Wybory, wybory...

Latarnia Diogenesa

   Jaka jest liczba mnoga od wyborów? Tak się składa, że będąc obywatelem Polski (od dawna) i Szwajcarii (od niedawna) mogłem 21 października brać udział w dwóch wyborach (dwojgu?, dwóch parach wyborów?). Pomijając problem obywatelstwa, nieczęsto się zdarza, by oba terminy się zbiegły. Co prawda do szwajcarskiego lokalu poszedłem w sobotę (mógłbym też głosować pocztą), ale wychodzi to na jedno.

U nas

   Wybory, jakie były, każdy widzi. Tyle że każdy inaczej. Miał być Pawlak z Kargulem, obaj symboliczni, wirtualni, tymczasem Pawlak jest (realny), a Kargul przeszedł do opozycji. Zwyciężyła demokracja. Świadczy o tym również frekwencja, choć sam bym jej nie fetyszyzował. W sytuacji krytycznej na łodzi się woła: "wszyscy do wioseł!" albo "wszyscy do lin!", ale przecież nie "wszyscy do steru!"

   Sukcesem jest eliminacja dziwacznych partii, a zwłaszcza Samoobrony, gdzie prawie każdy członek zarządu ma na karku wyrok. Sukcsesm dla nas wszystkich, oprócz wspomnianych partii. Podobnym sukcesem jest słaby wynik LiD. Duża zasługa w tym Kwaśniewskiego. Miał być twarzą kampanii, został jej mordą – dzięki mu za to. W ten sposób uchronił nas od koalicji PO-LiD, która przy wielkiej chrapce PO na władzę przy innym wyniku (mimo pewnie paru frazesów pro forma) byłaby nieunikniona.

   Pisałem wcześniej, że lepsza jest solidna przewaga którejś z sensownych partii, niż fifty-fifty jak dotychczas. PO przez dwa lata miało nadzieję, że wystarczy parę sprytnych ruchów, by przechylić szalę na swoją korzyść, wobec czego bez przerwy podgryzało PiS, a PiS się przed tym podgryzaniem bronił. Niesamowita ilość pary szła z tego powodu w gwizdek. Teraz PiS nie ma szansy podgryźć PO, więc będzie musiał myśleć i gadać o konkretach. A PO ma dość swobody ruchów, by te konkrety robić. Oczywiście trzeba pogłaskać PSL, ale może starczy parę stołków, a politykę będzie się dało prowadzić według planu. Chociaż właśnie piszą, że Pawlak ma ochotę na gospodarkę – co wtedy miałoby zostać z peowskich reform?

   Może za wcześnie założyłem sensowne zachowanie PiSu. Dobiegają nas dziwne sygnały. Chyba się jednak obrazili. Co prawda PO wysoko ustawiło poprzeczkę - dwa lata szoku powyborczego, ale wreszcie byłby czas na zajęcie się czymś innym, niż pyskówkami. Podobno są jakieś drogi do zbudowania. Ale piłka jest ciągle w grze i może gdy to czytasz, szanowna czytelniczko, wszystko się odwróciło do góry nogami. Taki jest urok pisania tekstów aktualnych.

   Co do PO, to zobaczymy, co potrafią. Do tej pory głównym argumentem było: "nie jesteśmy PiSem, wobec tego zrobimy wszystko lepiej." Ja tu nie widzę koniecznej zależności przyczynowo-skutkowej, ale bądźmy dobrej myśli, czekajmy na zapowiedziany cud. To jest rząd RP (o numerze nie dyskutuję) i to fakt.

   Tu dochodzę do pewnego śliskiego punktu. Parę lat temu naród nasz w swej mądrości (?) zaaplikował nam rząd SLD. Zszokowany zagryzłem zęby i uznałem go za mój. W kościele śpiewałem "Ojczyznę wolną pobłogosław, Panie", a nie "racz nam wrócić". Przyznaję, że w ostatnich dwóch latach czułem się jak naiwny baran. Siedziałem przedtem spokojnie, nie nawoływałem do demileryzacji czy debelkizacji. Dwa lata temu zmienił się rząd, może to nie każdemu pasowało, ale trudno. Można przeczekać i wybrać kogoś innego. Jednak podniósł się wrzask o zagrożeniu demokracji, panowie dziennikarze, usadowieni wygodnie w fotelach, pisali o czyhających na nich siepaczach. Podziwu godny heroizm! Tymczasem głosy przeliczono, dyktatura przegrała, trochę się obraziła i tyle. Okazało się więc, że było to – nie bójmy się tego słowa – pieprzeniem głodnych kawałków i wciskaniem kitu, a już wypisywanie tego w obcej prasie – nie bójmy się i tego słowa – podłością. Może by teraz dać jakiś wywiadzik do El Pais, a może płatne ogłoszenie?

U nich

   W Szwajcarii wybierano parlament (Nationalrat) i coś w rodzaju senatu (Ständerat). A nad wszystkim stoi Rada Federalna, Bundesrat. Bo tu rada na radzie, prawdziwy Kraj Rad. Od wyborów trochę zależało, ale nie tak wiele, bo przesunięcia słupków są nie za duże. To, by partia rządząca nie weszła do parlamentu, nie ma miejsca. Nie za bardzo też ma sens pojęcie partii rządzącej. Wspomniany Bundesrat, to kolektywny rząd, z którego wybierany jest na rok prezydent o niewielkich kompetencjach. Obecnie jest nim (nią) Micheline Calmy-Rey  z Partii Socjaldemokratycznej. Taka mała z kolorowymi pasemkami włosów. Widziałem ją kiedyś w sklepie (Migros) nad dworcem, poznałem po pasemkach i wystających z torebki materiałach z partyjnym logo. To mówi coś o swobodzie poruszania się polityków, choć oczywiście może cały sklep (oprócz mnie) był pełen agentów secret service, a może to była dublerka. Z radców federalnych widziałem też na ulicy Merza (takiego nosa nie ma nikt inny), a Couchepin raz mi podał rękę, o czym kiedyś pisałem.

   W skład Rady wchodzą przedstawiciele wszystkich liczących się partii, w tej chwili 2 z Szwajcarskiej Partii Ludowej (SVP), 2 z Socjaldemokratycznej (SP), 2 Wolnych Demokratów (Liberałów – FDP) i jedna z Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej (CVP). Ideą jest, że w ten sposób powinno dojść do wypracowania wspólnej strategii przy uwzględnieniu wszystkich sensownych poglądów, a Rada podejmuje i ogłasza decyzje kolegialnie. Dalej, gdy zwolni się jedno z siedmiu miejsc, wybiera się następcę w oparciu o złożony klucz – która partia powinna dostać, czy jest dość Romands (francuskojęzycznych), a może by raz z Ticino, kto z Zurychu, kto z Berna... Od jakiegoś czasu tematem jest płeć. Od nie tak dawna, bo prawo głosu przyznało kobietom (męskie) referendum dopiero w 1971. Federalne, bo ostatni kanton (Appenzell Innerrhoden, gdzieś daleko pośród gór) został odgórnie do tego zmuszony w 1990. Jakąś też rolę odgrywają kwalifikacje. Zakłada się zresztą talenty uniwersalne, bo radcy zmieniają co jakiś czas departament. Z matematyki wynika też, że departamentów jest siedem.

   Wyniki wyborów przekładają się bezpośrednio na skład parlamentu, ale nie Rady Federalnej. Tacy Zieloni mieli teraz przyzwoity wynik (9.6%), wobec czego dyskutuje się nieśmiało, czy nie powinni mieć miejsca w Radzie. Bo o obsadzie miejsca decyduje głosowanie całego parlamentu, wobec tego musi być konsens, że np. teraz wybieramy najlepszego kandydata z CVP, a nie wsadzamy własnych.

   Do niedawna to funkcjonowało, ostatnio coraz mniej. Coraz częściej dochodzi do otwartych polemik między członkami Rady, w dużej mierze z powodu i z udziałem Christopha Blochera (SVP). Blocher jest lokalnym populistą polaryzatorem, coś jak mieszanka Kaczyńskiego z Macierewiczem. Tyle że ma inny temat. Nie taki zresztą odległy, z tym że nie chodzi o układ, lecz o obcokrajowców. Populizm, to jednak nie taka prosta sprawa. Fakty są takie, że w statystykach przestępczości obcokrajowcy dominują zdecydowanie. Również spora część przemocy w szkołach idzie na ich konto. W innych krajach rozwiązuje się spory inaczej. Nie chcę generalizować – nasz przemiły dozorca jest Kosowarem, wzorowym ojcem. Ale coś jest na rzeczy, przynajmniej w percepcji, ale nie tylko. Często mam wątpliwości, co jest lepsze: jeżeli w gazecie napiszą, że rozbili serbską (bułgarską, polską, ...) szajkę szmuglerów narkotyków (złodziei samochodów, ...), to wygląda to na rasizm, ale jeżeli nie podadzą narodowości – jest to wstyd przed faktami, zamiatanie pod dywan. Przeciwieństwem populizmu jest ignorowanie tego, o czym populus mówi i co go gryzie. Też ma to niewiele wspólnego z rządami ludu. A lud w końcu idzie do urn. W tym roku styl kampanii był dość prosty. Kwintesencją był plakat, na którym białe owce wykopują za granicę czarną. Obiło się to echem w prasie światowej i spowodowało ostre reakcje. Zareagowała też "ulica". Niedługo przed wyborami Blocher ze swoimi zwolennikami chcieli zorganizować imprezę w centrum Berna. Dla różnokolorowych "antyfaszystów" była to czerwona płachta na byka. Zorganizowali kontrdemonstrację, niezalegalizowaną, lecz tolerowaną. Zablokowali przemarsz blocherystów, na co tamci tylko czekali, zaintonowali patriotyczne pieśni i stali u bram miasta jako prześladowani obrońcy demokratycznych reguł gry. A w mieście bojówki Czarnego Bloku demolowały plac przed parlamentem, gdzie miał się odbyć festyn (tu wideo – z prawej pod "Spuren der Krawalle in Bern"). Musieli mieć nowy trening w partyzantce miejskiej. Nakładali maski (nielegalne, lecz tolerowane) tylko podczas krótkich akcji, po czym mieszali się z tłumem. Policja czerwono-zielonej rady miejskiej przyznała, że została zaskoczona, lecz stwierdziła, że w zasadzie wykonała zadanie. Mało kto to kupił, a blocherowskiej partii SVP skoczył słupek.

   Tak że i tu o coś chodzi i nie zawsze wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. Choć ze strony technicznej było w porządku. Przynajmniej nie brakowało kart do głosowania. Papieru nie oszczędzano. Każdy potencjalny wyborca otrzymał pocztą gruby na centymetr pakiecik z listami kandydatów i materiałami informacyjnymi wszystkich partii. Do tego koperta na odesłanie głosu. Podobnie jest przed referendum. Światły obywatel ma warunki do spokojnego rozpatrzenia za i przeciw. Ale w praktyce i tak decydują emocje. Emocje w Szwajcarii? A jednak.

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl