Albumy

Towary Mieszane



   W ciągu ostatniego tygodnia obejrzałam zawartość siedmiu grubych kopert. Koperty te zawierały zdjęcia. Każda przeciętnie z dwóch filmów. Jeden film liczy około trzydziestu zdjęć, proszę samodzielnie policzyć moją mękę w sztukach.

    Ja w Wenecji. Ja pod palmą. Ja z kotkiem. Ja z wiewiórką. Ja na ławce (w tle Fontanna di Trevi). Ja w kapeluszu cioci Matyldy. Ja bez kapelusza. Tu ciocia, zła, bo kapelusz ździebko się pogniótł. A to już na wsi. Wsi właściwie nie widać, była o tak, bardziej na prawo, aparat już nie objął. Ach, jejku, co myśmy mieli z tym aparatem!...
   A to ja pod wieżą Eiffla. Trochę krzywa ta wieża, bo szwagier był udziabany i aparat podskoczył.  To nasze pole kempingowe. Ja przed hotelem. Z samego hotelu, niestety, zdjęć nie mamy, bo się nam flesz popsuł.

    Pstryka każdy, kogo stać na aparat, czyli rzeczywiście każdy. Aparat, ta idioten-kamera sama nastawia parametry; wystarczy tylko nacisnąć guzik.
Mam zresztą wrażenie, że niektóre zdjęcia były robione w ogóle bez udziału człowieka. Z artyzmem nie ma to nic wspólnego, ot, osobista pamiątka i nic więcej. Pokazywanie zdjęć zastępuje prawdziwe opowiadanie o tym, co się widziało i przeżyło.

    Mam znajomych, którzy pięć razy, tak jest, właśnie pięć, pokazywali mi zdjęcia ze swojego ślubu. Dzieci już chodziły do szkoły, a oni jeszcze się kazali ekscytować swoim ślubem. Kiedy zaprosili mnie po raz szósty, nie wyjęli albumów. Właśnie łamałam sobie głowę, jak tu zagaić taktownie (gafy to moja specjalność), co też się stało, kiedy raptem okazało się, że znajomi są w trakcie rozwodu. Do dzisiaj mnie ciekawi, jak podzielili się zdjęciami.
    Próbowałam nazwać uczucia, które mną miotają, kiedy jestem zmuszona oglądać cudze zdjęcia. I już wiem: czuję się przy tym, jakbym została zmuszona do podglądania i podsłuchiwania cudzego życia. To dlatego Sławna Poetka nie lubiła umawiać się w domach prywatnych - ani u kogoś, ani u siebie. Te girlandy suszących się majtek, niedopite herbaty, książki położone grzbietem do góry, tygodniki, których nie wypada czytać, przedmioty w złym guście, których przecież nie powinno się mieć, no i całe bataliony trupów w szafach. Ani tego oglądać, ani tego pokazać.

    Ciekawa jestem, czy tylko ze mnie taki eksponat, czy też może po tym globie pałęta się chociaż jeszcze jeden taki osobnik. Bo traktując rzecz serio i precyzyjniej: nie chodzi tylko o zdjęcia. Mnie po prostu nie interesuje cudze życie. Gazety typu „Życie Przyłapane na Gorącym Uczynku” są nie dla mnie. Nie rozumiem, gdy ktoś mówi, że „Baśka to jest w ogóle dziwny człowiek - nikomu się wcale nie zwierza”.
    Zwierzać się? W pracy?! Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, rozmowy o pogodzie mają więcej zalet. Dlaczego miałyby mnie interesować cudze, źle zrobione zdjęcia? Ci, którzy nie lubią muzyki klasycznej, a zwłaszcza opery, są z tego szalenie dumni. Ja, dla odmiany, przepadam za operą. Filharmonia też mi dostarcza wiele rozrywki. Doczekać się nie mogę chwili, w której dyrygent wita się z pierwszym skrzypkiem, jakby się nie widzieli od czasu ukończenia konserwatorium. A cudze zdjęcia mnie nudzą i doprowadzają do rozpaczy. Tak jest, pan Bóg ma różne dzieci.

    Ludzie najdrożsi. Wasze zdjęcia są jak wino domowe. Dają ci, człowieku, jakąś mętną ciecz o podejrzanym zapachu i kolorze, który ludzie kulturalni określają jako musztardowy, a który w Rosji carskiej zwano - pardon - gawiennoj cwietok - i pytają: - Zgadnij, z czego to zrobione?  A ty się męcz!... Może z pietruszki? Nie. Może z dżemu truskawkowego? Też nie. Może to spirytus kosmetyczny plus landrynki? No, nie! To może aloes? Nie!!! Przeważnie okazuje się, że to pory z rodzynkami i gorczycą białą, czy coś w tym stylu. Człowiek męczy się nad paskudztwem, ale musi wydawać okrzyki zachwytu. I właściwie dlaczego to robi? A to bardzo proste.
    Parę lat temu, w pogodny, letni dzień siedziała w polskiej kawiarni matka Francuzka z dzieckiem Francuziątkiem. Dla siebie zamówiła kawę, a dla dziecka coca-colę. Aż tu potomek rozdarł się, że nie będzie pić, bo szklanka brudna. A na to matka syknęła:
– Zamknij się, tu taki zwyczaj! 

    Więc i ja szykuję niespodziankę. Też mam zdjęcia, a co! Niektóre to nawet zaczęłam nosić w portfelu, bo już się kilkakrotnie naraziłam na zarzut, że co za mnie za matka, co nie ma przy sobie zdjęcia dziecka (szczerze mówiąc, jestem raczej ojcem i datę urodzenia córki muszę konfrontować z dowodem osobistym. Ale za to pamiętam - to jest dopiero sukces - że chodzi do II a!).

    Wracamy do mojego albumu. Ja w lesie. Lasu nie widać, ale naprawdę był bardzo duży.  Ja z plecakiem. Ja z dzidziusiem. A to dzidziuś gospodyni. Ja na ganku. Ja z prawdziwkiem. Ja na drodze. Ja oglądam zachód słońca. Dzidziuś podrósł, idzie do szkoły. Taki już jest duży, że też robi zdjęcia. To są sterty zdjęć. Co ja mówię sterty, to są Alpy, to są Himalaje! Przyniosę je do pracy, i męczcie się ze mną ludzie, tak jak ja z wami.


Ilustrowała: Joanna Titeux/pinezka.pl

{jos_sb_discuss:4}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl