Feuerzangenbowle i Glühwein, czyli trochę filmowo...



    Feuerzangenbowle. To tytuł filmu. To też nazwa napoju, który w Niemczech podczas zimowych wieczorów robi furorę, nie tylko dlatego, że smakuje, ale też z tego powodu, że przyrządzanie go to taki mały rytuał.
   Przede wszystkim potrzebne nam są specjalne narzędzia: duże, żaroodporne naczynie, specjalne "szczypce" w charakterze podstawki...


    Johannes Pfeiffer był młodym, ale już znanym i uznanym pisarzem. Czegóż można więcej chcieć, kiedy marzenia się spełniają i można wreszcie spocząć na laurach? Czego można żałować?
    Odpowiedź na to pytanie znajduje Pfeiffer pewnego zimowego wieczoru, podczas suto zakrapianego spotkania koleżeńskiego. Przy alkoholowych oparach i doborowym towarzystwie wpada na szatański pomysł powrotu do przeszłości, której pewnych elementów nigdy nie doświadczył, bowiem jako jedyny z ferajny nie chodził do szkoły: miał prywatnego nauczyciela. Nie przeżył więc gimnazjalnych uciech i psot, szkolnej miłości, wyśmiewania się z belfrów - słowem, nie zasmakował szczeniactwa prawdziwej młodości.
    Chcąc zamknąć usta naśmiewającym się z niego kolegom oraz udowodnić samemu sobie, że na wszystko jest jeszcze czas – daje wcisnąć się w szkolny mundurek, przywdziewa gimnazjalną czapkę i staje się uczniem szkoły pewnego prowincjonalnego miasteczka, przeżywając wszystko to, o czym wspominali kumple i jeszcze wiele innych historii…

    Trudno uwierzyć, że film z tak infantylną fabułą stał się swego czasu hitem kinowym w Niemczech. Ale może właśnie dzięki lekkiej, komicznej i beztroskiej atmosferze zdobył tylu zadowolonych widzów.
    Premiera filmu odbyła się 28 lutego 1944 roku, a więc w latach, kiedy wojnę można już było uznać za przegraną, miasta leżały w gruzach, a materialna i moralna katastrofa była zbyt oczywista, jak twierdzi czasopismo filmowe epd Film.
    Kto w takich czasach nie marzy, by cofnąć się w czasie i nadrobić stracone przeżycia lub inaczej pokierować losem? Właśnie dlatego film został przez władze uzany za propagandowy: miał umęczoną wojną duszę pobudzić znów do życia, przypomnieć stare wartości.

    Lata płynęły, film przetrwał próbę czasu do dnia dzisiejszego, a fanów i widzów znajduje nie tylko pośród starszego pokolenia – również, a może przede wszystkim, młodzi przerzucają się dialogami, które każdy zna na pamięć i nikt już nie myśli o propagandowej sile przekazu. Podejrzewam nawet, że mało kto zna historię powstania filmu.
    Film można obejrzeć co najmniej raz w roku, to taka niepisana tradycja: wypożyczyć kasetę video, lub, dla większej atrakcji, starą kopię filmu wraz z projektorem filmowym. W większych i mniejszych miastach, nie tylko studenckich, odbywają się na rynku projekcje na wielkim ekranie dla całego miasta – obowiązkowo zimową porą, w grudniu przed Świętami lub pod koniec stycznia nowego roku. Można oglądać go do znudzenia, w kółko i na okrągło – z pewnością za każdym razem zobaczy się coś nowego, co wcześniej umknęło uwadze, bo rzeczywistość przesłaniały słynne opary alkoholowe cudownego napoju, jakim raczą się nie tylko bohaterowie filmu, ale również i jego widzowie: Feuerzangenbowle

    No dobra, przyznam szczerze, że ten napój podczas masowej projekcji w mieście odpada, ze względu na obrządek związany z jego przyrządzaniem – zostaje zastąpiony często przez inny, zwanym grzańcem - Glühwein, który polskim trunkowym na pewno dobrze znany jest...  ale o tym później.

    A więc, Feuerzangenbowle. To tytuł filmu. To też nazwa napoju, który w Niemczech podczas zimowych wieczorów robi furorę, nie tylko dlatego, że smakuje, ale też z tego powodu, że przyrządzanie go to taki mały rytuał.

Feuerzange, fot. sabba

Przede wszystkim potrzebne nam są specjalne narzędzia:
duże, żaroodporne naczynie
specjalne "szczypce" w charakterze podstawki (Feuerzange)
podgrzewacz ze świeczką (Stövchen)
chochla

oraz składniki, by wszystko udało się jak trzeba:
1 stożek cukrowy (jeśli wiemy, jak wygląda kostka cukru, będzie nam łatwo wyobrazić sobie bryłkę cukru w kształcie stożka, ok. 10 cm długości)
2 butelki czerwonego wina
2-3 pomarańcze (niewoskowane, niekonserwowane)
sok z jednej cytryny
3-4 goździki
2 laski cynamonu
1 butelka rumu (najlepiej 54%)

Stövchen, ilustr. sabba


    W żaroodpornym naczyniu przygrzewamy wino z pokrojonymi w plasterki pomarańczami (ze skórką), sokiem z cytryny, goździkami i cynamonem. Podgrzewamy, a nie gotujemy!
Gdy wszystko już zaczyna parować, zdejmujemy z ognia i ustawiamy na podgrzewaczu, na brzegach garnka kładziemy "szczypce", na nich stożek cukrowy i za pomocą chochelki, ostrożnie nasączamy go rumem. 

   Gdy nasączenie sięgnie zenitu, gasimy światło, przytulamy się do siebie i... podpalamy cukier, który pod wpływem rumu wybucha niebieskim płomieniem... dlatego proszę nie pochylać się nad garnkiem! - oczywiście, zalecana jest odrobina ostrożności... 
Kiedy widzimy, że cukier zaczyna gasnąć, polewamy go dalej rumem z chochelki, aż do momentu, gdy nie mamy już więcej rumu, lub kiedy cukier pod wpływem ciepła płomienia całkiem się stopi. Światło nadal może być zgaszone, żeby nie rozproszyć nastroju... teraz nalewamy sobie i gościom po kielonku gorącej, wysokoprocentowej cieczy, zapadamy głęboko w fotel i oglądamy film w reżyserii Helmuta Weißa z roku 1944 pt. "Feuerzangenbowle".


Obiecany grzaniec po niemiecku...

    Z napojem tym wiąże się inna długa tradycja, ponieważ jest on nieodłącznym towarzyszem wszelkich spotkań zimowych na wolnym powietrzu, a w okresie przedświątecznym stałym punktem programu bazarów świątecznych, które również tradycyjnie odbywają się w każdym niemieckim mieście.
    Te największe i najbardziej znane, to bazary w Norymberdze, Frankfurcie nad Menem czy w Hamburgu, ale nawet najmniejsze miasteczka mają też swoje tradycje. Taki bożonarodzeniowy niemiecki kiermasz, to nie tylko stragany z potencjalnymi prezentami, czy też ozdobami choinkowymi, ale różne swiąteczne dekoracje: czy to wielki adwentowy kalendarz na ratuszu ze swoimi 24 okienkami (każdego dnia otwierane jest jedno, aż do 24 grudnia), czy też wystawa szopek, albo pokazy rękodzieła artystycznego z dawnych epok "na żywo".
    A nieodłącznym towarzyszem jest grzane wino, czyli tzw. Glühwein, podawane tradycyjnie w kubku z motywami miasta, w którym się akuratnie znajdujemy i grzane winko pijemy. Kubki można nabyć i zachować jako pamiątkę (dobry pomysł dla zbieraczy, kubki ze świątecznych bazarów w Niemczech!).
 
    Żeby spróbować tego dobrodziejstwa, które i pod naszymi polskimi strzechami nieznane nie jest, można pójść na łatwiznę i kupić już gotowy napój w butelce – wystarczy go tylko podgrzać i gotowe. Jest nawet coś takiego jak grzane "wino" dla dzieci, oczywiście bez alkoholu!
    Ale najpyszniej smakuje zrobiony samemu. A potrzebujemy do tego niewiele więcej (a nawet mniej), niż do napoju opisywanego powyżej, czyli:

butelkę czerwonego wina
2-3 goździki (działają antybakteryjnie i pobudzają trawienie)
laskę cynamonu (polepsza produkcję soków trawiennych)
kardamon (poprawia apetyt i łagodzi wzdęcia)

Wszystko razem wrzucamy do garnka i przygrzewamy. Możliwe są inne dodatki, jak np. anyż gwiazdkowaty (badian), skórka z cytryny itp.

    Proszę bardzo, doskonały sposób, by się w mroźny, zimowy wieczór, szybko i ZDROWO upić!



Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl