Powrót Polski do macierzy (wywiad z Markiem Rezlerem)

Spis treści
Powrót Polski do macierzy (wywiad z Markiem Rezlerem)
strona następna
strona następna
Wszystkie strony

Z Markiem Rezlerem*, autorem książki Powstanie Wielkopolskie 1918-1919. Spojrzenie po 90 latach dla miesięcznika Pinezka.pl oraz portalu Fabrica Librorum rozmawia Jarosław Kolasiński.

Jarosław Kolasiński: 90 lat temu wybuchło Powstanie Wielkopolskie, któremu poświęca pan swoją najnowszą książkę. Napisał pan o czynie zbrojnym zwanym często "jedynym zwycięskim polskim powstaniem narodowym". Zaraz na wstępie rozprawia się Pan z takim widzeniem rzeczy.

Marek Rezler: Powstanie z lat 1918-1919 wcale nie było jedynym zwycięskim polskim zrywem powstańczym. Twierdząc inaczej, obraża się Wielkopolan i choćby też Ślązaków. Popularność fałszywej tezy o "jedynym zwycięskim powstaniu" to w wielkiej mierze wina samych poznaniaków, którzy po prostu nie znają własnej historii. Tworząc i propagując ów mit, deprecjonują osiągnięcia własnych przodków. A przecież zwyciężyli również w wielkopolskich powstaniach z lat 1806/1807, potem w 1809, wreszcie walnie przyczynili się do zwycięstwa trzeciego powstania górnośląskiego, które wprost zwykłem nazywać wielkopolsko-śląskim. O, paradoksie – Wielkopolanie podnosząc swe zasługi z lat 1918-1919, sami się ośmieszają zapominając o sukcesach wcześniejszych.

Jakby jednak sukcesów powstańczych nie liczyć, to nie da się, niestety, ukryć, że przeważają klęski, natomiast sukcesy  poza jednym górnośląskim wyjątkiem  odnoszono tylko w Poznańskiem. Czego Wielkopolanie mieli pod dostatkiem, a czego zabrakło innym, organizującym powstania dławione?

W roku 1806 na pracę organiczną było stanowczo zbyt wcześnie, natomiast po upadku Napoleona w roku 1815, a szczególnie po katastrofie Powstania Listopadowego – jak najbardziej. Najpierw pojawiła się myśl, potem plan, następnie działanie. Wtedy narodziła się charakterystyczna – w skali dziejów Rzeczpospolitej wręcz unikalna – wielkopolska droga do niepodległości. Łączyła w sobie pracę organiczną z gotowością do walki zbrojnej.

Funkcjonuje stereotyp Wielkopolan, którzy w odróżnieniu od bohaterskiej reszty narodu, spokojnie w zaciszu pomnażali majątki, zupełnie nie krwawiąc. Wydawałoby się, że większej bzdury nie da się wymyślić, a jednak się udało. Tymczasem porównując wielkopolskie wsparcie  tak materialne jak i "ludzkie", udzielane zrywom w innych zaborach  do tego, co one same dały Wielkopolsce, to bilans wypada dla Wielkopolan zdecydowanie korzystnie.

I to zarówno w przypadku Powstania Listopadowego, jak i styczniowego, ale też i podczas innych zrywów – nie zapominajmy o wkładzie Wielkopolan w III Powstanie Śląskie. Trzeba też pamiętać, że żadne z polskich powstań nie toczyło się w pełnej izolacji od pozostałych zaborów. Polacy zbrojnie występowali przeciw jednemu z zaborców, a ludność ziem pozostałych udzielała pomocy. Głównie wspierano najczęściej zrywającą się Kongresówkę, ale teza o tym, że tylko zabór rosyjski walczył, gdy reszta robiła pieniądze, jest z gruntu fałszywa i krzywdząca. Tu właśnie dochodzimy do sporu o istotę polskiego patriotyzmu...

Na rysunku Mrożka beztroski jegomość w krakusce w sposób mało skoordynowany machając szabelką, ucina sobie nóżkę.

Bo polski patriota rzekomo musi krwawić, a najlepiej jeśli zginie, przy okazji "dając świadectwo". To przekleństwo naszej historii, to zmora zrodzona ze stosowania w praktyce romantycznej wizji dziejów. W rezultacie powstania, które w XIX wieku wybuchały bez szans na pomoc z zewnątrz, de facto działały na korzyść zaborców. Dla osób wychowanych w tradycji romantycznej takie postawienie sprawy to herezja, ja jednak tego typu heretykiem jestem z całą konsekwencją. Powstanie bez szans na sukces, czyli pozbawione pomocy sojusznika zewnętrznego, gdy nie ma mowy też o konflikcie między zaborcami w ramach "wojny narodów" – stanowiło jedynie pomoc w ujarzmianiu narodu polskiego. Warto uświadomić sobie, że w rzeczywistości w walkach brał udział niewielki procent Polaków. Udawanie, że cały naród się zrywał do boju, to nieprawda. Jest taka prawidłowość psychologiczna, że kiedy człowiek kisi się w sosie innych, posiadających identyczne jak on poglądy, dochodzi stopniowo do wniosku, że to, co wymyślili ze szwagrem, to pogląd ogólnonarodowy. Kto uczestniczył w powstaniach? Najbardziej świadoma część społeczeństwa, ta umiejąca czytać i pisać, a w XIX wieku wcale nie były to umiejętności powszechne na ziemiach polskich. Ci ludzie pisali listy, pamiętniki... Na ich podstawie do dzisiaj wyciągamy błędne wnioski i tworzymy sobie obraz narodu, który en masse walczy. W istocie rzeczy do boju ruszał bardzo wąski krąg ludzi, nie więcej niż kilkanaście procent społeczeństwa.

A co z tego wszystkiego miał zaborca? Tylko korzyści. Wybuchało powstanie, elita szła do boju, ginęła, emigrowała, albo poddawano ją ostrym represjom. Z naszej strony zaczynało się polowanie na czarownice i wzajemne obrzucanie się błotem. Zaborca z błogim uśmiechem przyglądał się temu i delektował sytuacją. Potem dorastało kolejne romantycznie narkotyzujące się pokolenie i składało własną daninę krwi – i tak w koło Macieju. Konspiracja, "dawanie świadectwa", kolejna hekatomba i znów zapewnienie zaborcy kilkudziesięciu lat spokoju, a sprawa narodowa wciąż drepcze w miejscu. W dalszym ciągu bez najmniejszych szans na pomoc z zewnątrz, a nawet – o czym dziś wolimy nie wspominać – przy generalnym potępieniu naszych powstań ze strony kolejnych papieży w myśl popierania zasady legitymizmu władzy, tu choćby Kordian Słowackiego się kłania. Wielkopolanie – i jest to ich największe historyczne osiągnięcie – okazali się zdolni do przyjęcia innych metod: postawili na pracę organiczną wzbogaconą o gotowość do walki zbrojnej.

fot. Robert Cichowlas
Marek Rezler (po prawej) i autor wywiadu


Polacy z innych regionów dowiedzieli się o tym dopiero z serialu Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy, wykpiwanemu czasem jako "najnudniejszy serial nowoczesnej Europy".

Nie w Wielkopolsce tak z niego kpiono i nie tutaj decyduje się o tym, że jest to jeden z najrzadziej dziś powtarzanych seriali. I nie do kupienia na płytach. Ale ćwierć wieku temu serial ów sporo namieszał w świadomości tradycjonalistycznie myślącej części społeczeństwa…

W swej książce podkreśla Pan całkowitą spontaniczność wybuchu powstania. Skoro tyle pokoleń Wielkopolan pracowało na rzecz jednego udanego powstania, to jak mogło wybuchnąć przypadkiem? Tym bardziej, że tzw. aktywiści robili wiele, by walki sprowokować. Mam na myśli realizowane przez ludzi Wierzejewskiego rajdy samochodowe uzbrojonych Polaków, wymachujących flagami narodowymi pod samym niemieckim nosem oraz godną sensacyjnego filmu akcję zdobycia władzy w soldatenracie, kiedy to zablefowano w sposób iście brawurowy, strasząc Niemców rzucanymi pod oknami granatami.

Owszem, owszem. Ale wybuch miał nastąpić dopiero w połowie stycznia 1919 roku, wcześniej nie miał kto dowodzić. Przecież Niemcy skrupulatnie pilnowali, by wyżej kapitana prawie żaden Polak w ich armii nie awansował. Akcje, o których pan wspomina, nie miały na celu prowokowania Niemców. Zresztą oni wtedy wszystkie serwowane im gorzkie pigułki połykali, zdając sobie sprawę, że Polacy stanowią połowę ludności Poznania... Płachtą na byka okazało się coś zupełnie innego.

Wizyta Paderewskiego.

Niezupełnie. Przeciwko Paderewskiemu nic Niemcy nie mieli. Dostali białej gorączki z powodu towarzyszących mu brytyjskich oficerów i faktu reprezentowania przez artystę władz warszawskich. Wywieszane przez poznaniaków flagi państw Ententy również napsuły im mnóstwo krwi.

Pierwotnie Paderewski miał jechać do Warszawy inną trasą... Sprowadzając go do Poznania Wojciech Korfanty musiał, po prostu musiał wiedzieć, że to jawna antyniemiecka prowokacja.

Trochę tak, trochę nie. Kiedy 25.12.1918 r. Korfanty spotkał się z Paderewskim w Gdańsku, efektem rozmowy stała się m.in. konstatacja, że związki Wielkopolski z Polską muszą być przedyskutowane w gronie w pełni reprezentatywnym, z udziałem Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej. Niemcy uważnie obserwowali podróż Paderewskiego. Domyślali się już, że przyjedzie do Poznania i usiłowali temu przeciwdziałać – powtarzam – głównie ze względu na obecność przy nim oficerów Ententy. W Rogoźnie próbowali doręczyć żądanie przejazdu przez Poznań bez zatrzymywania się, a potem już w Poznaniu, nie zabraniając rozmów, usiłowano nie dopuścić do opuszczenia przez Paderewskiego pociągu. Niemcy doskonale widzieli, że poznańscy Polacy osiągają już stan wrzenia. Nie wiedzieli natomiast, że zaczęto do stolicy regionu ściągać Straż Ludową pod hasłem "bronić Paderewskiego".

Mobilizacja pod tym właśnie hasłem powodowała, że spora część pamiętnikarzy napisała, że ciągnęła na Poznań wezwana do powstania. Pan twierdzi, że było inaczej.

Nie było żadnego konkretnego planu powstańczego. Ściągano oddziały na wszelki wypadek, niemniej jednak nadciągający do stolicy regionu Wielkopolanie byli przekonani − "no to zaraz zaczynamy".

A kto zdecydował o mobilizacji Straży Ludowej w Poznaniu? Przypadkiem nie POWZP?

Z pewnością nie NRL. Raczej ludzie z kręgu Mieczysława Palucha i Służby Straży i Bezpieczeństwa. To oni ściągali kompanie z prowincji, ale dopiero 26 grudnia.

Rzeczywiście mobilizowano się dla obrony Paderewskiego?

Chodziło o to, by zrobić Niemcom na złość...

Mobilizacja setek uzbrojonych ludzi tylko po to, żeby zrobić na złość Niemcom?

Ściślej biorąc, zamiarem była wielka demonstracja zbrojna. Poznań miał wówczas tylko połowę ludności polskiej i stuprocentowej pewności przejęcia władzy wcale nie było. Należało "pokazać, kto tu rządzi". Wcale nie chodziło o powstanie.

A Sztab Wojskowy Palucha?

To, proszę pana, konfabulacje powstałe w okresie międzywojennym.

Ciężkie oskarżenie.

Grupa Palucha owszem, zbierała się, ale o systematycznym planowaniu powstania mowy nie było. Naciski w kierunku rozpoczęcia walki pojawiły się po zamachu na ratusz 13 listopada. Były jednak skutecznie dławione przez Komisariat NRL. Na pewno przełomem był 26 grudnia, kiedy zaczęto ściągać ludzi z terenu i oddziały SL oraz SSiB rozmieszczano w mieście, w tym w fortach twierdzy Poznań. Dopiero wieczorny przyjazd Paderewskiego wieczorem spowodował, że wrzenie osiągnęło stan krytyczny i nie wiadomo było, co się wydarzy.

Sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli.

Tak. Tylko o wiele mniej Polakom niż Niemcom. Nie byli oni jednak całkiem bierni. O ile ponieśli porażkę dopuszczając do naszej ogromnej patriotycznej demonstracji w wieczór przyjazdu Paderewskiego, o tyle następnego dnia sami postanowili zademonstrować siłę. Z braku czasu nie potrafili się jednak zorganizować na taką skalę, jak nam udało się dzień wcześniej. Poza tym ich wojsko niezbyt nadawało się do walki. Większość żołnierzy miało jeszcze w kościach i głowach piekło frontu zachodniego, więc był problem z ochotą do boju.

Polacy mieli jej z naddatkiem.

Oczywiście – decydował o tym cel walki. Ponadto większość naszych to była w gruncie rzeczy młodzież, która aż trzęsła się z ochoty do walki. Nie brakowało wśród nich żołnierzy młodych roczników, których cesarskie Niemcy wprawdzie zmobilizowały i wyszkoliły, ale nie zdążyły wysłać na front. Ci wojacy jeszcze nie poznali wątpliwego smaku wojny, nie wiedzieli, czym to wszystko pachnie. Warto wiedzieć, że polscy weterani znad Marny i spod Verdun, podobnie jak ich niemieccy koledzy, wojny mieli powyżej uszu. Do powstania przyłączyli się dopiero na rozkaz Dowbora. Jeśli nawet włączyli się w początkowym momencie, to potem wrócili do domów. Najlepiej to było widać w tzw. terenie: weterani ruszali do akcji, przepędzali burmistrza, żandarma, a potem wracali w rodzinne pielesze. Wśród powstańców, nawet najwcześniejszego okresu, byli żołnierze frontowi, ale w dużo mniejszej liczbie, niż zwykło się przyjmować.



 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl