Włochy

    Niełatwo jest pisać o kraju, w którym wielu kiedyś było lub będzie, a niezależnie od tego ma o nim własne, jedynie słuszne wyobrażenia.
Po kilkunastu latach pobytu odbieram Włochy jako kraj wspaniały dla turysty i trudny dla zwykłego mieszkańca. Kraj cudownych krajobrazów i najważniejszych światowych zabytków oraz kumoterstwa, bezrobocia i biurokracji.

    Kraj o bardzo niskim przyroście naturalnym i słabej infrastrukturze dla najmłodszego i najstarszego pokolenia. Kraj, w którym brak pracy nie pozwala na zaciągnięcie kredytu na mieszkanie i założenie rodziny.
    Jak na małą Europę, odległości bywają tu spore. Podróż z północy, na przykład z Turynu, na południe, załóżmy do Bari, to 1300 km. Dorzućmy marne 300 km i już mamy trasę Rzym - Warszawa. Zabałaganione, gorące i bezrobotne południe, rozbiegany Neapol, chaotyczny Rzym, oblepiona turystami i mimo to nadal piękna Florencja, dostojna i dostatnia Bolonia, kosmopolityczny Mediolan - miasto mody i interesów, nierealna, baśniowa Wenecja, Triest - już prawie słowiański, niemieckojęzyczne Bolzano, strzeliste Alpy na północy i Apeniny przez całą długość półwyspu, morze ze wszystkich stron, z wyjątkiem północnej granicy…
Czasem wydaje mi się to niemożliwe - jeden kraj, a tak różne budowle, widoki, klimat.

    I kuchnia! Dla niej samej warto tu żyć! Każdy region, miasto, nawet wieś ma regionalne wyroby, potrawy, wina. 
Na głowę bije wszystkich region Emilia Romania ze stolicą w Bolonii; nawet Włosi z innych rejonów przyznają, że tam to się dopiero dobrze je!

    Mieszkam w Rzymie. Żyje się tu tak samo trudno (albo łatwo, jak kto woli) i szybko, jak w każdym innym dużym mieście. 


    Oczywiście, na wszystko należy wziąć miejscową poprawkę, czyli: punktualność komunikacji to kwestia twojego szczęścia (nie masz go - efekt wiadomy: spóźniasz się); sprawy urzędowe trwają długo i (nie)szczęśliwie, jeśli w ogóle się kończą; nikt tu nie lubi stać w kolejkach, więc kolejek nie ma - w zamian grono ciał napiera na kasę/stoisko/okienko pocztowe, od twojej siły parcia i masy ciała zależy, kiedy dojdziesz do celu; wielu kierowców nie lubi ujawniać, w jakim kierunku podąża (kierunkowskaz traktowany jest jako opcja, zwykle nie wykorzystana), za to lubi zaskakiwać raptownym zatrzymaniem się niemal na środku jezdni, żeby skoczyć po gazetę - nie warto nawet wtedy włączać świateł awaryjnych (bo po co?). Każdy dzień to malutka walka o przetrwanie.
    Folklor miejscowej ulicy to motorynki: najszybszy (!) i najłatwiejszy do zaparkowania prywatny środek lokomocji w Rzymie, Neapolu i innych metropoliach; zawsze pierwsze na światłach wyskakują chmarą naprzód, wyprzedzają z prawej i z lewej, po chodniku i pasie awaryjnym, wjeżdżają pod maskę, zakręcą pirueta i już są trzy metry dalej w bok! Piesi, przechodzący wszędzie i zawsze przez jezdnię i lawirujący między samochodami to wobec nich zdyscyplinowane oddziały wyszkolonej armii…
    Och, jak ja lubię załatwiać tu sprawy urzędowe! Zaczynam zazwyczaj z wyprzedzeniem: najpierw telefon po informację; potem drugi telefon po informację (bo druga informacja w tej samej sprawie, jak wiadomo, różni się od pierwszej); potem trzeci telefon, potem… kto zgadnie? Telefony odbębnione, przechodzę do poszukiwań w internecie: drukuję sobie kolejne informacje, przepisy i formularze. W końcu idę do urzędu. Co za rozkosz! Uwielbiam oddawać się czytaniu książek, a gdzie indziej miałabym na to czas, jak nie w oczekiwaniu na swoją kolej w urzędzie? A potem "załatwiam": podszkalam merytorycznie panią/pana w okienku w zakresie spraw, którymi się zajmują, a o których mają blade pojęcie. Niestety, nie wszystkim to się podoba. Żeby "załatwić", muszę spuścić nieco z tonu, odpowiednio się ukorzyć, przytaknąć, przeprosić i podziękować.

    Moda, a raczej sposób ubierania się, zajmuje ważne miejsce w tutejszej świadomości. Włosi wiedzą, jak się ubrać stosownie do okazji oraz wybierają mniej formalną wersję ubioru, co widać zwłaszcza u kobiet, mających większe pole manewru. Króluje klasyka z modnymi akcentami w postaci butów, torebek, wierzchnich okryć. W modzie na codzień Włosi są  jakby o kroczek do tyłu w stosunku do światowych nowinek. Co innego dyktują wybiegi Mediolanu, co innego widać na cocktailach i innych spędach nuworyszy, którzy modą nie muszą się za bardzo przejmować.
Przyjechała do mnie kiedyś znajoma. Jedziemy ulicami, jest pora obiadowa i klasa pracująca wychodzi na (obowiązkową) przerwę obiadową. Znajoma ciekawie obserwuje ulice. W końcu pyta: czy wszyscy mężczyźni noszą tutaj błękitne koszule??? Fakt - wszyscy nie, ale wielu. Ulubiony zestaw to błękitna koszula, może też być w niebieskie prążki, z daleka wygląda i tak na błękitną, oraz krawat w odcieniach żółci lub starego złota.
    Smakowicie się to komponuje z oliwkową karnacją. Im dalej na południe, tym coraz bardziej błękitnie... i to wcale nie dlatego, że to kolor partii Berlusconiego, bo ten trend istniał "od zawsze".
    Tu nie Ameryka (chyba, że mam błędne przekonanie co do kwestii odbioru stroju w USA...): przechodnie zwracają uwagę na osoby ubrane inaczej w porównaniu do dosyć, jak na europejską stolicę, zuniformizowanej reszty; niestety (odzywa się tu moja abnegacja), oceniają cię tu często na podstawie ubioru. Idąc do banku po informacje na temat kredytu zmusiłam się więc do zadbania o to, co mam na sobie. 

   Uwielbiam rzymskie lato, gdy w powietrzu unosi się ledwie wyczuwalny zapach bazylii i pomidorów, zmieszany z kurzem i spalinami, a na południowych obrzeżach miasta lekki powiew przynosi zapach morza. Wchodzę na chwilę do supermarketu, łapię za pierwszą schłodzoną coca-colę i po chwili wychodzę odrodzona w żar ulicy. Najwspanialej jest wieczorem, upał ciagle wisi w powietrzu, ale nie daje się już we znaki, fala ludzi płynie od Campo de' Fiori do licznych lodziarni na Piazza Navona, manewrując między stolikami pełnymi amatorów późnych kolacji w stronę placu przed Panteonem, gdzie z kolei stoliki zajęte są głównie przez japońskich i amerykańskich turystów i skąd już tylko kilka kroków do oślepiającej białością Fontanny di Trevi, w której nikt nie może się kąpać, nie ryzykując mandatem. Z "żelaznych" turystycznych miejsc zostały jeszcze rokokowo poskręcane Schody Hiszpańskie, na których trudno znaleźć wolne miejsce siedzące wśród miejscowej i przyjezdnej młodzieży. Warto zajrzeć do pobliskiej Caffe Greco, kawiarni-muzeum, gdzie co prawda cappuccino przy stoliku kosztuje cztery razy tyle, co gdzie indziej, ale za to można zatonąć w atmosferze ubiegłego stulecia, przechodząc z jednej salki do drugiej i oglądając portrety jej dawnych bywalców - artystów, z których wielu zostawiło też w kawiarni swoje obrazy. Portrety polskich artystów, z trzema wieszczami na czele, wiszą tam na widocznym miejscu; jedno z pomieszczeń, tzw. Omnibus (nazwa już wtedy nadana długiej i wąskiej sali) służyło im niegdyś za miejsce zażartych dyskusji przy filiżance kawy.
    Ale tak naprawdę, to niewielu mieszkańców Rzymu spędza wolny czas w centrum. Kilka wypadów rocznie zupełnie im wystarcza… do pozostałych wyjść szuka się restauracji, czy raczej trattorii, bardziej ukrytych, charakterystycznych dla danego miejsca, mających w ofercie coś innego od oczywistych punktów programu w centrum miasta, bardziej zacisznych, choć również licznie uczęszczanych. Na przykład - kolacja z widokiem na jezioro w Castel Gandolfo, albo w porcie w Fiumicino ma lokalny, a przez to atrakcyjny posmak. Cenione jest to co lokalne, w domyśle: inne, prawdziwe, lepsze, ciekawsze. Każdy Włoch ma "swoje" miejsca, polecane następnym wtajemniczonym, którzy odkrywają, że wtajemniczonych zostało wiele osób, przez co miejsce jednak nabiera życia, ale nie zostaje (jeszcze) sprofanowane…
 
    Nocny, rozświetlony Rzym pięknie wygląda ze wzgórza Janikulum (Gianicolo): pastelowo podświetlona kopuła bazyliki św. Piotra, biały, rażący oczy ubiegłowieczny Ołtarz Ojczyzny, zwany też drwiąco "tortem" lub "maszyną do pisania" ze względu na swoją pretensjonalną piętrową konstrukcję, parę średniowiecznych kampanili innych kościołów i ciemne zarysy cyprysów. Niestety, mnie wzgórze Gianicolo pewnie długo będzie mi się kojarzyło z mieszczącym się na jego boku wielkim szpitalem pediatrycznym im. Dzieciątka Jezus, gdzie w trudne grudniowe dni leżał nasz mały synek.
 
    Włochy to temat na powieść. Każdy, kto tam był, mógłby napisać jeden, różny od innych, odcinek. Powyżej jest garść wrażeń osoby z własnej woli przeszczepionej na włoską glebę, w którą zapuściła bez trudu korzenie.




Zdjęcia z serwisu SXC.hu



 

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl