Kartki z emigracyjnego pamiętnika cz. 2

Okrak emigracyjny

Ojcu poświęcam

 

    Pierwsze tygodnie w nowej rzeczywistości mijają bardzo sympatycznie. Takie chwilowe przeniesienie się w bajkowy świat. W ciągu dnia spacery po Starym Mieście, zakupy w supermarketach, przy których nasz poczciwy Pewex był krasnoludkiem w krainie olbrzymów. Nieznane smaki, nieznane zapachy, ale i nieznani ludzie, mówiący całkowicie niezrozumiale, uśmiechający się do siebie bez powodu i pozdrawiający się na ulicy.

    Wieczorne lampy, rozświetlające dziesiątki krętych uliczek, wystawy przyciągające oko. Mnóstwo maleńkich knajpek, no, ale nie na naszą kieszeń wtedy, niestety. Nigdy potem nie odczuwałam już tej "bajkowości" jak w owe kilka pierwszych tygodni pobytu.

    Oczywiście rodzina czekała z niecierpliwością na kontakt, pierwsze wrażenia. Jedyną możliwością przekazania tego były listy. W tym czasie połączenia telefoniczne międzynarodowe odbywały się tylko za pomocą centrali. Czekało się czasem kilkanaście godzin, nie będąc pewnym, czy po drugiej stronie słuchawki ktoś się odezwie. Zostały więc tylko listy. Dziś wystarczy wystukać parę numerów...

    Czas biegł nieubłaganie. Wizę dostawało się tylko na trzy miesiące.

    Pojedyncze słowa, proste zdania zaczynały się nieco rozjaśniać, chociaż i tak nie obywało się bez komicznych pomyłek. Usłużne sprzedawczynie w sklepach, zaraz po wejściu, z uśmiechem na ustach pytały, w czym mogą pomóc, a człowiek nieskładnym niemieckim odpowiadał: "Wszystko w porządku".

    Przybywało polskich znajomych, dzielących się na tych, co w ówczesnym żargonie byli "na azylu", "na emigracji do Kanady lub USA", bądź na "pochodzenie". Plany, dyskusje, imprezy do rana przypominały nieco studencki akademik. Nie zaliczałam się do żadnej z grup, słuchałam z zainteresowaniem, ale i lekkim pobłażaniem.

    Tja, kwitnące ślicznie majowe kwiaty w Parku Miejskim uzmysłowiły mi jednak, że czas nie stoi w miejscu. Czas podjąć DECYZJĘ... Niełatwą niestety...
    Wahanie pomiędzy stworzeniem pełnej rodziny maleństwu, lada moment mającemu przyjść na świat, którego ojciec wybrał życie na emigracji, a lojalnością wobec rodziny, której drzewo genealogiczne tonęło w mroku, a próby pytań o przeszłość gaszone były w zarodku... Niełatwe tym bardziej, że w tamtych latach było to całkowitym odcięciem sobie drogi powrotu. Dla 23-letniej dziewczyny był to nie lada dylemat - wyboru życia na następne ileś lat...

    Kilka dni przed upływem ważności wizy list od rodziców w skrzynce. Całość pisana przez mamę, pod spodem słowa pisane ręka ojca: "Kochamy cię, całujemy, nic nie musisz"…

    UFF… ulga… To jakby błogosławieństwo decyzji.

    Maleńkie niebieskie oczka spojrzały po raz pierwszy na świat "po drugiej stronie rzeki"…


Patrz: część 1

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl