Kanadyjskie Thanksgiving

ilustr. spinelli/pinezka.pl

    W czasie naszego październikowego Święta Dziękczynienia nie organizujemy parady, ani nie szalejemy na zakupach, jak Amerykanie. Dla wielu z nas odległości są zbyt ogromne na podróż do domu, gdyż wolne są tylko trzy dni. Jednak ciągle jest to rodzinne spotkanie przy posiłku, składającym się obecnie z indyka lub szynki, tłuczonych ziemniaków i żurawin.



    Składanie podziękowań za obfite plony lub bezpieczne dotarcie do celu ma długą tradycję. Było ono praktykowane przez wiele kultur i religii, z których część tak poważnie traktowała urodzaj w polu, że posuwała się do składania ofiar z ludzi. Szczęśliwie, we współczesnym świecie tradycja ta należy już do przeszłości, choć czasem aż nas korci, by złożyć w ofierze z któregoś wyjątkowo irytującego krewniaka.

   Na naszym kontynencie, jeszcze przed przybyciem Europejczyków, tubylcy odprawiali podczas żniw rozmaite obrzędy dziękczynne. Pierwszym, który zapisał się na kartach kanadyjskiej historii Święta Dziękczynienia, był brytyjski pirat Martin Frobisher.
    Chcąc wywiązać się z zobowiązań wobec Królowej, pożeglował on w 1576 roku w kierunku Nowego Świata na poszukiwanie legendarnego Przejścia Północno-Zachodniego (łączącego Atlantyk z Pacyfikiem). Po obfitującej w sztormy podróży przez Ocean Atlantycki, przybił w końcu do brzegów obecnej Ziemi Baffina. Frobisher wraz z załogą ukląkł na stałym lądzie, by modlitwą podziękować za ocalenie, po czym wszyscy chciwie rzucili się na soloną wołowinę, suchary i groszek.
    Jak wiadomo, to kobiety zawsze pytają o dalszą drogę. Tych jednak na statku Frobishera nie było, zatem żeglarze błąkając się po niewłaściwych zatokach, przegapili tę jedyną. Kto wie – być może, gdyby nie niedociągnięcia Frobishera, nie zyskałby on uznania jako Europejczyk, który obchodził pierwsze Dziękczynienie w Nowym Świecie?

ilustr. spinelli/pinezka.pl

   Następnym kamieniem milowym stały się działania innego, bardziej znanego odkrywcy, Samuela de Champlain – współzałożyciela pierwszej stałej osady w Nowej Francji. Champlain i jego koloniści w początkach XVII wieku przetrwali dwie straszliwe i zabójcze zimy, podczas których wielu osadników zmarło w wyniku szkorbutu i ataków Indian (najgorsze zaś było to, że zamarzł niemal cały zapas trunków). W końcu, po osiedleniu się w Port Royal i doczekaniu łagodniejszej zimy, sprawy zaczęły obracać się wokół kolonizacji.
    Aby uchronić ludzi przed nudą w czasie długiej i srogiej zimy Champlain założył "L’Ordre de Bon Temps" –  "Towarzystwo Dobrego Humoru". Organizowano przedstawienia, tańce, zaś trunki zdążyły już odtajać. Według reguł "Towarzystwa…" każdy osadnik brał na siebie odpowiedzialność za przygotowanie wymyślnych dań. Prześcigano się więc w łapaniu i dostarczaniu na stół najlepszych ryb, ptactwa i dziczyzny. Plan się powiódł, dobre humory dopisywały, a przednie jadło, o czym Champlain nie mógł wówczas wiedzieć, powstrzymało rozwój szkorbutu.
    "L’Ordre de Bon Temps" istniał tylko rok. Na szczęście, sprowadzenie hokeja sprawiło, że przetrwanie długich, ostrych zim bez kobiet nie stanowi już dla Kanadyjczyków żadnego problemu.

   Trzecim ważnym wydarzeniem, mającym wpływ na dzisiejszy sposób obchodzenia Święta Dziękczynienia, była migracja do Kanady osadników amerykańskich. Około 70 tysięcy lojalistów zbiegło do Kanady w poszukiwaniu schronienia, po uzyskaniu przez USA niepodległości w 1776 roku. Wraz z nimi przybyły odmienne tradycje świętowania jesiennych żniw.

   W roku 1879, zaledwie 12 lat po zawiązaniu konfederacji jako Dominium Kanady, kanadyjski parlament ogłosił 6 listopada narodowym Świętem Dziękczynienia. Przez lata data ta ulegała zmianom, aż 31 stycznia 1957 roku Parlament ostatecznie ogłosił drugi poniedziałek października każdego roku "Dniem Powszechnego Dziękczynienia Bogu Wszechmogącemu za hojne plony, którymi pobłogosławił Kanadę". Data ta stała się obowiązująca, jednak nie bez kontrowersji.
    Wcześniejsze, w porównaniu do południowych sąsiadów, świętowanie tłumaczy się krótszym okresem wegetacji w Kanadzie. Były premier prowincji Ontario, E.C. Drury, zarzucił mieszczuchom, że robią sobie długi weekend podczas sprzyjającej jeszcze aury. Terminu jednak już nie zmieniono.

   W czasie naszego październikowego Święta Dziękczynienia nie organizujemy parady, ani nie szalejemy na zakupach, jak Amerykanie. Dla wielu z nas odległości są zbyt ogromne na podróż do domu, gdyż wolne są tylko trzy dni. Jednak ciągle jest to rodzinne spotkanie przy posiłku, składającym się obecnie z indyka lub szynki, tłuczonych ziemniaków i żurawin. Dawniej był to drób i dziczyzna. Ważne miejsce na stole zajmuje też Pumpkin Pie (ciasto z dyni).
    Mimo, że na Święto Dziękczynienia wytypowano konkretny dzień, świąteczną kolację z indykiem można urządzić nieco wcześniej. Właściwie, przy dobrym rozplanowaniu spotkań z rodziną i przyjaciółmi indyka jeść można nawet trzy dni z rzędu (jeśli tylko rodzina i indyk dotrwają).

   Choć oficjalnie ciągle świętujemy udane żniwa, wiele rodzin farmerskie życie pozostawiło za sobą, zamieniając je na miejskie wygody. Plony taszczymy w reklamówkach, kupując jedzenie, zbieramy mile lotnicze, więc nawet przekraczanie Atlantyku stało się rutyną.
    Świeże produkty, o które nasi przodkowie z wysiłkiem walczyli, są łatwo dostępne przez okrągły rok i przyjmujemy je za oczywistość. Dla niektórych Święto Dziękczynienia to po prostu długi weekend, czas na odpoczynek, indyka i spotkania z rodziną. Inni ciągle pamiętają, by podziękować za obfitość jedzenia, bez względu na źródło jego pochodzenia.

   Możliwe, że każdy z nas ma bardziej osobiste zmartwienia na głowie. Rodzinę, pracę, zdrowie, utrzymanie się naszej drużyny hokejowej w lidze. Jakiekolwiek są to powody, przebyliśmy długą drogę od rozproszonych grupek osamotnionych i smaganych wiatrem kolonistów, uczepionych życia jedynie siłą woli, składających podziękowania za przeżycie w dzikim nowym świecie, do dostatku i bezpieczeństwa, za które dziękujemy dzisiaj.

 
Przepisy autora na indyka i sos żurawinowy

Nadzienie chlebowo - selerowe

2 szklanki pokrojonego w kostkę selera naciowego
3 szklanki bulionu
1/2 szklanki pokrojonej w kostkę cebuli
1/2 szklanki masła
1 kilogramowy bochenek chleba pokrojony w kostkę
3 jajka (rozbełtane)
1 łyżka stołowa soli
1 łyżeczka zmielonego pieprzu
1/4 łyżeczki szałwii
1/4 łyżeczki majeranku
1 szczypta suszonego tymianku

Roztopić w rondelku masło, zeszklić na nim cebulę tak, żeby była miękka, ale nie przybrązowiona.
Dodać seler i dobrze wymieszać.
Dodać dwie szklanki bulionu, zagotować.
Przykryć i gotować na wolnym ogniu 10 minut.

W dużej misce wymieszać chleb z jajkami. Dodać sól, pieprz i zioła, wymieszać. 
Dodać przygotowaną cebulę z selerem. Wszystko dobrze wymieszać. Jeśli zbyt suche, dolać resztę bulionu.

Ta ilość nadzienia wystarczy na indyka o wadze 4-6 kilogramów.

fot. spinelli

Indyk

1 cały indyk (waga około 5-6 kg)
6 łyżek masła
4 szklanki ciepłej wody
3 łyżki bulionu
2 łyżki suszonej pietruszki
2 łyżki suszonej posiekanej cebuli
2 łyżki soli przyprawowej

Podgrzać piekarnik do 175°C. Umyć indyka (podroby można upiec z indykiem).
Włożyć indyka do dużej brytfanny. Naciąć skórę na piersiach i zrobić "kieszonki".
Do "kieszonek" pomiędzy skórą, a mięsem na piersiach włożyć po trzy łyżki masła. Mięso będzie dzięki temu bardziej soczyste.

W misce wymieszać wodę z bulionem, dodać pietruszkę i cebulę. Polać tym indyka. Obsypać go solą przyprawową. Zrobić nad indykiem "namiot" z folii aluminiowej, włożyć do nagrzanego piekarnika i piec 3 1/2 do 4 godzin. Na ostatnie 45 minut pieczenia usunąć folię, żeby indyk się zarumienił.
Podczas pieczenia można co jakiś czas polewać indyka sosem z brytfanny.

Indyk jest gotowy, gdy wbity w mięso termometr wskazuje 80°C lub, gdy z nakłutej nogi wypływa przezroczysty (nie krwisty!) płyn.

Sos żurawinowyfot. spinelli

1 szklanka brązowego cukru (biały też może być)
1 szklanka miodu
2 szklanki soku pomarańczowego
1 1/2 funta, czyli około 700 g, świeżych lub mrożonych żurawin
po szczypcie - mniejszej lub większej: cynamonu, imbiru i gałki muszkatołowej
kilka sztuk goździków
starta skórka pomarańczowa
1/3 szklanki brandy

Zagotować sok pomarańczowy z cukrem, dodać żurawiny, poczekać, aż się ponownie zagotuje.
Gotować na małym ogniu 10 minut, mieszając co jakiś czas i dodawać kolejno: miód, przyprawy, a na samym końcu skórkę pomarańczową i brandy.
Następnie przykryć - nie studzić w lodówce, bo sos będzie miał gorzki smak. Niech stygnie powoli w temperaturze pokojowej.

   Autor robi wszystko na "oko", więc jeśli czegoś się doda mniej lub więcej, np. pół litra brandy i pół szklanki żurawin to też będzie dobre :) Sos może stężeć mniej lub bardziej, nie ma to większego znaczenia.
   Najpiękniej wygląda w szklanej lub kryształowej czarce.
   Smacznego!



Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl