Wakacyjna trauma

Szamotnik codzienny


   Wróciłam z wakacji. I jedyne, o czym marzę, to o odpoczynku. Bolą mnie wszystkie możliwe mięśnie, mam nadszarpniętą psychikę i spuchnięty duży palec u nogi. Zgubiłam ulubione klapki i  zrujnowałam konto. Uśmiech nie gościł mi na twarzy od 14 dni.
   Ale zacznijmy od początku.

– Kochana moja, czy nie masz ochoty na wypoczynek w ekskluzywnym hotelu nad naszym wspaniałym, polskim morzem? – zapytał mnie mąż pomiędzy burakiem, a bucikiem mojej 4-letniej córki.
– Co? – rzuciłam niedbale.
– No pytam, czy nie pojechalibyśmy całą rodziną nad morze? Odpoczęłabyś trochę.
– Odpoczęłabym… hmm… no, w zasadzie to… – przed oczyma miałam już leżak i drinka z palemką. Murzyna, który mnie wachlował i palmę z kokosami. Mój mąż też to widział, bo szczerzył się do mnie nieziemsko. Po chwili wykrzyknął i cała kompania stanęła na odprawie.
– Jedziemy nad morze – stwierdził mąż, a dzieci zaczęły ryczeć jak oszalałe. Nie zdążyłam nic powiedzieć, nic zrobić. Szklanka z drinkiem pękła, leżak się złamał, murzyn pobladł, a palemka odfrunęła razem z wiatrem zdrowego rozsądku. Wiedziałam, że już po sprawie, nic nie wskóram. Jedziemy nad morze.

   Przez następne dwa dni pakowałam wszystkich. Spakować 5 osób, w tym czteroletnią dziewczynkę było już wyzwaniem samym w sobie. Nikt, niestety, nie mógł mi pomóc, bo wszyscy musieli załatwić inne ważne sprawy. 15-letni syn żegnał się ze swoją miłością, od rana do wieczora stając pod blokiem. 12-letnia córka załatwiała interesy; co dziwne, te tajemnicze interesy dotyczyły ostatnio zakupionej gry komputerowej. A 4-letnia, najmłodsza latorośl pomagała dzielnie, acz skutecznie, wyjmując zapakowane już rzeczy z walizek. Najbardziej jednak zapracowany był małżonek, który, jak twierdził, załatwiał wszelkie powinności związane z kwaterunkiem w tym ekskluzywnym hotelu oraz rozwiązywał kwestie transportowe. Byłam lekko zdziwiona, gdyż jechaliśmy naszym wanem, lecz cóż ja, kobieta, marna, mogę wiedzieć o transporcie? Tak więc w ciągu tych dwóch dni spakowałam nas należycie, tworząc z jedenaście list rzeczy ważnych i mniej ważnych. W efekcie gdzieś koło Poznania okazało się, że nie wzięłam własnej szczoteczki, golarki męża i ulubionego stroju kąpielowego starszej z córek. Bogu dzięki, że obiecałam kupić jej ładniejszy, inaczej musielibyśmy zawrócić. 

   Podróż trwała 8 godzin i była jednym wielkim rykiem dziecięcych gardeł. Szumu morza więc nie usłyszałam. Jedynie wysoki dźwięk w lewym uchu, denerwująco wibrujący tuż pod czaszką.
– JEŚĆ!!! – no, to niestety usłyszałam.   
   Ponieważ hotel był super exclusive, więc jedzenie mieliśmy we własnym zakresie. A dokładniej w moim. Czyli oni idą na plażę, a ja coś szybciutko upichcę. To coś było pełnowymiarowym obiadem z dwóch dań. Wrócili po półtorej godziny z wypiekami na twarzy opowiadając o bursztynach, które znaleźli. Ja też miałam wypieki, ale, niestety, od zepsutej kuchenki gazowej, która buchała płomieniami aż pod sufit. 
   Gdy rodzina się najadła, szybko pozmywałam i położyłam małą spać. Było już późno, ale bardzo chciałam zobaczyć morze. Dzieciaki zostały, a my wybraliśmy się na romantyczny spacer po plaży. Pech chciał, że zaczęło padać. Dotarliśmy tylko do baru przydrożnego i zjedliśmy obrzydliwie przypalone frytki. Ratowała mnie nadzieja, że jutro cały dzień przeleżę plackiem na plaży.

   Przez następne siedem dni padło potwornie. Na plażę chodziliśmy, owszem, ale w gumiakach, czapkach i kurtkach. Najmłodsza z latorośli od nadmiaru uciech dostała kataru i ósmego dnia siedzieliśmy już w hotelu. To znaczy – ja siedziałam. A reszta kompanii brykała po barach, sklepach, salonach gier i po mokrej plaży. Ja gotowałam i tuliłam zakatarzone dziecko, które cały dzień maltretowało mnie, bym bawiła się w zapasy. Stąd i okropne bóle mięśni. Ale dziesiątego dnia stał się cud, wyszło słońce. Było ciepło i pachniało morzem. Nie licząc się z niczym zapakowałam wielgachną torbę kremów przeciwsłonecznych, ręczników, kanapek, zabawek, pontonów, piłek i Bóg raczy wiedzieć, czego jeszcze, i ruszyłam na plażę. Szczęśliwa i pełna nadziei że może w końcu troszkę odsapnę. Poleżę, nabiorę koloru w odcieniu złotego brązu. 
   Po 3 godzinach byłam czerwona i spuchnięta. Posmarowałam dzieci, ale o sobie zapomniałam. Jedyne, co mogłam zrobić, to udać się do hotelu i wysmarować kefirem. Do końca pobytu siedziałam w cieniu pod parasolem, pokryta grubą warstwą blokera. 
   Dzieci były przeszczęśliwe biegając po plaży, pluskając się w morzu i obżerając się bez ograniczeń lodami. Mój ukochany mąż już czwartego dnia poznał równie zapalonego jak on pasjonata fotografii. Spędzał ze swoim nowym znajomym każdą wolną chwilę, rozprawiając o obiektywach, kliszach, chemiach, ciemniach i innych nieznanych mi ustrojstwach. A ja gotowałam, pilnowałam i cierpiałam boleści natury mięśniowo-skórnej.  

   Dzień przed wyjazdem postanowiliśmy zwiedzić latarnię morską. Objuczeni wszelkiego rodzaju ewentualnościami związanymi ze zmianą aury, ruszyliśmy plażą. Gdybym wiedziała, jakie jeszcze czekają mnie atrakcje, nie wyjrzałabym za drzwi mojego pokoju hotelowego za żadne pieniądze. 
   Najpierw zgubiłam swoje ukochane klapeczki. Absolutnie niespodziewanie znalazły się one gdzieś na wierzchu mojej torby i odeszły w siną dal, gdy zatrzymaliśmy się na loda włoskiego. Już byłam zła i obrażona na cały świat. I właśnie wtedy z całej siły kopnęłam kamień. A w zasadzie to on mnie kopnął. Przyczajony w zaroślach tylko czekał na jeden fałszywy ruch wykończonej psychicznie kobiety. Na moich oczach mój biedny palec puchł przybierając kolor dojrzałej śliwki.  Zrobiło się zamieszanie. Mąż chciał natychmiast wracać do hotelu, starsze dzieci wyły, że przecież mogę tu poczekać, a one zwiedzą latarnię, a najmłodsze w najlepsze jadło piasek. Mąż rzucił się do najmłodszego, które zaczęło się krztusić, syn chciał mi pomóc, efektownie stając na moim obolałym paluchu, córka się obraziła, a grupa przechodzących turystów patrzyła na mnie z dezaprobatą, "uchając" i "ofując", jaką to ja wredną i nienowoczesną matką jestem, że nie daję wolności moim nastoletnim dzieciom.  
   Miałam wszystkiego dość. Krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam.
– SPOKÓJ MI TU!!!! Dosyć, wszyscy do hotelu pakować się i do domu! 

   Nikt nie zaprotestował. Wszyscy potulnie zruszyli w stronę hotelu. Po drodze zakupili tylko małe figurki latarni morskiej. Ot tak, by sobie obejrzeć, jak to ona wygląda. Po powrocie na hotelowe włości, mąż cichutko zagadnął.
– Kotku, zostańmy do jutra… wiesz, stopa cię boli, jutro już będzie lepiej, a dzieciaki jeszcze sobie dziś poszaleją na plaży.
   Cóż było robić? Argumenty głowy rodziny były absolutnie trafione, no i przecież miałam cały dzień na ich spakowanie. Zgodziłam się bez entuzjazmu, ale w imię wyższej idei, dobra moich dzieci i planów, że już nigdy, przenigdy nie wyjadę z całą rodziną. Wiedziałam, że to tylko jeden dzień, już ostatni. Nareszcie. 

   Powrót do domu przebiegał nadzwyczaj spokojnie. Większość drogi dzieci spały, a mój mąż raczył mnie opowieściami natury fotograficznej, zasłyszanymi od nowego przyjaciela. Pierwszy raz od 14 dni czułam, że mam choć cień wypoczynku.  
   Drzwi mojego domu powitałam z takim entuzjazmem, jak nigdy wcześniej. Ukochane stare sprzęty, mięciutka kanapa, nawet sterta brudnych, pozostawionych naczyń wydawały się iście anielskim towarzystwem. 
   Oparłam ręce o blat kuchenny, odetchnęłam z ulgą i poczułam, jak napływa spokój. Gdy nagle usłyszałam radosny krzyk mojego męża:
– No to co, kochani, w przyszłym roku w góry?!



Ilustrowała: AnetaHg/pinezka.pl (na podstawie zdjęć z SXC.hu)

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl