Jak wąż z gołębiem

Szmery bajery

  Z tego co się orientuję w zoologii, węże nie łączą się w pary z gołębiami. Widuje się za to dwa gołębie różnej płci, które razem sobie przez życie fruną oraz dwa węże, które sobie pełzną. I dwa kangury, które sobie skaczą itd. Więc myślę, że można ujrzeć dwoje ludzi, którzy poruszają się w życiu w ten sam sposób, bez przepychanki i bez upokarzania.


   Żeby kobieta mogła fruwać, mężczyzna musi pełzać. Taki tekst padł z ust młodej, ładnej kobiety sukcesu, szczęśliwej żony i matki. Przynajmniej pozornie szczęśliwej. Jej mąż, również młody, również ładny i również w sukcesach – siedział obok i nie komentował. Oczywiście scenka ta miała miejsce w mediach, konkretnie w telewizji, a jeszcze konkretniej w programie Dzień Dobry TVN, a to oznacza, że należy brać poprawkę na padające tam bonmoty – z definicji programu mają one charakter nieco odpustowy. Ale nie o tym mowa.
Wyżej wymieniony tekst mógł w kontekście całej rozmowy mieć nawet jakiś sens. Nie zmienia to jednak faktu, że sam w sobie jest irytujący, przeraźliwie pusty i stereotypowy.
   Ale przejdźmy do rzeczy.

   Pomijając teraz kwestię tego, co konkretnie miała na myśli autorka, jak wysoko udaje jej się fruwać i jak sprawnie umie pełzać jej mąż, warto zastanowić się nad tym, ile prawdy w tym tekście jest i dlaczego tak mało.
Z wypowiedzi owej wynika, jak – być może naiwnie – rozumiem, że fruwanie w wykonaniu kobiety oznacza odnoszenie spektakularnych, satysfakcjonujących i motywujących sukcesów – i to przede wszystkim na polu zawodowo-naukowym, w odróżnieniu od banalnych i przyziemnych sukcesików na gruncie domowo-rodzinnym. Fruwanie oznacza rozwój osobisty – intelektualny i duchowy. To wszystkie te rzeczy, które się robi w czasie wolnym od bycia żoną/matką/kochanką, a które popychają kobietę do przodu na jej drodze rozwoju. To, że kobieta potrafi się rozwijać wewnętrznie mimo otaczającej ją monotonnej rzeczywistości, jest oczywiste i nie ulega kwestii. Z tym, że najwyraźniej niezbędny jest jej do tego mężczyzna, i to w dodatku pełzający. Czy autorka tej myśli zdaje sobie sprawę z tego, że mimo iż chciała swym bonmotem podkreślić wolność, niezależność i dominację kobiet, pogrążyła je jeszcze bardziej?
   Bo nie dość, że wychodzi na to, że kobietom nie wystarczają skrzydła, niebo i otwarte przestrzenie, to jeszcze brakującym, niezbędnym elementem jest właśnie mężczyzna, choćby sunący wolno i nijako gdzieś tam w dole. Bez niego ani rusz. Jednak.

   Z owej wypowiedzi wypływa jeszcze jedna, przerażająca myśl. Że nie może istnieć udany związek, w którym obie strony mogą się spełniać. ZAWSZE jedna strona musi tracić, jeśli druga chce zyskać. Nie ma związków partnerskich, gdzie kompromis to największe osiągnięcie, są związki skrajnościowe, gdzie na dwóch różnych biegunach tkwią dwie różne osoby. Jedna na górze, to druga na dole. I odwrotnie.

   No właśnie, czy faktycznie odwrotnie? Czy żeby mężczyzna mógł fruwać, kobieta musi pełzać? Często (może nawet ZA często) musi. Pytanie brzmi tylko – co to właściwie znaczy "pełzać"? Czy jest to po prostu odwalanie całej mniej przyjemnej i twórczej roboty, jaką jest życie codzienne? Taki kompromis – ja ci posmażę kotlety, a ty w tym czasie poczytaj filozofów klasycznych?
   Być może tak, tylko czemu w takim razie to "pełzanie" kojarzy się z czymś niskim, negatywnym, czymś upokarzającym? Nie uważam, żeby zajmowanie się rodziną i domem było upokarzające. Wręcz przeciwnie, jest to heroiczny czyn, dowód normalności. Ale ja nie jestem gwiazdą z pierwszych stron gazetek, które się wertuje w przerwie między jednym kotletem a drugim. Dla mnie życie polega na czymś więcej, niż na błyszczeniu na medialnym niebie i dążeniu do sławy. Współczuję kobiecie, która będąc matką i żoną uważa (lub chce sprawiać takie wrażenie), że pełnienie obowiązków charakterystycznych dla obu tych ról to pełzanie. Szkoda, że nie umie pogodzić swoich pragnień z codziennym życiem, że nie ma determinacji do próbowania i że potrzebuje mężczyzny po drugiej stronie równoważni. I to mężczyzny upadłego.

   Bo chyba jednak możliwe jest wspólne fruwanie w związku. Z tego co się orientuję w zoologii, węże nie łączą się w pary z gołębiami. Widuje się za to dwa gołębie różnej płci, które razem sobie przez życie fruną oraz dwa węże, które sobie pełzną. I dwa kangury, które sobie skaczą itd. Więc myślę, że można ujrzeć dwoje ludzi, którzy poruszają się w życiu w ten sam sposób, bez przepychanki i bez upokarzania.

   Jednak skądś się takie "złote" myśli biorą. Ta konkretna, o której piszę, spotkała się z ogromnym aplauzem i zachwytem ze strony prowadzącej program, która skądinąd rozwiodła się ostatnio hucznie ze swym znanym mężem. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie obchodziło, ale jeśli się używa mediów, to siłą rzeczy plotki tego typu sączą się do ucha. No i właśnie rozwiedziona prowadząca, teraz kobieta wolna, niezależna i walcząca z całym męskim gatunkiem, przyklasnęła owej myśli i będzie ją teraz krzewić wśród ludu.
   A potem spotyka się tabuny żon, które bezmyślnie powtarzają zasłyszane "prawdy" życiowe – że mężczyznę to trzeba krótko trzymać, najwyżej dwa lata, że całej prawdy nigdy się mu nie zdradza i że trzeba go zaraz na starcie odpowiednio wychować. No i że musi pełzać, żeby kobieta mogła fruwać. Bo to generalnie bezwolny typ jest, służący do paru utylitarnych celów i liczyć na niego nie ma co.

   Popadanie w skrajności jest skłonnością każdego człowieka. Dlatego też z jednego stereotypowego zdanka wynikać mogą dwie sprzeczne prawdy – że kobieta może sobie spokojnie deptać mężczyznę obcasem, ale gdyby nie on, obcasów by nie miała.



Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl