Lecimy samolotem

Esyfloresy
ilustr. Joanna Titeux/pinezka.pl

   ...w ten sposób możesz, bracie, przejechać Europę.
   I nie tylko. Nawet cały świat. Szybko żyjemy, szybko podróżujemy, nie ma czasu, tydzień urlopu i z powrotem do kieratu, nie ma co zwlekać, więc szybciutko do czarteru, szybciutko w powietrze i jak w filmie Guya Richie – lotnisko, samolot, lufa, kibel, lufa, lotnisko, szybko, szybko wakacje, lotnisko, samolot, lufa, kibel, lotnisko.

  Niektórzy znoszą to doskonale. Znam osoby, które uwielbiają latać. Ja sama przeżywałam to kiedyś całkiem bezboleśnie. Do czasu. Konkretnie do czasu zostania matką.
   Rodzicielstwo przełożyło się w moim przypadku na kompletny klops w dziedzinie latania. Siedzę w fotelu przypięta pasami, obok mnie mały ludzik też przypięty, ufa mi, że wszystko będzie dobrze, że nie dopuszczę do żadnej katastrofy. Czuję, jak przytłacza mnie odpowiedzialność. A jeśli nam – pilotowi i mnie – coś się nie uda? Jeśli stracę koncentrację i spadnę samolot? Czy ci wszyscy pasażerowie wiedzą, że w powietrzu utrzymuje nas wszystkich tylko i wyłącznie moja siła woli? 

   Rozpatrzmy sprawę logicznie – samolot waży jakieś nieprawdopodobne tony, pasażerowie też swoje ważą, a pan po drugiej stronie przejścia waży swoje i jeszcze trochę cudzego. Do tego dołóżmy siłę grawitacji. Ma prawo się to wszystko utrzymać w powietrzu? Jasne, że nie. Dlatego muszę intensywnie pomagać załodze, jeśli stracę czujność, to po nas. Na szczęście mam swoją małpę – wyliniałego pluszaka lat trzydzieści, a doświadczenie wskazuje, że samoloty, w których znajduje się moja małpa, nie spadają.  Więc trochę się mogę wesprzeć duchowo na małpie, ale to absolutnie nie znaczy, że mogę się jakoś rozluźnić. 

ilustr. Joanna Titeux

   Kiedyś próbowałam to zrobić za pomocą lufy z filmu Richiego. Skutek był opłakany. Wprawdzie nie spadliśmy, ale współpasażerowie mieli zdecydowanie dość mojego solowego recitalu składającego się tylko i wyłącznie z utworu Yellow submarine, wykonywanego wszakże w konwencjach – bluesowej, country, operowej oraz rockowej, o oryginalnej nie wspomnę. Rodzina przestała się do mnie przyznawać, a po awanturze przy taśmie z bagażami, z której usiłowałam rąbnąć cudze, frankfurckie walizki, biorąc je za swoje, warszawskie, wpisała mnie na czarną listę. Nie pierwszy raz przekonałam się, że nie ma co liczyć na ludzką wdzięczność, nawet jeśli się własnymi siłami doholowało wypchany ludźmi samolot  nad Morze Śródziemne.

   Stres zaczyna się już na lotnisku, kiedy to w panice robię w myślach przegląd zawartości bagażu podręcznego, czy aby nie przewożę w nim zakazanych przedmiotów takich jak halabarda. Halabardę obsługa naziemna uważa za całkowicie niedopuszczalną i za każdym razem denerwuję się, że mi ta halabarda niespodziewanie przy pakowaniu wskoczyła do neseserka, objawi się w trakcie prześwietlenia i zostanę, zakuta w kajdany, wrzucona do lochu. Kiedyś w obcym kraju przegrzebano mi ręcznie cały, bezsensownie spakowany w trakcie kilku przesiadek neseserek, szukając niebezpiecznych narzędzi i skonfiskowano mi groźną parasolkę, nie zwróciwszy najmniejszej uwagi na komplet przyrządów do manicure, podejrzanie wyglądające proszki na uspokojenie w przypadkowym, nie aptecznym pudełeczku, zapalniczkę oraz szwajcarski scyzoryk. Na szczęście tym razem nie zabrałam ze sobą mojej wiernej halabardy.

   W samolocie trzeba przyswoić sobie zasady bezpieczeństwa – co robić, kiedy wypadną maski tlenowe i którędy wychodzić, kiedy już spadniemy. Zawsze zastanawiam się, czy ktokolwiek z załogi naprawdę wierzy w to, że w czasie awarii pasażerowie przypomną sobie wykład i jednomyślnie porzucą pomysł chaotycznego miotania się w panice.
   Potem następuje przypomnienie o konieczności wyłączenia telefonów komórkowych, w efekcie którego wszyscy wyszarpują z kieszeni telefony i krzyczą do nich "Gdzie jesteś? Bo ja to w samolocie jestem. Do Tunezji lecę. Tak, do Tunezji. DO TUNEZJI!". I tak budka telefoniczna rusza na pas startowy i w akompaniamencie wykrzykiwanych do słuchawek informacji o celu podróży, zaczyna się rozpędzać. Ja zaś ustalam sama ze sobą, co zrobię, jeśli w czasie katastrofy oberwie mi jakąś kończynę – trzeba znaleźć pojemnik i napełnić go lodem, jest szansa, że mi potem przyszyją; najważniejsze, to dobrze tę nogę przechować. Tylko, czy mają tu takie pojemniki, żeby mi się noga zmieściła? No i co zrobię, jeśli po dwóch tygodniach oczekiwania na ratunek ktoś postanowi mi tę nogę zjeść? 

   Pamiętam o tym, że najwięcej wypadków zdarza się przy starcie oraz przy lądowaniu, jednak patrząc na domy pod naszym brzuchem, pocieszam się, że jakby tu samoloty spadały, to nikt by się tu nie osiedlił i nie wywalił kupy kasy na wypasioną willę z iglakami po stówie sztuka, nie mówiąc już o skalniaku. Więc może i tym razem nic się nie stanie i nie utopimy się na śmierć w oczku wodnym z karpikami.

   Współpasażerowie, beztrosko zrzuciwszy na moje wątłe barki obowiązek utrzymania maszyny w powietrzu, wytrwale obdzwaniają bliższą i dalszą rodzinę oraz znajomych, rycząc na cały głos o tej Tunezji, a ci, którzy mają niezbyt długi spis telefonów, zaczynają zapuszczać żurawia do schowków, gdzie w torbach z uśmiechniętym marynarzem spoczywają  zakupione bez cła płynne skarby. W krótkim czasie samolot staje się lekko zawiany, co mnie oczywiście omija, gdyż małżonek od czasu kradzieży walizek nałożył embargo na wysokoprocentowe napoje w samolotach.

    Kiedy stewardessa oznajmia, że schodzimy do lądowania i należy bezwarunkowo wyłączyć telefony, natychmiast wszyscy znów wyszarpują je z kieszeni, tym razem, żeby obdzwonić rodzinę i donieść, że właśnie prawie dolecieli (DO TUNEZJI!). Jakaś pani kategorycznie odmawia obudzenia dziecka i przypięcia go pasami, bo tak ładnie śpi. Wyjątkowo spieszący się pan zaparł się w przejściu, musi być pierwszy do drzwi, żeby przypilnować bagaży, bo jednemu znajomemu zgubili i musiał kupić nowe kąpielówki za całe dziesięć euro. Para młodych ludzi jednogłośnie odmawia podniesienia osłony na okno, bo słońce ich razi. Pewna pani nie daje się odgonić od łazienki, ponieważ nie wysiądzie niemalowana. Ktoś inny chce ustalić, gdzie konkretnie dolecieliśmy i jakim prawem, bo przecież od startu ciągle stoimy w miejscu. Pojawiają się też głosy, że to właściwie skandal, że trzeba pić na pokładzie własny alkohol, a załoga nie podała nawet orendżiusu, choćby jabłkowego. Ja siedzę milcząco na baczność, przypięta przepisowo pasami, bez makijażu, a słońce świeci mi prosto w twarz. O walizki się nie martwię, zawsze coś się zorganizuje, mam już wprawę. 

    Pilot, nieświadom wybuchłych nagle na pokładzie zamieszek, sadza maszynę na pasie, głośnik mówi, żeby pozostać na miejscach, ale jego głos ginie w harmiderze towarzyszącym przepychaniu się do zamkniętego wyjścia.
   No i znowu się udało, za tydzień powtórka, trzeba zbierać siły.


Ilustracje: Joanna Titeux/pinezka.pl



Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl