Pizzerie

Migawki

   Ale, ale – nie studiowałam książki w celu zmemoryzowania wszystkich adresów, a aby zrobić listę kategorii przedsiębiorstw, w których chcę rozpocząć moją błyskotliwą karierę. I tak właśnie kiedy pod "P" znalazłam "Pizzerie", mój długopis zawisł nad nimi nieruchomo, a czas cofnął się falowo – dokładnie jak to czyni na filmach, kiedy bohater wraca pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce dawno, dawno temu.


   "Banki danych", " Informacje", "Filmy – produkcja", "Organizacje międzynarodowe", "Obsługa cudzoziemców", "Public relations", "Przedstawicielstwa firm", "Redakcje prasowe"...  – robiłam dzisiaj listę kategorii firm, w jakich mogłabym szukać zatrudnienia. Ponieważ życie nie do końca wygląda tak, jak na reklamie TP S.A., kiedy młody człowiek siada sobie przed internetem, wysyła swoje CV i już po chwili może zmykać na podwórko i cieszyć się zaoszczędzonym czasem, zniesmaczona internetem postanowiłam sięgnąć po książkę telefoniczną, która jeszcze nigdy nie zawiodła. Przynajmniej jeśli chodzi o dostarczanie kategorii.

   "Agenci i maklerzy morscy", "Agroturystyka", "Akcydensy", "Akwizycja", "Alarmy", "Alergolodzy", "Aluminium – konstrukcje", "Analityczna aparatura", "Antyki i dzieła sztuki", "Archiwizacja", "Armatura przemysłowa", "Audiowizualne systemy", "Autobusy", "Automatyka przemysłowa", "Autostrady" – poczułam się jak z Drobnych cwaniaczków Woody Allena, kiedy kobieta, która gra żonę faceta, którego gra Allen, postanawia się dokształcać i rafinować, przyjmując za najlepszą strategię zapoznawanie się z treścią słownika wyrazów obcych. Uczy się go na pamięć, po czym gorliwie odtwarza przy nadarzających się okazjach, to jest na przyjęciach, po których ciąga ją koleś grany przez Hugh Granta. Niestety, koleś grany przez Hugh Granta ma ciężkie zadanie, żeby z jednej strony wprowadzić żonę faceta granego przez Allena w światek znawców sztuki, za co żona faceta granego przez Allena mu (kolesiowi granemu przez Granta) płaci, z drugiej – zachować twarz w środowisku, od którego żona faceta granego przez Allena tak bardzo odstaje.

   W tej szczególnej scenie, którą osobiście darzę niesamowitą sympatią, żona faceta granego przez Allena stara się wejść w interakcje z innymi uczestnikami party prezentując swą własną erudycję, to jest w sposób bardzo autyczny przerzucając się sama ze sobą świeżo poznanymi hasłami ze słownika wyrazów obcych. Kto widział film, pewnie będzie pękał ze śmiechu na wspomnienie tej sceny, a przynajmniej zrozumie, w jakiej sytuacji oto znalazłam sama siebie studiując moje kategorie książki telefonicznej. Żona faceta granego przez Allena ruszyła w wir życia towarzyskiego zapoznawszy się wyłącznie z hasłami na literę "A" właśnie, ale za to nauczyła się ich wszystkich, co w jej przekonaniu wystarczyło, by stanowić bazę elokwencji.
   Dialog w filmie idzie tak:
(Koleś grany przez Granta)
- Jak ci się podobała jej gra?
(Żona faceta granego przez Allena)
–  Moim zdaniem była apokaliptyczna.
–  Apokaliptyczna? Naprawdę?
–  Byłam pełna admiracji.
–  Tak, mnie też urzekła.
–  Była świetna i w pełni aprobuję aplauz, który otrzymała.

   Po tym widzowi podarowane jest zaledwie kilka sekund na wyśmianie się, po których następuje ciąg dalszy. Tym razem żona faceta granego przez Allena do znajomych kolesia granego przez Granta:
–  Początkowo poczułam abominację, ale okazał się adekwatny.

   Kiedy zaraz po skończeniu "A" ruszyłam do kolejnej litery, zostałam zinwigilowana na okoliczność moich preferencji obiadowych. I po pytaniu:
–  Co chcesz dziś na obiad?
byłam w stanie powiedzieć tylko:
–  Bilard, biblioteki, brukarstwo, boazerie, bukmacherzy, bursztyn.
–  Butle gazowe – dodałam po chwili.

   "B" bywa bowiem bodaj bajecznie bajrońskie, brocząc w bród kategoriami o barwach od baśniowych po bestsellerowe, podczas gdy celulozowe "C" certyfikuje i cyzeluje cesje książkowych kategorii w charakterystycznie chromatyczny corps de ballet. "Skumbrie w tomacie, śledź".
   Przy literze "P" mój mózg był nieźle już zlasowany, a ja wprowadzona w stan wielkiego ubawienia. Nie uwierzycie, czego się można dowiedzieć z książek telefonicznych!

   Ale, ale – nie studiowałam książki w celu zmemoryzowania wszystkich adresów, a aby zrobić listę kategorii przedsiębiorstw, w których chcę rozpocząć moją błyskotliwą karierę. I tak właśnie kiedy pod "P" znalazłam "Pizzerie", mój długopis zawisł nad nimi nieruchomo, a czas cofnął się falowo – dokładnie jak to czyni na filmach, kiedy bohater wraca pamięcią do wydarzeń, które miały miejsce dawno, dawno temu.



   W podróży w przeszłość moja pamięć zatrzymała się na pewnym pogodnym dniu, jednym z pierwszych moich dni na jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów w Europie, gdzie właśnie zaczynałam pracę nad swoim doktoratem. Wspominam uniwersytet wspaniałymi przymiotnikami, nie by się popisać, ale dlatego, że oddanie jego charakteru ważne jest dla narysowania tła konwersacji, jaką tamtego dnia biernie odbyłam z nieznajomym.

   W księdze pamiątkowej tej właśnie prestiżowej uczelni znajdują się statystyki, świadczące o tym, ilu absolwentów wybiera po ukończeniu doktoratu pracę w Komisji Europejskiej, ilu stawia na przemysł, a ilu natychmiast awansuje na profesorów. O absolwentach-doktorach bezrobotnych księga milczy jak PRL-owski rocznik statystyczny z jednego zasadniczego powodu – z braku takowych.

   Nieznajomy był Polakiem, który właśnie przyjechał na naszą zagraniczną, bardzo prestiżową uczelnię na miesiąc, by otrzymawszy stypendium biblioteczne prowadzić badania do swojego własnego doktoratu. Kiedy spotkaliśmy się na krużganku dziedzińca, nie mógł pohamować swojego zachwytu nie tylko nad architektonicznym urokiem miejsca oraz jego akademickimi walorami, ale i nad prospektami na przyszłość, jakie stuprocentowo gwarantuje ukończenie doktoratu na tej prestiżowej uczelni.
–  Pomyśl tylko – mówił do mnie w uniesieniu niepoprawnego optymisty. – Przez trzy lata jak tu będziesz, nauczysz się włoskiego! I wtedy to nie ma szansy, żebyś nie znalazła pracy w Polsce. U nas, w Bielsku, to jak pójdziesz do pizzerii i powiesz, że znasz włoski, to od razu cię na kelnerkę wezmą!

   Niestety, nieznajomy szybko wyjechał, a ja na kilka lat zostałam pozbawiona elementu humorystycznego. Pojawił się znowu dzisiaj, kiedy z uwagą studiowałam książkę telefoniczną i kiedy doszłam do tej właśnie litery "P" jak "Pizzerie". Wspomniany już długopis zawisł nad hasłem, a ja się trzpiotliwie ucieszyłam.
–  Pizzerie – dopisałam do mojej listy z ubawieniem.

   A potem, szybko zreflektowawszy się, już na serio domyślałam: walnięty wolterianin wykrakał!


październik 2004


Ilustrowała: summa/pinezka.pl (z wykorzystaniem zdjęcia z SXC.hu)

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl