O wolności raz jeszcze

Szmery bajery

   Prawo do chorowania, gdy się jest chorym i odpoczywania, gdy się jest zmęczonym mężczyźni mają zagwarantowane jakby z urzędu. Na Marsie, skąd pochodzą, skłonność do natychmiastowego opadania na kanapę pod koc w stanie zmęczenia lub choroby jest im instalowana przez zielone ludziki w dniu narodzin. Kobiety zaś odpoczywają i chorują w jakimś odmiennym stanie świadomości, robiąc te swoje trzydzieści rzeczy jednocześnie.


   Kiedy tak siedziałam nad pustą kartką papieru, usiłując poukładać w głowie wir pomysłów na tekst, przyjaciółka powiedziała: napisz o wolności kobiet, tej wewnętrznej i zewnętrznej.
   Ponieważ lubię, jak ktoś poddaje mi temat – zawsze jest to jakaś sugestia co do zapotrzebowania czytelniczego – zaczęłam się nad ową wolnością zastanawiać.

   Przede wszystkim – chęć czytania tekstów o wolności kobiet sugeruje wyraźnie, że jest z nią jakiś problem. A właściwie nie "jakiś", ale całkiem konkretny – otóż nie jest ona taka oczywista. Stanowi coś, o co trzeba zawalczyć, co trzeba uporządkować i wyciągnąć na światło dzienne.
   Jest to ciekawe, jako iż tekstów o wolności kobiet były już setki. Ale może  to  po prostu jeden z tych tematów, których nigdy nie ma się dość. Może każda subiektywna opinia, nawet jeśli jest tylko uproszczonym generalizowaniem,  stanowi nowe spojrzenie na ten temat?
   Na ogół też wolność kobiet jest postrzegana jako coś odrębnego od wolności mężczyzn. Ponieważ jest to mocno krzywdzące, trzeba przeanalizować problem wolności kobiecej w porównaniu z wolnością męską, co dla kobiet będzie całkiem na miejscu, a niejednego mężczyznę wprawi zapewne w głębokie zdumienie.

   Wolność zewnętrzna przede wszystkim realizuje się w równouprawnieniu, czyli, generalizując, możliwości robienia tego samego, co robią mężczyźni. I za te same pieniądze. Oczywiście mówimy tylko o pracy zawodowej, bo oprócz niej nie robimy tego samego, co mężczyźni, tylko sto razy więcej.
   Nie chcę tutaj krzywdzić nikogo, a już na pewno nie naszych kochanych, walczących o byt samców, ale nie ukrywajmy, że jeśli już nawet znajdzie się taki, który oprócz pracy w pracy wykonuje też pracę w domu, czyli kupuje, gotuje, prasuje i dba o potomstwo, to na pewno nie będzie potrafił wykonywać tych czynności jednocześnie. Tak więc w tej samej jednostce czasu kobieta ZAWSZE wykona więcej.
   Wracając do równouprawnienia – gdy kobiety wywalczyły sobie prawo do rozwoju zawodowego i kariery i zajęły większość niedostępnych im do tej pory stanowisk, i gdy sytuacja jest prawie (co robi pewną różnicę, ale jednak) opanowana, powinnyśmy zatroszczyć się o wywalczenie sobie prawa do jeszcze paru innych, mniej ważnych z pozoru rzeczy, które mogą dać nam większą wolność.

   Prawo do chorowania, gdy się jest chorym i odpoczywania, gdy się jest zmęczonym mężczyźni mają zagwarantowane jakby z urzędu. Na Marsie, skąd pochodzą, skłonność do natychmiastowego opadania na kanapę pod koc w stanie zmęczenia lub choroby jest im instalowana przez zielone ludziki w dniu narodzin. Kobiety zaś odpoczywają i chorują w jakimś odmiennym stanie świadomości, robiąc te swoje trzydzieści rzeczy jednocześnie. Ileż to razy słyszałam słowa "nie mam czasu chorować" padające z ust kobiety i "nie mam czasu, choruję" z ust mężczyzny.
   I przyznam szczerze, że zawsze wówczas uważałam, że mężczyźni są mądrzejsi. Bo gdyby nasza pramatka w odpowiednim momencie powiedziała "Adamie drogi, idę poleżeć, bo bolą mnie nogi" i faktycznie to zrobiła, a nie poprzestała na groźbie, wówczas Adam nie miałby tej wielkiej, wspaniałej okazji aby przyzwyczaić się w tempie ekspresowym, że kobieta tylko gada, ale i tak  pozamiata, i jeszcze jabłkiem poczęstuje. Ale ona popełniła ten wielki błąd taktyczny i teraz kobieta nie może sobie swobodnie chorować, bo wówczas zaburzyłaby prastare zwyczaje, a po cudownym ozdrowieniu nie poznała domu i dzieci nadzorowanych przez męża.

   I tutaj dochodzimy do sedna sprawy – może jednak wydaje nam się tylko, że nie możemy zostawić wszystkiego na pastwę losu, czyli na głowie mężczyzny i same się wtłaczamy w niewolniczą rolę strażniczki ogniska domowego? W tym miejscu wolność zewnętrzna zaczyna wiązać się z wolnością wewnętrzną. Bo żeby kobieta mogła spokojnie i bez stresu zostawić cały ten majdan na głowie męża i uzyskać wolność, czyli wyjść na kawę i zakupy (bądź na piwo i pokera, ale o tym później), to musi najpierw uwolnić swoją psyche od głębokiego, krępującego ją przeświadczenia, że nie powinna myśleć o sobie dopóki są inni, o których trzeba myśleć. Inni, czyli mąż, dzieci, rodzice, teściowie, ciotki, wujkowie, koty, psy i kanarki. Oraz praca, zakupy i dom. Gdyby kobieta odrzuciła te wmawiane jej od wieków prawdy objawione, że powinna realizować się przez bycie matką, żoną i kucharką i gdyby nauczyła się skutecznie ignorować wpychające jej się przed oczy wizerunki uśmiechniętych kobiet-orkiestr, wówczas nie dość, że byłaby szczęśliwsza, to również byłaby wolna i ze stoickim spokojem potrafiła wyjść i zrobić coś dla siebie.

   Ciekawe w tym wszystkim jest to, że w sumie nie znam mężczyzny, który ulegałby jakiemuś nachalnie lansowanemu przez wszelkiego rodzaju media wizerunkowi "mężczyzny-idealnego-który-o-wszystko-zadba". Być może dlatego, że oni są jacy są i inni nie chcą być. A nie chcą wcale nie z przekonania, że są idealni i lepsi nie będą, tylko z czystego lenistwa, które chroni ich od  destrukcyjnych pomysłów, aby męczyć się w pocie czoła np. regulując brwi czy robiąc fantazyjne piramidki z serwetek jednorazowych à la Martha Stewart. Mężczyzna jest po prostu obdarowany cudownym darem "nie zwracania uwagi na nieistotne szczegóły", podczas gdy kobietom, pochodzącym z innej części galaktyki, te nieistotne szczegóły spędzają sen z powiek. I to jest ich kara za grzechy pramatki, która zamiast usiąść sobie w cieniu drzewa z koktajlem z palemką, doprowadziła do odwiecznego podziału na mężczyzn i kobiety.

   Wracając do piwa i pokera, o którym wspomniałam wyżej, wracam jednocześnie do wolności zewnętrznej. Otóż ten stereotyp, który otacza szczelnie każdą kobietę, nie pozwala jej również  oddawać się bez skrupułów rozrywkom i zajęciom, które utarło się nazywać "typowo męskimi". Jak dla mnie, to typowo  męskie są najwyżej bokserki z rozporkiem, ale dla niektórych będzie to również kibicowanie piłkarzom nożnym, picie piwa z kufla, granie w owego pokera, skoki narciarskie, sumo czy wyścigi formuły pierwszej. Wprawdzie kobieta mogłaby doskonale robić każdą z tych oraz innych tego typu rzeczy, część z nich nawet wykonuje, ale jednak wciąż może usłyszeć wówczas wewnętrzny głos pokoleń, że "to kobiecie nie przystoi". Gdy przestanę oglądać w TV specjalne programy na temat kobiet-żołnierzy, kobiet-taksówkarzy i innych kobiet-mężczyzn, uznam że mamy pełną dowolność wyboru zajęć życiowych. Na dzień dzisiejszy wszystko jest w powijakach.

   Zdaję sobie sprawę z tego, że ów odwieczny podział na kobiety i mężczyzn siłą rzeczy wtłacza oba gatunki w pewne schematy i role, rozpoczynające się już w piaskownicy, gdzie chłopcy strzelają, a dziewczynki gotują i są to role krzywdzące obie strony jednakowo – jednak nie ulega kwestii, że  w dalszym ciągu uważa się, iż do pewnych rzeczy po prostu kobieta się nie nadaje, gdyż bardziej nadaje się mężczyzna. Na pocieszenie mówi się, że co z tego, że kobiety nie mogą np. skakać ze skoczni mamuciej, skoro mają ten niezwykły przywilej rodzenia dzieci i karmienia ich piersią, w którą mężczyzna nie jest wyposażony. Oczywiście, serdecznie współczuję mężczyznom, że nie jest im dane na własnym ciele doświadczyć cudu narodzin, aczkolwiek za ten stan rzeczy odpowiada natura (oraz grzeszna pramatka, która nam zafundowała w gratisie bóle krzyżowe), a za całą resztę kultura, którą sami sobie stworzyliśmy.

 


   Generalnie wolność kobiet w obydwu wymiarach jest mocno chwiejną wartością. Zasadniczo, gdyby kobieta również pochodziła z Marsa, problem by nie istniał, bo wszyscy bylibyśmy zaprogramowani na tą samą modłę. Ale nie pochodzi i dlatego należy się zastanowić, co zrobić w takiej sytuacji. Rozwiązanie wydaje się oczywiste jeśli chodzi o odzyskanie wolności wewnętrznej – kobieta wychodzi z narzuconych ról i wzorem mężczyzny nie komplikuje wszystkiego, kocha swoje niedoskonałości i myśli prościej, niż dotychczas. Brzmi to jak herezja, ale spójrzmy na mężczyzn – nie znam szamoczącego się  mężczyzny, który walczy sam ze sobą do utraty tchu. Oni po prostu robią  to, co chcą, a czego nie chcą, starają się unikać jak ognia.
Wolność zewnętrzna natomiast, której uzyskanie wiąże się ze zlikwidowaniem ogólnie utrwalonych stereotypów na temat głębokich różnic między obiema płciami, będzie osiągalna dopiero wówczas, gdy różnice owe przestaną istnieć lub gdy zweryfikujemy ich prawdziwość. Ponieważ punkt pierwszy jest raczej niemożliwy, a punkt drugi wydaje się trudny do realizacji, bo mężczyźni z natury nie lubią weryfikować i analizować i należy długo czekać, aż uda się ich do tego namówić, wszystko pozostaje w gestii kobiet, które dalej muszą sobie ową wolność wywalczać.

   Wydawać by się też mogło, że sprowadzenie wolności kobiet do kwestii związanych z prowadzeniem domu, wychowywaniem dzieci, pracowaniem, realizowaniem planów i marzeń jest znowu pewnego rodzaju szufladkowaniem tematu, a porównanie kobiet z mężczyznami czymś karkołomnym, to jednak należy przyznać, że codzienne życie nie jest wyłącznie nieustającym pasmem uniesień, tylko, stety lub niestety, sprowadza się też właśnie do owych zupek i kupek. I to wśród tych codziennych czynności, o których podział kłóci się większość małżeństw, może zgubić się wolność.


Ilustrowała: AnetaHg/pinezka.pl


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl