Color blind

Color blind

   Kiedy pierwszy raz przyleciałam do USA, miałam już spore międzynarodowe doświadczenie. Korespondowałam z przemiłą Koreanką poznaną we Francji, o mało co nie wyjechałam do Afryki, na co namawiał mnie bardzo poznany w Słowenii Ghanijczyk, w Holandii prowadziłam warsztaty dla kobiet ze wszystkich kontynentów. Kolor skóry, narodowość czy wyznanie nigdy nie stanowiły dla mnie problemu, wręcz przeciwnie – fascynowały, inspirowały i sprawiały, że podróże stały się moją pasją.

   Na międzynarodowym lotnisku Dulles w Waszyngtonie pierwszą osobą, którą zobaczyłam, był amerykański policjant – bardzo czarny Murzyn z długimi dredami; mój paszport sprawdzał Hindus w turbanie,  następny urzędnik obok był Azjatą, inny Latynosem, a Afro-Amerykanki z kontroli celnej rozmawiały w mało dla mnie zrozumiałym angielskim. Trochę ukradkiem patrzyłam na ich misternie uplecione warkoczyki i długie, kolorowe paznokcie, wiedząc, że w tym politycznie poprawnym kraju nie wypada się "gapić". A kiedy biały kierowca naszego wana powitał mnie słowami "Welcome to Nation’s Capital" (witamy w stolicy narodu), od razu przyszło mi do głowy niezbyt poprawne tłumaczenie – "stolicy wielu narodowości".

   Kiedy na stałe przeprowadziłam się do Stanów, wynajeliśmy mieszkanie w niezbyt nowej i niezbyt zamożnej dzielnicy, zamieszkałej w 90 proc. przez Afro-Amerykanów i Latynosów. Mój dobry angielski nagle przestał być taki dobry, bo nie rozumiałam ani mojej sąsiadki z Trynidadu, ani hinduskiej kasjerki w supermarkecie, ani wietnamskiej lekarki mojego dziecka. Na placu zabaw okazało się, że zamiast uczyć się w szkole rosyjskiego i niemieckiego, powinnam była postawić na hiszpański, bo w takim języku rozmawiały ze sobą, słabiutko znające angielski, mamy z Kolumbii, Salwadoru czy Ekwadoru.

   W mojej dzielnicy nie mogę sobie obciąć włosów w licznych zakładach fryzjerskich dla Afro-Amerykanek, bo specjalizują się one raczej w pleceniu warkoczyków i prostowaniu włosów oraz farbowaniu ich na takie kolory jak marchewkowa czerwień czy słomiany blond. Nie mają mi tam prawa odmówić usługi, ale… nie jest zbyt rozsądnie być jedyną białą klientką o cienkich, europejskich włosach i służyć za poligon doświadczalny w stylu: co się stanie, jeśli… W osiedlowym sklepie o nazwie "Międzynarodowy Bazar" nie kupię przywoitej kiełbasy, śledzia czy dżemu z czarnej porzeczki. Za to dostanę suszone ryby z Etiopii, mięso koszerne i halal, przyprawy z całego świata oraz warzywa i owoce, których nazw szukam potem w internecie, a o których mnie nie uczono na studiach rolniczych w Polsce. Po spodnie czy bluzkę do grzecznego, biurowego kostiumu też lepiej pojechać do centrum handlowego, bo jakoś nie wyobrażam sobie siebie we wściekle pomarańczowej czy amarantowej bluzeczce, ani też nie mam szerokich bioder w połączeniu z talią osy.

   W moim miejscu pracy nie wolno dyskryminować nikogo ze względu na kolor skóry, wyznanie, płeć, pochodzenie etniczne czy orientację seksualną. Po pięciu latach pobytu przestałam się już ukradkiem przyglądać misternym piramidom warkoczyków czy treskom z blond włosów na głowach Afro-Amerykanek, nie dziwi czador na głowie koleżanki z pracy ani fakt, że pracownica z działu finasów ubrana jest w sari i ma lekkie sandalki na bosych (nawet w zimie), wytatuowanych henną stopach. Pod koniec grudnia w lobby mojego biurowca, obok pięknie przystrojonej choinki, stoi menora, symbolizująca żydowkie święto Chanuka, czy róg obfitości i afrykańska makatka z symbolami święta Kwanza.

   Moja córka chodzi do loklanego przedszkola, gdzie jest jedynym białym dzieckiem, na dodatek o blond włosach i niebieskich oczach. Dla niej Shanaya, Blessing, Dante czy Miss Fadwa to koleżanka czy kolega lub "pani", których lubi lub nie i fakt, że wszyscy są czarnoskórzy, nie ma dla niej większego znaczenia. Na wywiadówce dyrektorka zwraca się do zebranych słowami: "my jako społeczność czarnych rodziców…" i uśmiecha się do mnie szeroko. W pobliskim szpitalu na porodówce pielęgniarki żartowały ze mnie, że nie muszę się obawiać, że mi przez przypadek podmienią dziecko, bo jakoś innej białej od pół roku nie było na oddziale.

   Mój amerykański mąż już dawno mi uświadomił, dlaczego nigdy nie kupimy pięknego, XIX-wiecznego szeregowego row house o dwie przecznice od Kapitolu: bo jest to teren "kolorowego getta" zamieszkałego przez "czarne" czy latynoskie gangi oraz siedlisko przestępczości i narkomanii...  Nie kupimy też niestety pięknej willi w okolicach Uniwersytetu Amerykańskiego czy w Georgetown, bo chociaż dziwnym trafem mieszkają tam głównie biali, to nie mamy ani wystarczająco dużo pieniędzy, ani potrzebnych koneksji. Nie powinnam się też z moim europejskim akcentem zapuszczać na tereny wokół pierwszego afro-amerykańskiego Universytetu Howarda – tak na wszelki wypadek. Za to 100 km od stolicy, w południowym Marylandzie, podczas obiadu w przydrożnej restauracji oferującej owoce morza mąż zwrocił moją uwagę na fakt, że wszyscy: obiadujący goście, obsługa, kucharze, mają ten sam co my kolor skóry.

   Amerykański sąd najwyższy uznał segregację rasową za niezgodną z Konstytucją, ale w rzeczywistości przepiękny sen Martina Luthera Kinga o równości wszystkich ludzi nie wydaje się być spełniony. Rozglądając się wokół zastanawiam się, czy color blind trzeba się po prostu urodzić tak jak moja niebieskooka córeczka.

{jos_sb_discuss:20}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl