Renifer w asortymencie

Migawki

rys. slovika Od kiedy zabrakło mojej babci, Święta nigdy już nie były takie same. Ostatnio jednak Święta stają się prawdziwym koszmarem i to wyjątkowo nie za sprawą rodzinnych historii o kłótniach i samych kłótni, a przez marketing.

Dawnymi, dobrymi czasy Boże Narodzenie zaczynało pojawiać się w świadomości klientów sklepów gdzieś koło początku grudnia, ale też nie tak od samego początku, tylko w takiej rozsądnej odległości pomiędzy Barbary a Wigilią. O Świętach przypominały sklepowe dekoracje i trochę więcej niż zwykle asortymentu na półkach. Dzisiaj wszystko się zmienia i choć wiem, że to nieuniknione, tęsknię trochę do takiego normalnego, nieokolicznościowego czasu sklepowego.

Bo teraz cały czas są okazje – jeszcze Nowy Rok nie wszedł na dobre, już są Walentynki, Walentynki nie zdążą wybrzmieć, a tu już wiosenna kolekcja, potem Pierwszy Maja, Dzień Matki, koniec szkoły i człowiek się nie spostrzeże, jak powolutku za rączkę jest prowadzony od okazji do okazji, a każda jeszcze lepsza od poprzedniej, żeby wydać na coś pieniądze.

Pamiętam pierwsze zetknięcie z systemem okolicznościowym w Holandii. Zbliżała się Wielkanoc i ktoś w pracy postawił na biurku w sekretariacie miseczkę z czekoladowymi jajeczkami. Po upewnieniu się, że mają służyć nie tylko za ozdobę, poczęstowałam się i ku mojej uciesze jajeczka okazały się bardzo smakowite.

Kiedy wreszcie przypadkiem znalazłam sklep, gdzie można się było zaopatrzyć w czekoladowe jajeczka, było już za późno. Wielkanoc nazajutrz, a sklep zamknięty. Ale nic to – pomyślałam sobie do siebie – przecież otworzą zaraz po świętach i wtedy sobie kupię. To nawet lepiej – przekonywałam się w pozie chwytania się ostatniej deski ratunku – po Wielkanocy powinni je przecież przecenić.

Ale nie doceniłam sytemu okolicznościowego. Kiedy następnego dnia po tym, jak się skończyły święta, przybiegłam do sklepu po długo oczekiwane w ciszy i samotności jajeczka, jajeczek już nie było w asortymencie. Ale jak to? – pomyślałam sobie do siebie, ale żadna odpowiedź nie przyszła mi do głowy. 
   Zaraz po otwarciu sklepu tego dnia, tuż po świętach, nie było już nawet wspomnienia Wielkanocy – zupełnie jakby tego roku ją odwołano. W oknach wisiały już dekoracje na następną okoliczność i jedyne jajeczka, jakie jeszcze udało mi się upolować, to te w pracy, które nie zostały wyżarte przed świętami. Przy czym i te były już poważnie przerzedzone, a te najlepsze, z ciemnej czekolady, dawno i bezpowrotnie zniknęły.

Wczoraj w supermarkecie kilkakrotnie informowano mnie, że nadchodzi Boże Narodzenie. Z tej okazji chciano mnie namówić do zakupu Renifera.
– Renifery: tańczące, śpiewające, mówiące i interaktywne! – mówiła pani przez mikrofon podłączony do systemu nadźwiękowienia supermarketu. – Tylko 35 złotych!
   A zaraz potem odzywał się i sam Renifer, jakby o niczym innym nie marzył, tylko by pomóc sieci supermarketów pozbyć się asortymentu reniferów. Renifer skrzypiał do mikrofonu: Jingle Bells, Jingle Bells, Jingle all the way...

Skrzypienie Renifera dołączone do entuzjazmu pani, która namawiała przez mikrofon, żeby sobie sprawić Renifera, było nieznośne do granic wytrzymałości. Ich wspólne nawoływania towarzyszyły mi przy karmie dla kotów, przy wodzie mineralnej, przy mydłach, przy puszkowanych pomidorach, a nawet przy bateriach paluszkach.
Renifery: tańczące, śpiewające, mówiące i interaktywne! Tylko 35 złotych!
Jingle Bells, Jingle Bells, Jingle all the way...

Epicentrum niezadowolenia z performansu Renifera i pani od Renifera znajdowało się jednak przy żółtych serach. Tam właśnie niezadowolenie przeradzało się w gotowość do mordu na reniferach.

Renifery: tańczące, śpiewające, mówiące i interaktywne! Tylko 35 złotych!
Jingle Bells, Jingle Bells, Jingle all the way...


Gentleman ćwiartujący bloki sera żółtego zamachnął się i wbił tasak, którym dokonywał parcelacji sera, w deskę do krojenia. Wznosząc błagalnie ku górze ręce i oczy zawołał:
– Ja już nie mogę tego Renifera! Nie mogę!
– Bardzo panu współczuję – wyraziłam swoją jak najszczerszą empatię.
– Wczoraj cały dzień Renifera puszczali! I dziś od rana też! Jak człowiek ma pracować w takich warunkach?!
– Ale nie denerwuj się – poradziła panu ze stoiska pani, która kroiła ser na maszynie "w te i z powrotem". – Święta idą.
– Jakie święta idą?! – kontynuował rozeźlony i zdesperowany pan od serów. – Przecież dopiero jedenasty listopada!

rys. slovika 

Ludzie! Idźcie nabyć po reniferze, bo pamiętajcie, że już dzień po Bożym Narodzeniu reniferów nie będzie w asortymencie! Idźcie teraz, to będziecie pewni, że macie renifera na Święta, a i przy okazji dobry uczynek sprawicie ratując życie – albo niewinnego plastikowego, śpiewającego, tańczącego i interaktywnego zwierzęcia, albo tego pana od żółtych serów, co już wczoraj był bardzo bliski mordu na Reniferze! Nie wyglądał mi za dobrze – do Świąt może paść (pan od serów, bo Renifer miał się nieźle). Taka okazja nie trafia się co Święta!


Ilustrowała: slovika/pinezka.pl


Coaching a couch

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl