Sceny z życia rodzinnego

Szamotnik codzienny



– Na głowę upadłeś, czy co? – żona miotała się po mieszkaniu, zaglądając do wszystkich szuflad, łącznie z kuchennymi, z bezrozumną nadzieją, że jakimś cudem znajdzie w nich prześliczną kreację w kolorze czerwonego wina, która miała z niej uczynić królową balu. Przynajmniej w oczach własnego męża. Oraz w jej własnym odczuciu.


– Czy nie wydaje ci się, że nasze dziecko ostatnio dziwnie się zachowuje?
– Dlaczego dziwnie? – mąż oderwał wzrok od gazety – Nigdzie nie lata, uczy się w swoim pokoju, maluje te swoje bohomazy, co ci się znowu nie podoba?
   Żona popsikała lakierem ostatni niesforny kosmyk za uchem, przejrzała się w dwóch lusterkach jednocześnie i zadowolona z efektu westchnęła:
– No, może być. Teraz jeszcze tylko sukienka i jestem gotowa.
   Mąż z wyraźną ulgą zaczął składać gazetę.
– Też tak uważam. Już jesteśmy skandalicznie spóźnieni. Wyglądasz olśniewająco – dodał jak zwykle. Wiedział, że przed wyjściem na bal kobietom jest to potrzebne nie mniej, niż nowa toaleta.
   Nagle zelektryzował go krzyk, który rozległ się z sypialni:
– Gdzie?! Moja?! Sukienka?!!
   Zdenerwowanie, jakie w nim zabrzmiało, udzieliło mu się natychmiast.
– Zapomniałaś zabrać ze sklepu?! No, pięknie! Sukienka za ponad tysiąc złotych!!
– Na głowę upadłeś, czy co? – żona miotała się po mieszkaniu, zaglądając do wszystkich szuflad, łącznie z kuchennymi, z bezrozumną nadzieją, że jakimś cudem znajdzie w nich prześliczną kreację w kolorze czerwonego wina, która miała z niej uczynić królową balu. Przynajmniej w oczach własnego męża. Oraz w jej własnym odczuciu. Szczególnie, iż nie co dzień zdarzało jej się bywać na tak eleganckich balach, jak ten dzisiejszy. Na którym wprost nie wypadło wyglądać tak sobie.
– Przecież przymierzałam ją przy tobie! W domu! Stara skleroza. Gdzie, do jasnej...
– Co tak śmierdzi? – gwałtownie przerwał jej mąż – Od wczoraj coś okropnie zalatuje w tym domu, czy ty tego nie czujesz?
– Może lakier do paznokci? Ale czekaj... Faktycznie, coś dziwnie...

   W tym momencie otworzyły się drzwi dziecinnego pokoju i z obłoku ostrej, chemicznej woni, wyłoniła się piegowata, patykowata panienka, niosąca przed sobą jakąś pstrokatą szmatę, którą podała matce z ciepłym uśmiechem.
– Mamusiu, zrobiłam ci niespodziankę.
– Co to... Co to jest? O, Jezu kochany....



   Trzymała w rękach coś, co przypominało stare giezło ubogiej krewnej, połatane resztkami futra hrabiny, posklejane dziwnymi kłakami, spośród których gdzieniegdzie przebłyskiwał kolor czerwonego wina. Coś, co niewątpliwie jeszcze dwa dni temu było jej piękną, balową kreacją. Za grubo ponad tysiąc złotych...
–Dziecko, coś ty zrobiła? – zapytała bezradnie, czując, że za chwilę trafi ją potężny szlag. Mąż i ojciec, patrząc w niewinne, błękitne jak niezapominajki oczy swego jedynego, szalenie uzdolnionego plastycznie dziecka, postanowił milczeć jak grób.
– To się nazywa flotacja – powiedziało spokojnie dziecko.
– Co się nazywa flo...
– No, ta technika. Czyli nanoszenie strzyży tekstylnej na materiały. Według wzoru. Tak piszą fachowcy. Niestety, nie miałam czym tego natrysnąć elektrostatycznie, więc przykleiłam. Kropelką. Powinno się trzymać.
– Ale skąd te... te takie...?
– Z twojego starego futra. I z kapelusza taty. Przecież i tak go nie nosi – cierpliwie wytłumaczyło dziecko, widząc, że blada matka jak zwykle nic nie rozumie. Z ojcem, który właśnie pilnie oglądał swoje paznokcie, nigdy nie było takiego problemu. Mimo ścisłego umysłu miał zdecydowanie więcej zrozumienia dla eksperymentów artystycznych. I mniej czasu na ich omawianie. A na sztuce użytkowej nie znał się wcale.
– Zaraz! Ale dlaczego moja sukienka? – krzyknęła nieco histerycznie matka – Spytaj taty, ile ona kosztowała!
– Ile? – zapytało zwięźle dziecko.
– Dużo! – krzyknęła matka, a ojciec dodał pod nosem coś w rodzaju: "bardzo".
– Taka skromna kiecka? – zdziwiło się dziecko – Przecież sama mówiłaś, że jest trochę za skromna, prawda? No to ci ją ozdobiłam. Ty wiesz jakie pracochłonne jest to flokowanie? Samo rysowanie wzorów zajęło mi cały wczorajszy wieczór, a dzisiaj cały dzień strzygłam i kleiłam. Ale za to popatrz, jaka jest teraz piękna!
   Pandemonium, jakie niewątpliwie rozpętałoby się w domu, zapobiegła babcia, która niezawodnie zjawiła się o wyznaczonej godzinie, aby jak zwykle dotrzymać towarzystwa swojej ukochanej wnusi, gdy jej rodzice mieli wychodne. Popatrzyła na kolorową szmatę w rękach córki i zawołała ze szczerym zachwytem:
–  Cudowne! Dlaczego mi nie powiedziałaś, że to bal przebierańców? Mam takie flokowane rękawiczki, które sama sobie zrobiłam w czasach kryzysu, pasowałyby, jak ulał do tego kostiumu żebraczki!

   Po godzinie, kiedy za matką ubraną w zeszłoroczną suknię i wciąż milczącym ojcem zamknęły się wreszcie drzwi, babcia zrobiła wnuczce kakao, a sama usiadła wygodnie z kubkiem mocnej herbatki i zapytała niewinnie:
– Chcesz być w przyszłości projektantką mody?
– Coś ty, babciu! Chcę być pisarką. Taką, co wszystko bierze z życia.
– Będziesz pisać powieści psychologiczne?
– Nie. Kryminały!


Ilustrowała Joanna Titeux/pinezka.pl

  {jos_sb_discuss:4}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl