Dyskretny urok szamponu

zh_szampon.jpg


   Sekcja preparatów dogrzywnych zajmowała całą długość alejki, czyli cztery razy więcej, niż wszystkie inne kosmetyki razem wzięte. Nawet notoryczne zamiłowanie Japonek do pielęgnacji swoich fryzur z trudem uzasadniało taką kolekcję. A jednak.


   Pewnej późnolipcowej nocy, męczony Bezsennością, przemierzałem ulice Hikawadai na swym stalowym rumaku firmy Bridgestone (mam na myśli rower), gdy nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie. Jakby coś mi mówiło: – No, a teraz, Gajdzinku, już czas na małe Conieco...   
   Gdzie można się posilić w Tokio, o godzinie drugiej nad ranem?
   Albo w jednej z 24-godzinnych hamburgerowni, albo w sklepie nocnym, których jest tam więcej, niż skrzynek pocztowych. Wybrałem najbliższy (Family Mart) i po spożyciu krzepiącego onigiri (zawinięta w wodorost trójkątna kanapka z ryżu nadziewanego w tym przypadku tuńczykiem), postanowiłem jak zwykle spokojnie strawić go przy półce z czasopismami. Niestety trafiłem akurat na antypatycznego sprzedawcę, ufarbowanego na rudo i z ogromnymi, sterczącymi zębami, który zamiast zgodnie z tradycją sięgającą epoki Heian pozwolić klientom poczytać czasopisma przy półce, oznajmił skrzekliwie, że to nie biblioteka i albo Wielce Szanowny Klient kupuje, albo niech Uprzejmie Spada i Zapraszamy Ponownie.

   Na takie dictum dwie dziewczyny po prawej w popłochu odstawiły na półkę swoje damskie żurnale, pryszczaty młodzieniec po lewej gniewnie wcisnął grubą jak książka telefoniczna mangę w stojak, po czym cała trójka się zmyła.
A ja? Ja postanowiłem pokazać sprzedawcy, że z gajdzinem ni ma łatwo. Wyrzucić mnie chce na nieklimatyzowany bruk, taaak? W tę lipcową łaźnię turecką? Już ja ci pokażę, małpo ruda, mruknąłem, i zabrałem się za naukowe badanie całej zawartości sklepu.
   A że stałem akurat w alejce pt. Kosmetyki Damskie, rączo ruszyłem do czytania każdej etykiety każdego szamponu.
   Zadanie to okazało się bardziej absorbujące niż myślałem. Kulturoznawcy, etnolodzy i japoniści, miast studiować statystyki i Teksty Źródłowe, powinni zacząć od starannej analizy zawartości pierwszego z brzegu Family Marta.
   Proszę: mamy tutaj... zaraz... coooo??? Policzmy raz jeszcze. No tak. Dokładnie STO DWANAŚCIE rodzajów kosmetyków do włosów. Sto dwanaście! Mówimy przecież o sklepie nocnym, tutejszym odpowiedniku rodzimej stacji benzynowej, miejscu zaspokajania palących potrzeb zaopatrzeniowych o drugiej nad ranem, a nie drogerii czy aptece!
 
   A jednak. Rzędy szamponów, odżywek, dalej kremy, preparaty koloryzujące, żele, pomady, woski, pianki, lakiery, płyny regenerujące, a nawet Zestaw do Badania Stopnia Rozszczepienia Końców. Paranoja. Jakby nie dało się badać tego rozszczepienia za pomocą palców ściskających koniec kosmyka włosów w miniaturowy wachlarzyk oraz straszliwego zeza zbieżnego, co stanowi zresztą ulubioną rozrywkę Japonek w czasie dojazdów do pracy.

zh_jap_szampon.jpg

   Tak, sekcja preparatów dogrzywnych zajmowała całą długość alejki, czyli cztery razy więcej, niż wszystkie inne kosmetyki razem wzięte. Nawet notoryczne zamiłowanie Japonek do pielęgnacji swoich fryzur z trudem uzasadniało taką kolekcję. A jednak.
   Przerwałem moje badania, żeby wytłumaczyć rudej szczeżui zza lady, że nie, nie potrzebuję pomocy i nie mam zamiaru ukraść specyfiku do trwałej ondulacji, tylko go sobie macam, jak każe odwieczne prawo klienta, po czym dla porządku zbadałem ubożuchną sekcję ogólno-kosmetyczno-higieniczną.
   Co my tu mamy... dezodoranty. Nie, zaraz. Dezodorant. Dobrze mi znany, jako totalne niedziałający, przynajmniej w przypadku fizjologii tego gajdzina. JEDEN! Jeden, jedyny, jedyniutki dezodorant, w dramatycznym kontraście ze stu dwunastoma specyfikami do pielęgnacji czupryn? No tak, to jest Japonia i niczemu nie należy się dziwić. Pomaga również nie mieć węchu. Fakt, że Azjaci pocą się trochę inaczej i nie śmierdzą tak, jak blade twarze, ale jednak...
   O, mydło. Nawet dwa rodzaje. A to? Szczoteczka do paznokci? Ależ skąd. Każdy wie, że szczoteczka to sprzęt nieznany na tych wyspach. Po prostu jakaś szczotka do włosów nie zmieściła się w imponującej kolekcji z sąsiedniej alejki. 
   A to do czego? Produkt o dźwięcznej nazwie "Sanina", po długim badaniu etykiety (sprzedawca zaczął dostawać apopleksji) okazał się, uwaga, sprayem łagodząco-oliwiąco-dezynfekującym do... pupy. To znaczy, technicznie, do papieru toaletowego. ??? Tak. Instrukcja wyraźnie kazała popsikać na papier przed, eee, użyciem. Urocze logo postaci ludzkiej w pozycji niedwuznacznej nie pozostawiało wątpliwości. Postanowiłem zainwestować Y100 w ten dziwoląg i przetestować w celach kulturoznawczych.
   Sprzedawca – choleryk zapakował zakupione jeszcze na odchodnym piwo do jednej plastikowej torebki, a psikacz do papieru toaletowego do drugiej. Na szczęście.

   Wyciągając rower ze stojaka przed sklepem nocnym pomyślałem: Japonio! (druga) ojczyzno moja. Ty jesteś jak Family Mart. Mam dziwne przeczucie, że kiedyś będę za tobą tęsknił. Za sto dwunastoma specyfikami do pielęgnacji włosów. Włosów, w wersji damskiej przynajmniej, tak naturalnie grubych, bogatych i pięknych, że nie wiadomo po co im w ogóle jakieś specyfiki. Za onigiri, piwem i Preparatami Do Wszystkiego. Nawet za rudym gorylem ze sterczącymi zębami. Kto wie? Może nawet za brakiem działających dezodorantów i szczoteczek do paznokci?

 
Ilustracja: AnetaHg/pinezka.pl

{jos_sb_discuss:20}

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl