Lipiec 2005

Wspomnienia dziadka Ignacego - suplement


 ZE WSPOMNIEŃ MOJEJ ŻONY MARII

   W czerwcu 1944 roku zabrali mego męża do Armii Czerwonej. Wpadłam w ogromną rozpacz. Zostałam sama z małym synkiem, siedmioletnim Adasiem i w szóstym miesiącu ciąży. Adaś próbował mnie pocieszać, że będzie mi pomagał, bo ma już prawie siedem lat.
   Już na początku odmówili mi przydziału chleba. Było tu takie postanowienie, że osobie pracującej przysługiwało prawo zakupu pół kilograma chleba dziennie, a dla niepracujących członków  rodziny przysługiwała norma o połowę mniejsza. Nie pracowałam, więc mi chleba w ogóle nie dawali. Nie brano pod uwagę, że jedyny pracujący członek rodziny został powołany do Armii Czerwonej.


Był to okres żniw, więc chodziliśmy z Adasiem w step na ściernisko zbierać kłosy jęczmienia. W domu wykruszaliśmy je i w sumie uskładaliśmy z litr ziarna - zapas  na parę dni. W nocy słyszałam stukanie pac, pac, pac.... Rano okazało się, że z jęczmienia zostało tylko odrobinkę. To mrówki w nocy wynosiły jęczmień. Odgłos "pacania" pochodził stąd, że każda z mrówek wynosiła jedno ziarenko z sita i spadała z nim z pieca. "Złodziejki" przyłapaliśmy na "gorącym uczynku", ale cóż to pomogło. Płakaliśmy rzewnymi łzami.

Raz wybrałam się z innymi kobietami w step wykopać jakieś korzenie, które miejscowa ludność po odpowiednim spreparowaniu jadła. Były one podobne do chrzanu. Koło południa wróciłam z ukopanymi korzeniami. Panował piekielny upał, około pięćdziesiąt stopni. Korzenie te wymagają długiego płukania w wodzie. Płukałam je wlewając i wylewając wodę z naczyń, w których moczyły się korzenie. Zmęczyło mnie to ogromnie. Szybko ugotowaliśmy te korzenie i wzięliśmy się do jedzenia. Byliśmy bardzo głodni, ponieważ nic jeszcze tego dnia nie jedliśmy. Okazało się, że tych korzeni nie da się zjeść , bo nie były dobrze wypłukane. Trzeba było je płukać jeszcze pół dnia.

Kiedyś poszłam z Adasiem na działkę, niedaleko, paręset metrów. Kukurydza na naszej działce była jeszcze mała. Na sąsiedniej była trochę większa. Adaś był bardzo głodny i prosił mnie, abym urwała mu jedną kolbę. Zobaczył to dozorca, Kazach bez jednej ręki. Złapał mnie i tą jedną ręką tłukł mnie o ziemię. Już myślałam, że ducha ze mnie wytłucze. Adaś zaczął okropnie krzyczeć i dozorca mnie puścił.
Jednego razu Adaś bawiąc się w pustych sarajach (stajnie i stodoły) znalazł jaja kurze. Potem przez jakiś czas przynosił po jednym.
Sąsiadki powiedziały mi, że w gospodarstwie zdechła świnia i one idą, by  wyciąć po kawałku. Poszłam i ja. Ucięłam kawałek mięsa ze skórą. Władze dowiedziały się i zakazały jeść, ponieważ świnia była zarażona różycą.
Przed śmiercią głodową ratowaliśmy się zupą z pokrzywy i lebiody. Co to była za zupa? Na wrzącą wodę wrzucało się ze dwie garście listków lebiody, lub pokrzywy, a do tego garsteczkę krup jęczmiennych bez soli, bo jej nie było. I to był cały obiad.
Ciekawe, czy ktoś policzył, ile taka zupa dawała kalorii. 
Całe szczęście, że było lato i  łatwiej można było znaleźć coś do palenia. Zazwyczaj wyrywało się kilka garści zeschniętej trawy  i zapalało niewielki ogieniek między dwoma kamieniami na polu przed kibitką.

O zimie jeszcze nawet nie myślałam. Nieustający głód zmuszał do myślenia tylko o dniu dzisiejszym i najwyżej jutrzejszym – skąd by coś zdobyć do jedzenia.
Dałam magazynierowi z naszego sowchozu pelerynę przeciwdeszczową, aby dał mi trochę jęczmienia.
Nie licząc na to, dostałam tam robotę w magazynach zbożowych. Miałam tłuc jęczmień  na pęcak. Nie był to wielki zarobek, a praca była ciężka, ale miałam prawo do nabycia porcji chleba. Magazynier nie bardzo spieszył się z jęczmieniem za tę pelerynę. Adaś chodził z garnuszkiem po ten obiecany jęczmień, ale musiał czekać po parę godzin.
Prosił:
 – Diadia, daj troszkę.   
Dawali mi później pracę i możliwość zarobku przy przygotowaniu jęczmienia na obiad dla pracujących przy żniwach w polu. Zrezygnowałam, ponieważ mieszkanie zostawało puste i ktoś obcy mógł je zająć. Nędzna to była lepianka, ale przydzielona tylko nam. Wcześniej miały miejsce przypadki zajęcia siłą cudzego mieszkania...

Zarówno w Tue-Tasie, jak i początkowo w Burundaju, mieszkaliśmy w wielomieszkaniowym baraku. Zajmowaliśmy jedną izdebkę o wymiarach jakieś trzy metry na trzy, wysoką na wzrost średniowysokiego mężczyzny. Drzwi zbite z byle jakich desek i ze szparami prowadziły prosto na pole. W zimie śnieg zasypywał izbę. Okienko tak malutkie, że nawet dziecko by się przez nie przecisnęło. W kącie stał gliniany piec kuchenny, na którym prawie nigdy nie gotowałam, bo nie było dostatecznej ilości opału. Z tego to pieca mrówki jęczmień  nam wyniosły. W zimie zapalałam tylko malutki ogień  na palenisku, by dzieciom podgrzać coś do jedzenia w garnuszku. Nigdy nie paliłam dla ogrzania izdebki. Barak nasz miał kilka identycznych izdebek ustawionych szeregowo.
Bywało czasami, że brali mnie do przyniesienia chleba z piekarni do sklepu. Szłam z ochotą, bo niosąc chleb w worku mogłam wolną ręką obskubać kawałek skórki. Zaraz ją zjadałam, bo do domu nie mogłam wziąć. Za tę pracę dostawałam swój pajok, który już w całości przeznaczałam Adasiowi. Ratowaliśmy się, jak tylko mogliśmy, aby ten okropny, stały głód przetrzymać.
Nie wiem, skąd czerpałam siły, by jakimś cudem utrzymać przy życiu Adasia, siebie i noszone pod sercem dziecko. Nigdy w życiu nie byłam zmuszana do zarobkowania na życie i walki o tak nędzną egzystencję.

A dookoła szerzyła się śmierć głodowa.
W naszym baraku, trzy mieszkania dalej, mieszkała żydówka  z trójką malutkich dzieci. Nic o niej nie wiedzieliśmy, bo była zamknięta w sobie i nie utrzymywała kontaktów z ludźmi. Gdy głód doszedł do zenitu, bo jakoś przez parę dni do sowchozu nie dostarczyli chleba, ta kobieta zamknęła drzwi, a może nawet zabiła gwoździami, pozostawiając w środku trójkę swoich dzieci i poszła w step. Nikt jej nie zatrzymywał ani nie zawracał. Przez dwie doby, a może i dłużej dochodził stamtąd naprzód donośny płacz trójki dzieci, ale potem cichł coraz bardziej, aż zapanowała zupełna cisza.
Nie wiem, kiedy wywieźli ciałka, ale po paru dniach już drzwi były otwarte na oścież. Ktoś tam mówił, że pytał tę matkę dlaczego tak postąpiła, a ta miała odpowiedzieć, że z tej racji jedzenia, jaką otrzymuje, nie jest w stanie wyżywić siebie i trójki dzieci. A tak może sama przeżyje. To była skrajna rozpacz, ona nie mogła patrzeć na konanie swych dzieci. Chyba zmarła gdzieś w stepie, bo nic więcej nie było o niej słychać. Ludzie słyszeli płacz dzieci, lecz uciekali jak najdalej od nieszczęsnej kibitki, by nie słyszeć tego, bo nic nie mogli pomóc.

Jedna z izb została przyznana bezprizornikom (sierotom). Były to sieroty przedwojne, po rodzicach, którzy trafili do łagrów. Dzieci te przerzucano etapami  spod Moskwy i z zachodniej Rosji, aż tu do południowego Kazachstanu. Były one w wieku może 7 do 12 lat. Najmłodszym był Cygan, niewiele był starszy od Adasia. Było ich kilkanaście. W nocy przywieziono je samochodem do naszego sowchozu i kazano rozkwaterować się w tej izbie. Dzieci nie miały żadnego opiekuna. Zarząd sowchozu musiał ich utrzymywać, ale jakie to było utrzymanie, gdy wkoło panował totalny głód. Dzieci żyły z kradzieży, tyle zjadły, co gdzieś ukradły. Starsze jakoś sobie radziły, ale młodsze kolejno wymierały.
Adaś bawił się z Cyganem. To biedne dziecko utraciło rodziców gdzieś w zawierusze wojennej. Cierpiał on na skutek niedożywienia na nieustającą biegunkę tak, że aż wyszła mu kiszka stolcowa, po prostu zwisała na kilka centymetrów spomiędzy wyschniętych pośladeczków. Dziecko chodziło jedynie w koszulinie. Okropnie to wyglądało. Niewiele mogłam dziecku pomóc. Miałam skądś tabletki bismut tanalbini i te mu podawałam, ale na biegunkę głodową to nie pomagało. Jakiś cudem dożył do jesiennych deszczy, ale zimy już nie doczekał. Pomarło jeszcze kilkoro mniejszych dzieci.
Któregoś ranka w zimie po wyjściu na plac zobaczyłam drzwi od kibitki bezprizorników wyważone. Nie wiem, co się z nimi stało, bo w nocy było słychać krzyki i bieganinę. Faktem jest, że starsi chłopcy zachowywali się hardo i wcale nie ustępowali władzom.

Nasz sowchoz zamieszkiwali ludzie rożnych narodowości. Oprócz autochtonów - Kazachów i Rosjan, którzy przyszli tu w okresie zaborów porewolucyjnych, byli wywiezieni tu Polacy, Ukraińcy, Niemcy - koloniści z kresów wschodnich, tak samo nieliczna garstka Francuzów, no i oczywiście żydzi.
Jednego ranka zobaczyliśmy kręcących się po placu ludzi drobnego wzrostu o skośnych oczach - byli to Karejcy (Koreańczycy), których przywieźli z dalekiego Wschodu. Innego dnia przywieziono Kitajców (Chińczyków) z Usuryjskiego Kraju na granicy chińskiej.
Ciekawe, że wszystkie ruchy migracyjne ludności do i z sowchozu, a zresztą, jak się później okazało, na terenie całego Związku Radzieckiego, odbywały się w nocy.

Tak też któregoś ranka zobaczyliśmy chodzących po placu nowych przybyszów. Byli to rośli mężczyźni ubrani w czarne baranie szuby z włosem na wierzch. Mieli takie same czapy, baranice. Za pasem każdy z nich miał kindżał. Wszyscy mieli czarny zarost i sprawiali groźne wrażenie. Po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że są to Czeczeńcy. Jak się później okazało z historii, byli to wysiedleńcy z Kaukazu, zesłani do Kazachstanu decyzją Stalina.

Zaraz w pierwszym dniu ukradli Adasiowi nocnik (był to ostatni już przedmiot z Polski), który się suszył na kołku. Ponieważ nasi ludzie powiedzieli mi, kto nocnik wziął, poszłam się upomnieć. Przy ognisku siedziało paru mężczyzn i gotowało coś w tym nocniku. Upomniałam się o moją własność, nie rozumieli, ale domyśleli się o co mi chodzi i wtedy jeden z nich wstał, wyciągnął kindżał i zbliżywszy się do mnie, chwycił mnie za włosy wykonując ruch, jakby chciał mi poderżnąć gardło. Coś tam powiedział po swojemu i puścił mnie. Nie oglądając się na nocnik, uciekłam.

Później zobaczyłam, że byli to sami mężczyźni, ich kobiety i dzieci zostały zesłane do innych republik. Czeczeńcy, byli to górale z Kaukazu, obywatele Autonomicznej Republiki Czeczeńskiej. W ocenie Stalina sympatyzowali oni z Niemcami i za to cała Czeczenia została spacyfikowana. Wojska radzieckie otoczyły wsie i jednej nocy wywieźli całą ludność, jak kto stał, nie dając zabrać ze sobą żadnego dobytku. Dlatego to Adasia nocnik stał się jedynym naczyniem, w którym mogli coś ugotować. Głodowali oni okrutnie, bo nawet, gdy zdobyli coś do jedzenia, to nie mieli w czym tego ugotować . To byli pasterze owiec górskich, tzw. karakułów, hodowanych specjalnie na futerka ze względu na specyficznie kręcący się włos. Byli ludźmi wolnymi i nie chcieli nagiąć się do pracy w sowchozie, toteż nie dostawali pieniędzy ani przydziałów chleba. Wielu ich pomarło. Któregoś ranka już ich nie zobaczyliśmy.

Adaś dostał czerwonki. Nie było trudno się zakazić, bo wodę czerpaliśmy ze strumyczka, który się sączył za naszym barakiem. A zaraz za ścianą wszyscy załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne, chorzy na czerwonkę też. Strumyk płynął kilka metrów od baraku, więc na pewno bakterie przenikały doń.
Poszłam z  chorym dzieckiem do szpitalika, bo taki był zorganizowany w jednym z baraków, daleko na drugim końcu sowchozu. Lekarka go zbadała i dała  lekarstwa - bismut tanalbini. Chciała go zostawić na kwarantannie ze względu na to, by mnie nie zakaził i to nie zaszkodziło ciąży, ale się nie zgodziłam. Szpital - to było kilkanaście pryczy, a na nich dogorywające szkielety. Nie było żadnych sanitariatów. Kto mógł chodzić, ten chodził się załatwiać za barak. Tam też wylewano wszystkie nieczystości spod obłożnie chorych. Smród był okropny. Trzeba przyznać, że lekarka dokonywała cudów, by to swe gospodarstwo utrzymać w jakim takim stanie. 

Dostałam też chininy, jedynego lekarstwa na malarię, na którą oboje chorowaliśmy.
Na malarię chorowali prawie wszyscy. Zakażały nas komary, które masowo pojawiały się na koniec pory wilgotnej. Potem komary ginęły z suszy, ale już nas zakaziły. Bardzo ciężko znosiliśmy ataki malarii. Jakoś tak się szczęśliwie w tym nieszczęściu składało, że ataki dostawaliśmy z Adasiem niejednocześnie. Tak więc cierpiące na atak miało opiekę od tej drugiej osoby. Wiedzieliśmy kiedy nadchodzi atak, tj. wzrost gorączki, która dochodziła do 42 stopni i okropne dreszcze. Miało się wrażenie przenikającego zimna i dostawało drgawek. Mimo upałów i nakrywania wszystkim, co było dostępne, dreszcze nie ustawały. Traciło się przytomność i tak trwało około doby, bez czucia i świadomości. W czasie ataku bardzo się chciało pić, ale nie było siły ręki wyciągnąć, musiał ktoś opiekować się chorym.
Takie ataki były rzadkie, ale wykańczały człowieka ostatecznie. Rok później, już po urodzeniu  Danusi, w czasie mego ataku malarii przez 24 godziny, a nawet i dłużej, ośmioletni Adaś musiał opiekować się mną i półrocznym dzieckiem.

W październiku 1944 roku przyszedł czas na urodzenie dziecka. Mogłam iść do kołchozowego szpitalika, ale nie miałam komu powierzyć opieki nad Adasiem. Gdy przyszły bóle, wody odeszły do wiadra. Adaś pobiegł do Polaków mieszkających w sąsiedztwie, aby babka przyszła na pomoc.
Babka odebrała dziewczynkę. Zawinęło się ją w łaszki, a o kąpaniu nie było mowy, ponieważ woda była daleko, a i tak nie było jak jej zagrzać. W ten sposób dziecko było owinięte cały tydzień. Wtedy wszystko wyłuszczyło się i było czyste, ładne ciałko. Zapisałam ten poród w gminie, gdzie dali mi pieluszki i inne potrzebne rzeczy. Dziecku nadałam imię Danuta.

Na marginesie wspomnę dziwną historię: W tym samym dniu, 27 października 1944 roku, gdy ja urodziłam na stepach Kazachstanu dziewczynkę i nadałam jej imię Danuta - moja bliźniaczka siostra, Helena, w dalekim Lwowie urodziła też dziewczynkę i nadała jej  też imię - Danuta. Nic od paru lat  o sobie nie wiedziałyśmy.

Dziecka nadal nie kąpałam, bo nie było w czym, nadeszła zima. Od czasu do czasu tylko trochę obmyłam. Potrzebowałam mleka dla dziecka. Dałam dwie złote obrączki polskiej dziewczynie, która pracowała w stajni koło bydła, aby dostarczała mi po troszkę mleka. Dziewczyna dojąc krowy przywiązywała pod spódnicą garnuszek i tak codziennie przynosiła to mleko.

Kiedyś poszłam do ogrodu poszukać czegoś do palenia, aby dziecku zagrzać coś do jedzenia. Napadła mnie sfora psów, ledwie się obroniłam.

Sytuacja moja stawała się z dnia na dzień tragiczniejsza. Nie było opału, a zima tężała. Głód osiągał apogeum. Nie było już nic do zjedzenia. Adaś, myszkując po opuszczonych magazynach, wypatrzył w kącie pył makuchowy. Makuchy to są wytłoki z ziarna słonecznikowego po wytłoczeniu oleju. Przyniósł tego całą czapkę, a potem jeszcze kilka razy obrócił.
To nas chyba uratowało od śmierci głodowej, bo sowchoz zasypało śniegiem. Przez dwa tygodnie nie dowieźli chleba. My żywiliśmy się tym makuchem. Rozpalałam ze zgromadzonego w lecie kiziaku ogieniek i na patelni "przysmażałam" makuch z odrobineczką soli, bo on nie miał żadnego smaku. Czy ktoś uwierzy, że dorosła kobieta, karmiąca piersią dziecko, i kilkuletni chłopiec mogą na tym przeżyć dwa tygodnie, będąc już wcześnie skrajnie wygłodzonymi, w nie ogrzewanej kibitce? Tylko cud nas utrzymał przy życiu i chyba te resztki tłuszczu słonecznikowego, który nie został wytłoczony z nasion. Zaczęliśmy konać z głodu.
W ostatniej dosłownie chwili dowieźli chleb.

Kiedyś przewożono ciężarówkami ziarno słonecznikowe. Samochody zatrzymały się i Adasiowi udało się uprosić, czy też może ukraść, czapkę (taką kaszkietówkę po mężu) ziarna. Bardzo się przydało, bo znowu nie mogli przez tydzień dowieźć chleba z powodu wezbranego Kutur-hanu. Łuskaliśmy i jedli po odrobineczce tych nasion. Potworzyły się nam bąble na językach. Rozgryzałam po parę ziarenek na papkę i tym karmiłam niemowlę, malutką Danusię.
    Pewnego dnia przyszedł uprawlajszczy, abym pokazała mu swoje mieszkanie. Gdy zobaczył tę biedę, za głowę się złapał. Dziecko leżało na ziemi, okręcone łachem. Natychmiast przeprowadził mnie do innego mieszkania. Mieszkała tu już kobieta, której mąż był na wojnie. Miała dwie kozy, które trzymała w mieszkaniu. Potem przywiązywała je do mojej pryczy. Nic nie mogłam na to powiedzieć, gdyż korzystałam z jej mieszkania. Paliła w prowizorycznej kuchni, z której i ja korzystałam.

Nadszedł Nowy Rok. Adaś z drugim chłopcem poszli składać sąsiadom życzenia noworoczne. Przyniósł on trochę placków, jednak tych najgorszych. Okropnie się wstydził, prawie że na siłę go wypchnęłam. Od wielu domów został odgoniony, bo to byli Kazachowie i trzeba im było życzenia składać po kazachsku, a on umiał tylko porozumieć się z kolegami. Składał więc życzenia po rosyjsku:
- Sieju, wieju, powiewaju, s Nowom Godom pozdrawlaju - i posypywał izbę paroma ziarenkami pszenicy (nie za dużo, bo to ziarno trzeba było  odjąć sobie od ust).

Po świętach zachorował na tyfus. Chorował przez trzy miesiące. Tyfus jest chorobą przenoszoną przez wszy, zagrażał nam wszystkim. Spaliśmy razem, ja i Adaś po bokach, Danusia między nami. Wszy swobodnie przenosiły się po nas. Dzięki Bogu, mnie i Danusi choroba nie chwyciła.
Adaś w czasie tej choroby miał dziwne sny. Raz śnił mu się anioł, który mówił mu: "dlaczego tu siedzicie, jedźcie do domu". Po tym śnie robiło mu się lepiej.

Lekarstw dużo nie dawali, bo sami mieli braki. Gdy zaczął przychodzić do zdrowia, zapragnął jeść cebulę, o którą było tak trudno. Raz zachciało mu się coś tłustego. Poszłam, więc do Kazaszki, aby dała mi troszeczkę tłuszczu. Miałam jej dać jedną srebrną łyżeczkę. Jednak ona nie miała ochoty dać czegokolwiek. Ledwie ją uprosiłam, aby dała mi tyle, ile zmieści się na tej łyżeczce. Gdy Adaś wyzdrowiał, skóra, która mu dosłownie sczerniała, zeszła z niego jak z węża.

Z niedożywienia  zachorowałam na kurzą ślepotę. Gdy na polu zaczęła się szarówka, ja już nic nie widziałam. Posługiwałam się wtedy biednym Adasiem jako przewodnikiem.
Robota przy tłuczeniu pęcaku była tymczasowa.
Chleb dostarczali nam nieregularnie, dlatego pobieranie tych przydziałów było trudne. Ludzie robili ścisk, pchając się do ławoczki (sklepiku), że trudno było się dopchać do lady. Jednego razu tak mnie przycisnęli, że złamali mi żebro. Dłuższy czas cierpiałam, nie mogłam oddychać. Przykładałam ciepły popiół, to mi przynosiło ulgę.

Otwarto ochronkę dla dzieci. Wykąpałam Adasia, wyczyściłam koszulę z wszy, jednak pozostało trochę gnid, przez co nie przyjęli go. Bardzo płakał, bo widział jak dzieci dostają posiłek i bawią się.

Wzięłam się do wróżenia z kart. Umiałam wykładać ich znaczenie, bo nauczyłam się tego jeszcze w panieńskich czasach od jednej dziewczyny cygańskiej. Wywróżyłam jednej kobiecie, że mąż jej wróci z wojny, ale zaraz odejdzie. Za parę dni przyszła ta kobieta z płaczem, że tak się stało. Mąż wrócił, lecz zastał u niej obcego mężczyznę i zaraz odjechał.
Jeden mężczyzna - tak samo wywieziony jak my, ale rozdzielony  z żoną - poprosił mnie o wróżbę. Wywróżyłam mu, że serdeczna osoba jest już w drodze do niego. Przyszedł na drugi dzień, był bardzo rozradowany i dał mi dwadzieścia rubli. Powiedział, że wczoraj przyjechała do niego żona.
Dużo przychodziło do mnie tutejszych kobiet. Jeżeli z kart wychodziło, że którejś mąż jest zabity, to ja mówiłam, że jest ciężko chory. One domyślały się, że nie żyje i szły do gminy, aby wydali im "kartę pochronną", tj. dokument stwierdzający śmierć żołnierza. Nawet dość często zgadzało się. Nie chciałam im mówić, bo bałam się urzędu, aby mnie nie posądzili, że je buntuję.

Dostałam jakieś pieniądze, więc wybrałam się z sąsiadkami na bazar do Czemkientu, kupić coś do jedzenia. Prędko sprawiłam się i nie czekając na sąsiadki wracałam sama do domu. Było bardzo gorąco. Ziemia piekła w nogi. Do domu było 12 km. Szłam pustym stepem. W dali spostrzegłam, że z gór idzie jakiś czarny mężczyzna. Przestraszyłam się, ponieważ dookoła była pustka, nie było żywego ducha. Biegłam kawałkami, aby prędzej dojść do rzeki. Gdy do niej dopadłam, ten człowiek gdzieś się zgubił. Zmęczona wpadłam do rzeki, aby się ochłodzić. Piłam i myłam się tą wodą.
Gdy wróciłam do domu, Adaś podszedł i powiedział, że był żyd Zelman i przyniósł mu czekoladę, a on schował ją na piecu. Niestety, na piecu już jej nie było. Ukradła ją babka, którą najęłam do pilnowania Danusi. Adaś ogromnie płakał, że babka ukradła tę czekoladę, a on nawet jej nie spróbował. Żal mi było chłopca, ale niestety, przepadło.

Znowu powróciła do sowchozu fala głodu. Gospodarka kołchozowa była niskowydajna, a potrzeby frontowe były nienasycone. Znowu wzrosła ilość śmierci głodowych.
Jednego dnia Adaś wpadł z płaczem do mieszkania. Dowiedziałam się od niego, że widział, jak ciało Zelmana wieźli na beczkowozie służącym do dowozu wody dla bydła. Ot, tak go wieźli, bez żadnej trumny, po prostu ciało przerzucili przez beczkę. Zmarł z głodu. Ostatnimi czasy cierpiał na puchlinę głodową i nie miał siły pracować, a jako niepracujący nie dostawał nic do jedzenia.    
Wsio dla fronta!
Raz Adaś przyniósł jeża. Opaliłam i oczyściłam go, a następnie usmażyłam. Było z niego trochę smalcu, który dodawałam po troszkę do zupy Danusi. Ona nigdy nie najadała się do syta. Siedząc na pryczy drapała paluszkiem ścianę i taką wydrapała jamkę, że jej główka mogła się tam zmieścić. Adaś lubił karmić Danusię, bo miał okazję oblizać łyżkę z czymś lepszym.

Tragedię tę opisałam tylko powierzchownie. Nigdy nie będzie dość słów, by wyrazić tom co przeżyłam wraz z dziećmi. Przeżyłam śmierć swoich i obcych dzieci, widziałam jak pozostałe gryzły węgiel spalonego drewna i drapały ściany. Mnie, matce, serce pękało. Sama byłam głodna, ale byłam też całkowicie bezsilna.
Dzieci leżały w barłogu, cierpiąc głód i różne choroby. Przy zatwardzeniu dziecku wydłubywałam kał szpilką, bo nie miałam balonika ani hegara. Codziennie trzeba było wyszukać coś do jedzenia. Z reguły były to pokrzywy i lebioda. W inne pożywienie zaopatrywali nas bardzo rzadko.

Moją jedyną sukienką był worek z wyciętymi otworami na głowę i ręce. W lecie chodziłam na bosaka, a na zimę miałam jakieś chodaki. Od zimna ubierałam podartą kufajkę. W takim stroju powróciłam do Polski.
Adaś w lecie biegał na bosaka, w podkoszulku zwanym majka  i jakichś porciętach. Na zimę ubierał rozpadające się walonki po ojcu i jego kufajkę z obciętymi do połowy rękawami. Na głowę ubierał ojca podartą kaszkietówkę. W takim stroju powrócił do Polski.
Danusia była owinięta w łachmany. W takiej wyprawce wróciła do Polski.

Tragedia toczyła się dalej, wycieńczając nasze siły fizyczne i niszcząc zdrowie psychiczne. Czekaliśmy jakiejś pomocy z nieba, no i nadeszła.

Wojna skończyła się w maju 1945 roku. W tej przeklętej Rosji nic się nie zmieniło. Głód i braki wszelkich towarów były takie same, jak przedtem.   
W dniu 6 lipca 1945 została na mocy Umowy powołana Polsko-Radziecka Komisja Mieszana do spraw ewakuacji osób narodowości polskiej i żydowskiej. Dopiero w marcu 1946 roku w Kazachstanie przystąpiono do repatriacji Polaków.
Od razu trzeba stwierdzić, że mieliśmy wielkie szczęście, że byliśmy w miarę blisko ośrodka repatriacyjnego w Taszkiencie (70 km) i jego oddziału w Czemkiencie – naszym mieście obwodowym. Do wielu Polaków, rozrzuconych po rozległych obszarach Kazachstanu, decyzje o ewakuacji nie dotarły na czas odjazdu transportu lub w ogóle nie dotarły. Część tych ludzi powróciło do Polski dopiero w 1956 roku, a część pozostaje tam do dzisiaj (1995 r.).

Na nas decyzja o repatriacji spadła jak grom z jasnego nieba i to chyba w ostatniej chwili. Roztopy wiosenne uniemożliwiły dostawę jakiejkolwiek żywności. Naszej kibitce groziło w każdej chwili podmycie przez wezbrane wody rzeki Kutur-han. Z rozpaczy, nie nad swoim losem, ale nad losem dzieci, nie mogłam zasnąć całą noc, nadsłuchując huku wzburzonej wody zza cieniutkiej glinianej ściany. 

Obudził się Adaś i zaczął opowiadać, że śniło mu się, iż z Nieba wychylił się Pan Bóg i kazał nam wsiadać na statek odpływający do Polski. Jeszcze nie skończył opowiadania, gdy ktoś załomotał do drzwi. Pomyślałam, że znowu przyszli po mnie do odgarniania śniegu sprzed budynku zarządu. Ale był to sam uprawlajszczy, który powiedział, że przyszedł ukaz o naszym wyjeździe do Polski  i że za dwie godziny mam być na placu przed zarządem - gotowa do odjazdu.

Co się działo w moim sercu, można się tylko domyślać. Pakowanie skromniutkiego dobytku nie zajęło mi wiele czasu.

Wezbrana rzeka uszkodziła most i pociąg nie mógł dojechać do stacji, na której mieliśmy się załadować. Mieli nas przeprawiać przez rzekę na wielbłądach. A była to pora roztopów w górach i woda była głęboka. Adaś już nawet siedział na wielbłądzie. 
Wtem nadjechał posłaniec z wiadomością, że most jest już naprawiony i zawrócili nas do pociągu. W tym czasie zerwała się ogromna śnieżyca. Zaczęliśmy chować się po domach. Bardzo wystraszyłam się wtedy, ponieważ Adaś zgubił się w tłumie ludzi. Po burzy jednak odnalazł się. Potem zawieźli nas samochodami do Czemkientu. Było zimno i sypał śnieg. Dzieci tuliłam do siebie. Ja sama marzłam, bo okryć mieliśmy mało.

W Czemkiencie załadowali nas do wagonów towarowych. Tam wydali nam coś w rodzaju paszportów zezwalających na przejazd przez granicę Związku Radzieckiego do Polski.

Umieściłam się na pryczy na piętrze. Długo tu nie leżeliśmy, gdyż ludzie z dołu skarżyli się, że z pryczy woda cieknie, bo Danusia sikała. Przeniosłam się na niższą. Tu było nam zimno, ponieważ leżeliśmy koło drzwi. Koło nas na podłodze leżał człowiek chory na gruźlicę, więc zostawiał na noc otwarte drzwi, bo się dusił. Okrutnie marzliśmy.
Nie mogłam często wychodzić z wagonu, a nikt nie chciał podać nawet łyżki wody. Raz wysiadłam kupić coś do jedzenia. Wtedy pociąg nagle ruszył. Ja ledwie go dopadłam i chwyciłam się jakiegoś żelastwa. Zaczął wlec mnie po ziemi. Na dole stał jakiś mężczyzna. Zdążyłam krzyknąć do niego i on podrzucił mnie do wagonu. Byłam w rozpaczy, bo co stałoby się z dziećmi, gdybym została.

Jechaliśmy przez Wołgę, szeroką może około jednego kilometra. Most w czasie wojny został naruszony i chwiał się, gdy pociąg przez niego przejeżdżał. Wszyscy ludzie bardzo się bali.

Zatrzymali nas w Kijowie, ponieważ w pociągu rozszalała się epidemia tyfusu. Wiele osób odesłano do szpitala. Po wykąpaniu się w łaźni ruszyliśmy dalej.
Wjechaliśmy na Ukrainę, na ziemie zniszczone przez Niemców. Po raz pierwszy zobaczyliśmy ogrom zniszczeń  wojennych. Stacje kolejowe były przejezdne, ale budynki stacyjne i budynki mijanych miast były kompletnie zburzone. Na stacjach czasami widziało się wynędzniałych i obdartych tubylców. Pociąg zatrzymywał się w różnych porach, na różnych stacjach i nie miał wyznaczonego czasu postoju. Trzeba było wykorzystywać każdą chwilę na uzupełnienie wody czy zdobycie jakiegoś pożywienia.

Ja i dzieci z braku pożywienia byliśmy skrajnie wycieńczeni. Z Kazachstanu wyjechaliśmy w zimie, a tu, na Ukrainie, zastaliśmy wiosnę. Pociąg przejeżdżał przez charakterystyczne lasy brzozowe.
Adaś godzinami przesiadywał w otwartych drzwiach wagonu. Zachwycał się mijanym krajobrazem, a nawet ruinami mijanych miast. Te widoki jakże różniły się od monotonnego krajobrazu stepowego. Zasypywał mnie lawiną pytań. A szczególnie, czy to już Polska, bo sobie przypominał moje opowiadania o kraju, o świętach i o dobrobycie. Marzył, że jak dojedziemy do ojczyzny, to ja mu napiekę placków kukurydzianych i on się wreszcie naje do syta po sześciu latach głodu.

Dojechaliśmy do Lwowa.Nasz transport kierowany był na zachód, na Ziemie Odzyskane, we Wrocławskie. Wpadłam w okropną rozterkę co zadecydować. Mogłam tu wysiąść z transportu, bo mieszkała tu jeszcze siostra mojej mamy, ale to były tereny Związku Radzieckiego. Zdecydowałam się jednak jechać dalej - do Polski.
Pociąg stał ze dwie godziny na wysokim nasypie kolejowym przed stacją. Widziałam znajome ulice, rozpoznawałam budynki i kamienice. To było moje rodzinne miasto, tam w dali widać było katedrę, koło niej była nasza kamienica. Serce mi się krajało. Żal mój pogłębił jeszcze Adaś pytaniami o Lwów o którym mu najwięcej opowiadałam.

Przeczuwałam, że to miasto widzę po raz ostatni. Co odważniejsi wyskoczyli odwiedzić rodziny, ja się obawiałam, że pociąg może odjechać .
Zresztą, musiałam kierować się rozsądkiem. Musiałam dotrzeć do Rzeszowa, tu wysiąść i skontaktować się z mężem, który mieszkał i pracował w Tarnowie. A oprócz tego, jeszcze grubo przed wojną, mieliśmy taką rodzinną umowę, że gdyby nas wojna rozproszyła po świecie, to mamy zebrać się w Wesołej u siostry męża, Antoszki. Wychodziliśmy z założenia, że wsi żadna wojna nie zniszczy.
I z tej umowy wszyscy skorzystali. Zjechała tu ze Lwowa moja siostra Helcia z mamą, mężem  i córeczką Danusią. W pobliże ściągnęli Kocowscy - moja siostra z synkiem Jędrusiem i mężem oraz jego rodziną. Potem wszyscy się porozjeżdżali po Polsce.

W Rzeszowie wysiadłam z transportu. Musiałam załatwić  formalności w Urzędzie Repatriacyjnym, który znajdował się niedaleko, na przeciw stacji, na ulicy Grottgera. Dzieci usadowiłam w kąciku po lewej stronie w głównym holu dworca. Nakazałam Adasiowi pilnowanie Danusi i nie nawiązywanie kontaktów z żadnymi osobami.

Gdy powróciłam po jakimś czasie, Adaś siedział wtulony w kąt i trzymał w objęciach dziecko, a obok leżały dwa obwarzanki. Opowiedział mi, że zaraz po moim odejściu podeszła do nich jakaś para i piękna pani w futrze zaczęła go wypytywać kto oni są, skąd się tu znaleźli w tak opłakanym stanie. On się bał im cokolwiek odpowiadać. Towarzysz tej pani kupił dwa obwarzanki i dał dzieciom, ale Adaś bał się je wziąć, bo nigdy jeszcze niczego takiego nie dostał od nikogo. Bardzo był głodny  i chciał je spróbować. Dziecko też sięgało rączką po jedzenie, ale on nie pozwolił i dlatego tak mocno je trzymał w objęciach. Ludzie gromadzili się koło nas, bo takich nędzarzy wzbudzających litość dawno już nie widzieli. Było już rok po wojnie, ludzie co nieco zapomnieli o nędzy.

Skontaktowałam się z mężem, który  nas zabrał do Tarnowa.

Po sześciu latach gehenny, 26 kwietnia 1946 powróciłam z Adasiem na ziemię Polską, a Danusia ujrzała swą nową ojczyznę.

Maria Krowiak
Łańcut, 1968


Odcinek poprzedni - cz. XV
Odcinek następny - postscriptum

 Zobacz też:
Eugenia Seńczuk – Pamiętnik Sybiraczki