Ojczyzna w mowie

Okrak emigracyjny

Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa;
-
J. Słowacki, Beniowski -

   Oczywiście można mowić prosto, stół nazywać po imieniu, nie rozpływać się nad zachodami słońca, używać tylko trzech czasów i nie stopniować przymiotników. Łatwo bowiem osiągnąć sprawność, gdy posługujemy się czymś na co dzień, obojętnie czy to widelec, czy Język Obcy. Gorzej jednak gdy chcemy użyć widelca do innych celów niż spożywcze, lub Języka Obcego do czegoś bardziej skomplikowanego niż zakomunikowanie, że ładną oto mamy pogodę.

   W którym miejscu zaczyna się panowanie nad językiem? Wielu jest przekonanych, że skoro dogadam się w sklepie, stać mnie na niezobowiązujący small talk i bez problemu przeczytam dowolny artykuł w tygodniku o poziomie naszej Polityki, to wszystko jest w porządku. Byłoby, niewątpliwie, gdyby Język Obcy nie był jednocześnie moim językiem codziennym.

   Oczywiście można mowić prosto, stół nazywać po imieniu, nie rozpływać się nad zachodami słońca, używać tylko trzech czasów i nie stopniować przymiotników. Łatwo bowiem osiągnąć sprawność, gdy posługujemy się czymś na codzień, obojętnie czy to widelec, czy Język Obcy. Gorzej jednak, gdy chcemy użyć widelca do innych celów niż spożywcze, lub Języka Obcego do czegoś bardziej skomplikowanego niż zakomunikowanie, że ładną oto mamy pogodę. Mój styl  cechował się zawsze skłonnością do zdań wielokrotnie złożonych i barokowych makaronizmów, mimo to moje komunikaty były zrozumiałymi dla otoczenia. Podjęte przeze mnie próby stosowania podobnego stylu wypowiedzi w Języku Obcym sprowadzały się niezmiennie do mianownika:  "A co chciałaś powiedzieć?" Dałam więc sobie spokój z ekwilibrystyką słowną i szczęśliwam niezmiernie, gdy uda mi się poprawnie zastosować drugi tryb warunkowy lub czas zaprzeszły.

   Wymiarem ojczyzny w języku jest więc dla mnie pewna swoboda i elastyczność w posługiwaniu się nim, pozwalanie sobie na zaplanowane bycie na bakier z gramatyką czy tworzenie zgoła leśmianowskich neologizmów, umiejętne okraszanie całości wypowiedzi cytatami z klasyków lub stosowanie słownych ping-pongów i drugich den. Od obcokrajowca wymaga się jednak precyzji i perfekcji. Gdy powiedziałam kiedyś – zupełnie zamierzenie – "ludź" zamiast "człowiek", usłyszałam: "Ależ tak się nie mówi" od osoby, która sama bardzo często uprawiała taką zabawę. Zresztą brak też zapasów w mojej własnej językowej spiżarce, zerowa znajomość niemieckiej klasyki literatury i generalnie mała znajomość ichniej kultury i historii (pomijając czas od lat trzydziestych minionego stulecia po dziś dzień).

   Pamiętam, że czytając Cierpienia młodego Wertera w oryginale, cierpiałam co najmniej na równi z głównym bohaterem, nie z powodu nieszczęśliwego uczucia do Charlotty czy też kogokolwiek innego, a z przyczyny całkowitej niemożności docenienia piękna języka. Przedzierałam sie przez krzaki staroniemieckiego ze świadomością, że oto mam możliwość przeczytania czegoś równie bogatego jak Mickiewiczowskie opisy przyrody w Panu Tadeuszu i nie jestem w stanie z tego skorzystać. I to mimo kilku ładnych lat posługiwania się niemieckim codziennie, czytania literatury trywialnej i fachowej, oglądania wysublimowanych kabaretów w tv. Do tego dochodzi jeszcze wspomnienie sztuki Szekspira w niemieckiej telewizji ..., tego samego Szekspira, którego z lekcji języka ojczystego zapamiętałam jako wyjątkowo łatwego w odbiorze i prawie współczesnego w mowie (winnym jest zapewne tłumaczenie Barańczaka). Po niemiecku okazał się absolutną porażką... mniej więcej jak próby grania Chopina w rękawicach bokserskich.

   Któregoś wiosennego dnia szłam sobie ulicą mojego miasteczka leżącego na krawędzi Zagłebia Ruhry, gdy nagle uszu mych dobiegło soczyste i niespodziewane "O żesz kurwa, wszystko spierdoliłeś". Zupełnie mimowolnie roześmiałam się serdecznie... by chwilę poźniej się zawstydzić. Język budowlańców też nie jest moją ojczyzną w mowie. I język, którym posługuje się wielu moich niewyemigrowanych przyjaciół, też nią już nie jest.
   Moja mowa ojczysta – i zapewne wielu innych osob żyjących w okraku emigracyjnym – rozwija się zupelnie własnym torem i chwilami mam wrażenie, że zrozumiała jest tylko dla mnie. Rozwój mojej prywatnej polszczyzny zatrzymał się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Nie tylko bowiem literatura piękna, lecz przede wszystkim kultura masowa ma wpływ na kształtowanie naszej mowy – stąd wiele nowych powiedzonek, żartow językowych, asocjacji pozostaje dla mnie hermetycznie zamkniętymi, jako że ich źródła są mi nieznane lub też znam tylko ich odpowiedniki po niemiecku. Poznałam kiedyś człowieka, który opuścił nasz kraj i język polski przed upadkiem Muru. Po jego sposobie wyrażania się można było dość dokładnie poznać okres, w którym wyjechał. W swoim pojęciu używał młodzieżowego bardzo sposobu wyrażania się. Dla mnie zaś – wtedy młodej dziewczyny – jego mowa była reliktem minionej epoki.
   Stąd czasem, gdy składam zdanie do kupy, nachodzi mnie nagle refleksja, czy aby na pewno dziś ktoś jeszcze tak mówi...

 {jos_sb_discuss:20}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl