Duch Święty a sprawa polska

Jagged Edge

   W końcu perfumy, tanie perfumy i lakier do włosów zostają przytłumione zapachem kadzidła. Wyciągamy maksymalnie szyje, by uchwycić wzrokiem choć ułamek wkraczającego właśnie "naszego" dziecka komunijnego, które wysztywnione, wylokowane, pokryte poliestrem, koronką, "brylantami" i lakierem do włosów przeżywa swoje 5 minut, jak miliony dzieci komunijnych przeżywały przed nim i miliony będą przeżywać po nim.


   No i sezon mamy w pełni. Sezon komunijny of course. Po znajomych od miesiąca chodzą informacje o obowiązujących w tym roku stawkach. Stawka zależy oczywiście od dzielnicy i bliskości tejże, a zatem dziecka komunijnego, do polskiej parafii. Zależy też, czy dziecko komunijne jest z dzielnicy, a gość spoza, czy na odwrót.
   Tak czy inaczej – nie czarujmy się, stówką się nie opędzimy. Jeśli jednak tylko stówka w kopercie, to dobrze jest dokupić jakiś złoty pierdół i ilustrowaną Biblię dla dzieci, jakich dziecko komunijne otrzyma 16 – bo wszyscy wpadają na ten sam cudowny pomysł na duchowe wzbogacenie dziecka komunijnego (wszak dawać pieniądz na świętą okazję to wstyd, sodoma i gomora, i nie wypada w narodzie, który wydał Ojca Świętego). No i zawsze to wygląda, że właściwym prezentem jest Biblia i złoty pierdół, a ta kasa to tak przy okazji...
   To nic, że w Biblii dla dzieci Mojżesz wygląda jak Fred Flinstone, a Matka Boska jak jedenastolatka z dzieckiem. My mamy czyste sumienie, księgarnie polonijne złoty interes, a rodzice dziecka komunijnego gotowe prezenty na następnych kilka sezonów.

   Oczywiście sprawa jest dużo prostsza w przypadku dziecka kanadyjskiego, ale o dzieciach kanadyjskich nie opłaca się pisać, bo one mają I Komunię w środku tygodnia i, jak mawia siostra Alicja z polskiej parafii – takie te ich komunie, że potem rodzice do nas przychodzą i proszą, żeby dziecko drugi raz wysłać do Pierwszej Komunii...
   Trafiamy więc za dzieckiem wysłanym do pierwszej Pierwszej Komunii do polskiego kościoła. W torebce mamy kopertę ze stówką, ufając, że rodzice dziecka uwierzą w nasze dobre intencje (Biblia i złoty pierdół w osobnym pudełeczku okolicznościowym).

   Tu dylemat – żeby dostać miejsce siedzące, trzeba być w kościele godzinę przed, a tym samym przygotować się na spędzenie trzech godzin w nieklimatyzowanym zatłoczonym wnętrzu. Na sugestię wujka Tadka, żeby tak jak on odpuścić kościół i iść prosto na imprezę, zżymamy się – Biblia dla dzieci zobowiązuje!
   No więc, albo godzinę przed i trzy godziny w perspektywie, albo na czas i stoimy na upalnej ulicy przed kościołem z własnym dzieckiem, które ubrane w okolicznościowy gajerek będzie się wspinało na pobliskie murki, wieszało na barierkach, przeciskało na czworakach między nogami tłumu, a na koniec, wykończone, położy się na na chodniku i oznajmi, że właśnie umarło, więc przecież nie może się podnieść.
   Wybieramy trzy godziny w kościele!

   Wygląda na to, że wszyscy wybrali.

 

   Na pół godziny przed rozpoczęciem właściwej ceremonii dziecko zdążyło już przejść pod ławkami, poruszyć publicznie wszystkie kompromitujące tematy rodzinne, spytać się głośno, kto to jest ten pan na krzyżu i kiedy się w końcu zaczną te imieniny, bo on chce iść do domu. Duchota w powietrzu wzmaga się, tudzież mieszanka zapachowa perfum, lakierów do włosów, naftaliny.
   Oczywiście wszystkie inne dzieci siedzą grzecznie tam, gdzie je posadzono, nie zadają głupich pytań i nie wyglądają, jakby przeciągnięto je przez rurę od odkurzacza....

   W końcu perfumy, tanie perfumy i lakier do włosów zostają przytłumione zapachem kadzidła. Wyciągamy maksymalnie szyje, by uchwycić wzrokiem choć ułamek wkraczającego właśnie "naszego" dziecka komunijnego, które wysztywnione, wylokowane, pokryte poliestrem, koronką, "brylantami" i lakierem do włosów przeżywa właśnie swoje 5 minut, jak miliony dzieci komunijnych przeżywały przed nim i miliony będą przeżywać po nim. Dla tego momentu zjeżdżają się babcie z Polski, wujkowie i ciotki z USA, znajomi gotowi są rozpłynąć się w trzygodzinnym zaduchu, żeby te koronki, brylanty i lakier do włosów nie poszły na marne.
   I będzie to ostatni raz, kiedy ujrzymy "nasze" dziecko podczas tej uroczystości, bo nawet gdy wejdzie na ołtarz, by wygłosić swą przydziałową, okolicznościową kwestię, to zostanie przysłonięte przez uwijającą się po ołtarzu centralną postać każdej uroczystości komunijnej – czyli Pana-Z-Kamerą.
   Ponad wyciągniętymi szyjami unoszą się w górę ręce z aparatami. Nieważne, że ludzie z tyłu chcą też coś zobaczyć. NASZE zdjęcie kawałka pleców "NASZEGO" dziecka komunijnego jest stokroć cenniejsze niż chcenie staruszek i dzieci w ławkach za nami.

   Upał wzmaga się. W mieszankę zapachową perfumy-naftalina-lakier-do-włosów powoli wkrada się nowy akcent i wzmaga się wprost proporcjonalnie do wykwitających na plecach i pod pachami wiernych mokrych plam, które gwałtownie rozpływają się po poliestrze.
   Do tego dochodzą nam dodatkowe atrakcje: dzieci komunijne czytają po kolei fragmenty Pisma Świętego. Pamiętajmy – te dzieci, choć polskie, to całkiem polskie nie są. Cierpimy wraz z biedakiem przy mikrofonie, który nie daje za wygraną: - ws-k-z-rz.... - wkszerszse.... wksiere-zesze...
   Siostra katechetka lituje się nad nieszczęśnikiem i rzuca teatralnym szeptem: WSKRZESZENIE.
   Inne dziecko dziękuje rodzicom za to, że przed laty przynieśli je do kościoła do OSZCZENIA.

   Zaduch osiąga poziom bolesny. Proboszcz najwyraźniej oszczędza na klimatyzacji. Mam wrażenie, że nad głowami wiernych zawisła toksyczna chmura – lepki wyziew spoconego, wylakierowanego, wyperfumianego tłumu, i jeśli gdzieś pod sufitem w domu Bożym unosi się Duch Święty, to nie będzie miał sił, by przedrzeć się przez nią i zstąpić na nasze dzieci komunijne, które w pionie trzyma już tylko krochmal i lakier do włosów.
   Ale zstąpi na pewno! Zapewnia nas o tym od dłuższego czasu kaznodzieja, najwyraźniej odporny na upał i zaduch. Głosi do dziateczek już od ponad godziny. I głosi, i głosi. Bo i on ma właśnie swoje 5 minut.
   Jeśli wierzyć księdzu, cud następuje – Duchowi Świętemu udaje się dokonać rzeczy niemożliwej, czyli przedrzeć się przez zwarty tłum Polonii, ominąć umiejętnie Pana-z-Kamerą i wstąpić w dziatki. Muszę wierzyć księdzu na słowo (z megafonu), bo od jakiegoś czasu siedzę na murku pod kościołem wachlując się darmową gazetą z dystrybutora i ciesząc się, że za chwilę podniosę moje dziecko spod murku, pójdziemy coś zjeść (chwała Duchowi Świętemu, przyjęcie ma być dwa kroki od kościoła) i będzie można się zerwać do domu pod chłodny prysznic.
   Och, jakże się mylę...

   Fakt unii dzieci komunijnych z Jezusem musi być udokumentowany przed ołtarzem zdjęciem z księdzem proboszczem (bez proboszcza się nie liczy). Przed ołtarzem stoi kolejka sklejonych mam, ciotek, rodzeństwa, wujów. Kombinacje dziecka komunijnego są niewyczerpane. Dziecko komunijne z mamusią i tatusiem, dziecko komunijne z chrzestnymi i rodzeństwem, z jednym kompletem dziadków, z drugim kompletem dziadków, z księdzem i z mamusią, z księdzem bez mamusi, a to wszystko musi być przy ołtarzu i teraz, bo inaczej też się nie liczy. A dzieci komunijnych jest sześćdziesięcioro. Każde dziecko przemnożone przez dwoje rodziców, dwoje chrzestnych, dwie babcie, dwóch dziadków, siostrzyczkę lub braciszka lub oboje, nie licząc dalszych krewnych, którzy też muszą teraz przy ołtarzu, bo inaczej dla nich też się nie liczy. 

   Nie pamiętam już, ile razy powiedziałam dziś własnemu dziecku: jeszcze chwilkę, jeszcze moment, już niedługo, jeszcze tylko kilka minutek...
   Jakimś cudem w końcu nasza grupa komunijna kompletuje się pod kościołem i kierowana przez jakąś ciotkę (jest nam absolutnie obojętne, czyja to ciotka) zmierza ku miejscu, gdzie dostaniemy wreszcie coś do jedzenia i picia.

   Organizacja jednak szwankuje. Dzieci komunijnych do tej imprezy jest dwoje, na każde przypada ok. 40 gości. Małe wesele. Jak na wesele przystało, jest i orkiestra – no, może nie całkiem orkiestra, ale duet: pan Waldek na gitarze i pan Zygi na keyboardzie.
   Mój syn prawie mdleje z głodu, podobnie jak 80 gości weselnych, niestety, babki, ciotki i kuzynki stoją jeszcze w kolejce do ołtarza i kompletnie już przepoconego dziecka komunijnego, zamiast nosić talerze z rosołem. Decyduję się poprosić o kromkę chleba w kuchni, po której miota się jedna z matek komunijnych – masywna pani Marysia z potężną chochlą w dłoni.
Bierzeta te, kurwa, talerze?! – krzyczy przekonana, że jestem jedną z babek, ciotek czy kuzynek, a może po prostu na krawędzi rozpaczy pośród parujących garów i patelni. Niewiele się zastanawiając, łapię te, kurwa, talerze i po piętnastu minutach 80 gości zapycha rosół. Pierwszy głód zaspokojony, można wyciągnąć z torebek i wewnętrznych kieszeni marynarek wymięte, przepocone koperty, bo na salę przybyła właśnie triumfalnie nasza dwójka dzieci komunijnych i można zacząć je faszerować stówkami – byle się nie pomylić, które jest nasze.  Kuzynki, ciotki i babki oczywiście prosto do kuchni, pan Waldek do gitary, Zygi do keyboardu i jak wesele, to wesele!


   Na stołach wykwitają flaszki, najedzeni goście nabierają wigoru, babki, ciotki i kuzynki nadrabiają spóźnienie i suną do stołów z kolejnymi półmiskami, dań gorących jest 7 (siedem).

   Po jakimś czasie ponad salą unosi się jak chmura gradowa konflikt. Goście, którzy zapchali pierwszy głód, chcieliby teraz potańczyć, bo muzyka jak najbardziej ku temu stosowna, tymczasem babki ciotki i kuzynki pod wodzą pani Marysi terroryzują 80 osób baterią piersi indyczych w sosie pomarańczowym, nadziewanych grzybami udek kurzych, rolad schabowych, pierogów z mięsem  i zrazów wołowych. Ponieważ mieliśmy poważne opóźnienie, teraz musimy nadrabiać: obiad, który miał być na obiad, jemy kiedy na salę powinna już wyjeżdżać zimna płyta. Zimna płyta okazuje się być podobnym zestawem mięs, tylko na zimno. Dlatego "zimna", a "płyta", bo gabarytami przypomina północnoamerykańską płytę tektoniczną. To też trzeba wsuwać błyskawicznie, bo pani Marysia ogłasza, że za chwilę podawać będzie się kolację!
   A myśleliśmy, że szczyt absurdu mamy już tego dnia za sobą. Niespróbowanie śledzia po węgiersku, pasztetu na zimno, galaretki wieprzowej czy szynki w auszpiku (nie mówiąc już o klopsikach rybnych) grozi zalaniem się łzami przez babki, ciotki i kuzynki. Pani Marysia prosi, blaga, grozi, w końcu zrezygnowana macha ręką: – A to, kurwa, nie jedzta! – i znika w czeluściach kuchni, by kroić ciasta.

   Rozkwitłe na stołach butelki robią jednak swoje. Po chwili jednostki przebijają się przez kordon babek, ciotek i kuzynek i nie zważając na pełne bólu "a może chociaż klopsika....?" tworzą na parkiecie pary, które trzymają się w bezpiecznej odległości od części jadalnej.

   Ci, co nie piją, pozostają przy stołach w niejasnym poczuciu winy. Wobec pani Marysi. Wobec głodującego świata. Wobec Ducha Świętego. Wobec dziecka komunijnego, które napasione stówkami siedzi usmarowane tortem na stosie prezentów i szczęśliwe do niemożliwości pije oranżadę.


Ilustracje autory

 

Komentarze (9)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl