyki – zarówno do śpiewu, jak i gry na instrumentach. Jako patrycjuszowska córka nie pobierała nauk w szkole, lecz uczyła się w domu. Niekiedy dziewczęta z zamożnych rodów posyłane były do szkół klasztornych, prowadzonych m.in. przez benedyktynki, nie wydaje się jednak prawdopodobne, aby Anna i Johann Czirenbergowie wybrali tę opcję dla córki.

   Od połowy XVI w., odkąd otwarto pierwszą czteroletnią szkołę partykularną, istniał w Gdańsku obowiązek powszechnego kształcenia. Szkoły powstawały przede wszystkim przy kościołach, a że te były w większości luterańskie, nic dziwnego, że i program nauczania odpowiadał teoriom edukacyjnym, ideologii i zapotrzebowaniom parafii luterańskich. Nieprzypadkowo to kantor był odpowiedzialny za oprawę muzyczną nabożeństw oraz za nauczanie muzyki w szkole. Ponieważ nie istniała alternatywa dla szkół luterskich, korzystali z nich również kalwini. Stąd zapewne zbieżność stanowisk (i praktyk) gdańskich kalwinów i luteran w kwestiach muzycznych.

   Luter miał sprecyzowane podglądy na temat pedagogii i edukacyjnej roli muzyki. Uważał ją za ważny czynnik wychowawczy, ponieważ była mistrzynią dyscypliny, która czyni ludzi łagodniejszymi, delikatniejszymi, obyczajnymi i rozsądnymi. Nauczanie muzyki w szkołach wiązało się też z pragmatyką – chór szkolny występował podczas nabożeństw, pogrzebów i uroczystości miejskich. Jak widać – przynajmniej początkowo – podstawą i celem kształcenia muzycznego w szkołach protestanckich była nauką śpiewu, która obejmowała zarówno praktykę (ta dominowała), jak i teorię. Wedle pierwszych luterańskich ordynacji szkolnych lekcje śpiewu miały odbywać się codziennie i obowiązywały wszystkich uczniów. Później ograniczono je do 4 godzin tygodniowo. Od początku XVII w. w ordynacjach pojawiają się też wzmianki o nauce gry na instrumentach6. Szczególnie zdolnym uczniom udzielano lekcji prywatnych.

   Ze względu na talent i zamożność panny Czirenberg, Constantii zapewne właśnie takich prywatnych lekcji udzielano. Można się zastanawiać, kto mógłby być jej nauczycielem? Potencjalnych kandydatów należy szukać wśród ówczesnych sław muzycznych Gdańska. Gry na organach mógł ją uczyć któryś z wybitnych organistów kościoła mariackiego. W latach 1586-1611 był to Kajus Schmiedtlein, potem Paul Siefert, uważany za twórcę gdańskiej szkoły organowej. To drugie nazwisko wydaje się bardziej prawdopodobne, trudno bowiem przypuszczać, aby na organach grała sześcioletnia dziewczynka. Tymczasem Siefert, mimo iż tytularnym organistą kościoła mariackiego został dopiero w 1623 r., w Gdańsku (z którego pochodził) bywał często, nawet wtedy, gdy grał w kapeli dworskiej Zygmunta III Wazy. Należy też pamiętać, że relacja Ogiera chwaląca biegłość Constantii w grze na organach pochodzi z lat trzydziestych XVII w., panna Czirenberg mogła więc zacząć uczyć się gry na instrumencie nie jako dziecko, lecz jako nastolatka, a w 1623 r. kończyła właśnie lat osiemnaście.

   Wcześniej jednak musiała nauczyć się śpiewać, skoro o jej występie wokalnym wspomina Lomazzo w swojej dedykacji z 1626 r.: razem z artystami i dworskimi mistrzami (...) zachwycająco wystąpiła, nie wstydząc się [wcale], gdy miała zaśpiewać w obecności najznakomitszego i niezwyciężonego króla Polski i Szwecji. Nie wiadomo, czy Lomazzo pisząc o "dworskich mistrzach" miał na myśli muzyków przybyłych wraz z królem do Gdańska, czy też muzyków, którzy kiedyś byli członkami królewskiej kapeli. Jeśli przyjąć ten drugi wariant, całkiem możliwe, że wystąpiła wraz z Siefertem i Andreasem Hakenbergerem, byłym śpiewakiem i lutnistą kapeli Zygmunta III Wazy. Hakenberger, który od 1608 r. pozostawał na stanowisku kapelmistrza kapeli miejskiej, a więc równocześnie kapelmistrza kościoła mariackiego, dał się już poznać jako wokalista, instrumentalista i kompozytor. W 1623 r., kiedy najprawdopodobniej miało miejsce opisane przez Lomazza zdarzenie, nie zdążył jeszcze wejść w konflikt z Siefertem, nic nie stało więc na przeszkodzie, aby razem z nim akompaniować swej uczennicy – Constantii.

Paul Siefert
Paul Siefert


Dygresja trzecia – dedykacyjna

   Filippo Lomazzo nie podaje dokładnej daty wystąpienia Constantii przed królem Polski i Szwecji. Nie podaje też imienia władcy, co utrudnia nieco jego identyfikację. Śledztwo w tej sprawie przeprowadziła Katarzyna Grochowska7; ustaliła, że choć do 1632 r. panował Zygmunt III Waza, to w dedykacji chodzi o jego syna, królewicza Władysława. Ma o tym świadczyć przymiotnik invictissimi – niezwyciężony, który odnosiłby się do zwycięstwa Władysława nad Imperium Otomańskim pod Chocimiem w 1621 r. Wiktoria ta zapewniła królewiczowi miano niezwyciężonego i wdzięczność całej chrześcijańskiej Europy, wielu bowiem władców podejmowało wcześniej nieudane kampanie przeciw Turkom.

   W 1623 r., tuż przed swoją podróżą po Europie, Władysław odwiedził Gdańsk. Zatrzymał się, jak to było w zwyczaju polskich władców, w jednym z patrycjuszowskich domów, najprawdopodobniej przy Długim Targu. Choć oficjalnie gdańską rezydencją królewską miała być Zielona Brama, monarchowie rzadko korzystali z tego locum.

   Kalwińsko-luterska Rada Miasta, w gestii której pozostawało uświetnianie królewskiego pobytu i zapewnienie dostojnym gościom rozrywki, musiała zwrócić się z tym do kapelmistrza – Hakenbergera. Przez trzy tygodnie pozostawał królewicz Władysław w Gdańsku i nie stronił od uciech. Był miłośnikiem muzyki i sam szukał pięknych głosów, o czym świadczą relacje z jego podróży po Europie. Mógł więc wysłuchać pieśni w wykonaniu zarekomendowanej zarówno przez ojca, jak i przez nauczyciela – Hakenbergera, młodej gdańskiej piękności – Constantii Czirenberg. A zachwyciwszy się jej głosem, sławił ją później podczas swej europejskiej podróży. W ten sposób wieść o talencie Constantii dotarła także do Mediolanu. Hipotezę tę zdają się potwierdzać również zapiski Ogiera: Kiedy jej [Constantii] sława dotarła do Italii, znakomity mediolański muzyk uznał, że jest ona godna, aby zadedykować jej księgę zatytułowaną "Kwiaty najbardziej szlachetnych ludzi..." zebrane przez Filippa Lomazzo.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl