Żarłoka po Francji podróż cz. 2

 

   W restauracji pachnie... fasolką po bretońsku. W dziecięctwie nigdy nie poważałam tego dania, kojarzyło mi się ze stołówkowym przedkładaniem ilości nad jakością. Jednak po kilku latach emigracji i zwykłego braku tej potrawy – zapach zaczął kojarzyć mi się z młodością, studiami i generalnie – mniam. Jak nazywa się fasolka po bretońsku we Francji? Cassoulet.


Etap 2. Pays de la Loire – Aquitaine

   Kurs na La Rochelle oznacza kolejne godziny spędzone w samochodzie. Z La Rochelle jedziemy wzdłuż Atlantyku do Royan. Niespodzianką jest fakt, że przez ujście Garonny przeprawimy się drogą wodną. Do chwili odbicia promu mamy trochę czasu, jednak siąpiący deszczyk i burczące żołądki nakłaniają nas do zakończenia zwiedzania Royan w restauracji naprzeciwko portu. Jestem po raz pierwszy od rozpoczęcia wycieczki rozsądna i wybieram najtańsze danie z karty – nie mam ochoty składać obiadu w ofierze Neptunowi... Ocean jest niespokojny, stalowosiny, ostra bryza gna kłujące krople deszczu w twarz. W kajucie – jesteśmy jedynymi pasażerami – huśta. Mocno. Nie mogąc znaleźć toalety, wyłażę na pokład. Okazuje się, że to nienajgorsze wyjście, do brzegu dobijam co prawda dość mokra, ale udaje mi się nie oddać sałaty Neptunowi.

   Z Pointe de Grave do Listrac jest niedaleko, następne cztery noce spędzimy w winnicy Cap Leon Verin. Bez dwóch zdań – Jean Jacques strasznie nas rozpieścił. Nasze nowe lokum w porównaniu z komnatami La Cour Pavee wydaje się być ciasną klitką, śniadanie, acz smaczne, jest typowe dla tanich hoteli. Przy czym winnica jest droższa od pałacyku. Trudno się zresztą temu dziwić, dolny bieg Loary nie jest wielką atrakcją turystyczną, większość słynnych chateaus znajduje się powyżej Tours. W Listrac Medoc może nie ma wielkich zabytków, jest jednak inna atrakcja – czerwone wino. Bliskość Bordeaux, chateau Margaux, posiadlości Rotschilda, szczególnie zaś St. Emilion.

zh_zarlok1.jpg 
Widok na Chateau w St. Emilion

   Poza tym, że jest znane jako stolica jednych z najlepszych i najdroższych francuskich win, St. Emilion jest uroczym, stareńkim, jakby wykutym w wapiennej skale miasteczkiem, o wąskich, stromych i nierówno wybrukowanych uliczkach. Zaprasza do spaceru, do sprawdzenia co kryje się za następnym węgłem. Olga i Frank dają się uwieść. Ja z Hansem, wycieczkowe żarłoki, musimy najpierw coś przekąsić, o pustym żołądku nie wędruje się przyjemnie. Hans jest nie po raz pierwszy w St. Emilion, wybiera więc lokal.
   W restauracji pachnie... fasolką po bretońsku. W dziecięctwie nigdy nie poważałam tego dania, kojarzyło mi się ze stołówkowym przedkładaniem ilości nad jakością. Jednak po kilku latach emigracji i zwykłego braku tej potrawy – zapach zaczął kojarzyć mi się z młodością, studiami i generalnie – mniam. Jak nazywa się fasolka po bretońsku we Francji? Cassoulet. Kelner przyjmujący zamówienie zwraca się do mnie z pytaniem. Mój francuski ogranicza się do standardowego oui, non, je t’aime i voules vous couche avec moi, żaden z tych zwrotów nie wydaje mi się być na miejscu, proszę więc Hansa o pomoc. Pytanie brzmi – czy chcę do mojej fasolki Pernod? Napitek ów miałam nieprzyjemność próbować w Saumur, doświadczenie to skończylo się konstatacją, iż greckie ouzo pije sie dużo przyjemniej, jeśli już naprawdę musimy pić lekarstwa. Nie chce więc Pernoda. Chcę wody.

   Bardzo zdziwiona mina kelnera powinna była mnie ostrzec. Cassoulet jest faktycznie uderzająco podobne do fasolki po bretońsku. Tylko dużo dużo tłustsze i bardziej ciężkostrawne.

   Słoninka zaczyna swoją dywersyjną robotę krótko po opuszczeniu restauracji. I tak oto, dzięki łakomstwu i niewypiciu anyżówki, z St. Emilion pamiętam tylko potworny ból żołądka. Na dobre dorwał mnie po dotarciu na wzniesienie chateau, gdzie byliśmy umówieni z Olgą i Frankiem. I oznaczał pożegnanie z St. Emilion, bo trzeba było mnie ratować, jako że następnego dnia mieliśmy w planach Bordeaux. I to nie łażenie po sklepach, tylko wizytę u znajomego Hansa, właściciela dużej hurtowni win, La Cheval Quancard.
   Wizyta okazuje się być równie mało atrakcyjna jak okolica, w której położona jest hurtownia (zone industrielle). Hans co prawda jest w swoim żywiole, ale cała reszta już mniej. Co prawda mamy okazję popróbować dobrych win, jednak przez to, że żadne z nas nie zna języka, nie mamy szans pojąć opowiadanych przez gospodarza anegdot. Na szczęście mamy zupełnie normalny dzień roboczy i po jakichś dwóch godzinkach nasz gospodarz musi umykać do swoich codziennych obowiązków pracodawcy. A my możemy oddać się naszemu najnowszemu hobby czyli wertowaniu przewodnika Michelin w poszukiwaniu restauracji na trasie Bordeaux-Listrac. Znajdujemy. Knajpa pod Dzikim Kogutem, Coq Sauvage, w którejś z przydrożnych wiosek. Nad Dordonną. Słońce, które do tej pory nas zbytnio nie rozpieszczało, przygrzewa nagle, restauracja leży faktycznie prawie nad samą wodą, w zacisznym sadzie, daleko od cywilizacji. Obiad jest przepyszny, tym razem był to kurczak a la maisonne. Czy był dzikim kurczakiem zanim zlądował na talerzu, tego nie wiadomo. Smakował jednak wybornie.

   Do winnicy wracamy w miarę wcześnie, stąd mamy możliwość obejrzenia piwniczki Cap Leon Veyrin. Monsieur Meyre na szczęście włada również językiem niemieckim, stąd zwiedzanie sprawia przyjemność nie tylko podniebieniu, ale i uszom.

zh_zarlok2.jpg
Diuna z Pyla

   Następnego dnia robimy dłuższą wycieczkę, aż do Bassin du Arcachon. Tym razem na pierwszym planie nie stoi jedzenie (chyba że ktoś za takowe uważa ostrygi), a krajobraz. Chcemy wejść na diunę w Pyla. Widok jest niesamowity, nagle w lesie wyrasta ogromna kupa piachu. Słońce nadal nas rozpieszcza, wspinaczka po sypkim podłożu jednak byłaby męcząca, gdyby nie betonowe schody. Ze szczytu diuny rozciąga się wspaniały widok. Niestety wkrótce zaczyna też siąpić lekki deszczyk. Robimy w tył zwrot. Oczywiście natychmiast po dotarciu do samochodu – przestaje padać.
   Wracamy do Arcachon, oczywiście coś przekąsić. Pora dosyć wczesna, w zasadzie głodny jest tylko Hans. Głodny? Jakoś wątpię czy naprawdę można najeść się ostrygami... W każdym razie rzut oka na pełen muszli talerz sprawia, że reszta towarzystwa traci apetyt. Do właściwego obiadu jest jeszcze trochę czasu, wybieramy się więc na wybrzeże w okolicach Cap Ferret. Szwendamy się bez celu między drewnianymi domkami hodowców ostryg, obserwując jak odpływ coraz dotkliwiej obnaża leżące na dachówkach ławice ostryg i porzuca samotne wodorosty... Ostre morskie powietrze budzi jednak uśpiony głód. Dziś jemy chyba najskromniej. Nieduża drewniana buda, kilka prostych tanich stołów na tarasie. Widok piękny, bo buda stoi na samym końcu przylądka Ferret. I to jest jej największym atutem. Codziennie świeża ryba. Nie ma karty, po prostu przyrządzane jest to, co udało się złowić. I to jak przyrządzane! Właśnie w tej budzie jadłam, jak do tej pory, najlepiej przyrządzoną solę. Godną wszystkich gwiazd Michelina. Na dodatek kosztowała niedużo. Widać jednak było, choćby po samochodach odwiedzających knajpkę gości, że cieszy się dobrą opinią wśród "lepszych" sfer.

zh_zarlok3.jpg
Domki hodowców ostryg

   Żegnamy Cap Ferret z nieukrywanym żalem, wiedząc też, że żegnamy zarazem Akwitanię. Następny ranek oznacza trasę na wschód.

Etap 3. Aquitaine – Champagne-Ardenne

   Zanim jednak opuścimy francuską ziemię, robimy mały, dwudniowy popas w Reims. Wróciliśmy do ujarzmionej infrastrukturą części świata, stąd nocleg w mało romantycznym hotelu, z typowym kontynentalnym śniadaniem, takim jakie można dostać gdziekolwiek indziej. Po prawie ośmiuset kilometrach spędzonych w samochodzie chcemy wreszcie trochę połazić. Obejrzeć witraże Chagalla, ukulturalnić się w przydrożnym muzeum. Oczywiście musowo połazić po Allee du Champagne w pobliskim Epernay. Pooglądać siedziby wszystkich producentów prawdziwego szampana. Pospacerować po lesie Faux du Verzy. Jedzenie schodzi na dalszy plan. Trochę dlatego, że nasze portfele mocno sflaczały w ostatnim czasie. Trochę zaś z próżności.

zh_zarlok6.jpg


   W domu okaże się jednak, że nie ma większych powodów do zmartwień. Żadne z nas nie przytyło więcej niż dwa kilogramy. Podczas prawie dwóch tygodni spędzonych na jedzeniu i wożeniu tyłka samochodem. W sumie najwyższy czas na kolejną taką wycieczkę...

Cassoulet
Składniki:
½ kg fasoli Jaś
2 duże cebule
liść laurowy
3 goździki
sól i pieprz
250 g boczku
250 g wieprzowiny
2 łyżki smalcu do smażenia
porcja jarzyn do zupy (pietruszka, por, marchewka)
200 g kiełbasy
szklanka czerwonego wytrawnego wina
2 łyżki przecieru pomidorowego
1 pęczek natki pieruszki
pieprz cayenne
2 ząbki czosnku
2 łyżki tartej bułki
kawałeczki smalcu

Robi się je tak:
Fasolę moczymy w półtora litra wody przez noc. Następnego dnia dodajemy pokrojone drobno dwie cebule, sól, pieprz, liść laurowy i trzy goździki, i gotujemy przez godzinę. W tym czasie, na dwóch łyżkach stołowych smalcu, obsmażamy pokrojony boczek i wieprzowinę (można też użyć baraniny i gęsiny, bądź słoniny, boczku, wieprzowiny i wołowiny – w sumie ma być pół kilo). Do mięsa dodajemy pokrojone warzywa (typowy zestaw jarzyn do zupy) oraz pokrojoną kiełbasę. Zalewamy to wszystko czerwonym winem i dusimy 40 minut, po czym dodajemy dwie łyżki przecieru pomidorowego, posiekaną natkę pietruszki, trochę pieprzu cayenne i dwa roztarte z solą ząbki czosnku. Dusimy to jeszcze chwilkę i mieszamy z ugotowaną fasolą. Całość wykładamy do wysmarowanego tłuszczem żaroodpornego naczynia, posypujemy po wierzchu dwiema łyżkami tartej bułki i kawałeczkami smalcu (o łącznej objętości dwóch łyżek). Zapiekamy przez około godzinę w temperaturze 200°C. 


Zdjęcia autory
{jos_sb_discuss:21}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl