Trup na każdym ganku, czyli Halloween

   Skąd bierze się nieboszczyka? Oczywiście można iść do okolicznościowego sklepu i kupić gotowca, ale to dobre dla amatorów. Profesjonaliści zabierają się do rzeczy profesjonalnie. Trupa – nie jakiegoś tam zwykłego podrabiańca – trupa podgniłego, z otwartymi ranami i napoczętego przez gryzonie można przy odrobinie fantazji i obejrzeniu kilku seriali policyjnych wyprodukować przy użyciu plastikowego kościotrupa, kilku rolek bandaża, 3 kilogramów owsianki i 2 litrów melasy, która służy jako barwnik i lepiszcze… 


– Zabieraj tego trupa z sypialni! Można na nim nogi połamać po ciemku.
– Niech leży, bo co go ruszę to głowa odpada.
– Wszystko jest upaprane na czerwono i kot się przykleił.
– Co ci trup przeszkadza, jeszcze parę dni i pójdzie na trawnik przed domem.
– A co z dziewczynką?
– Prawie skończona, tylko nogi muszę doprawić i musimy przemyśleć jak ją powiesimy...

   Mój mąż nie jest seryjnym mordercą ani chirurgiem plastycznym, jest Kanadyjczykiem i właśnie nadchodzi jego 15 minut. Halloween! Noc upiorów, wampirów, straszydeł, noc żywych trupów, które z zawodzeniem dobijać będą się do okien i drzwi a odejdą dopiero gdy dostaną... cukierka.
   Na trawniczkach wykwitną nagrobki, na jabłonkach przed domami zawisną kościotrupy i na wpół zgniłe wisielce. Ganki sympatycznych domków na przedmieściu zamienią się w przedsionki piekieł, w ciemności których fruwać będą mechaniczne nietoperze. A w przyjaznych sobie zazwyczaj sąsiadach odezwie się zew krwi i rozpocznie się pojedynek na nieboszczyki, krzesła elektryczne, organy wewnętrzne i efekty dźwiękowe. Big Al odbije sobie teraz dzieciństwo spędzone w domu daleko od szosy, gdzie nigdy nie dotarł żaden przebieraniec, i za lata przemieszkane w bloku, gdzie ciężko było powiesić wisielca z dziewiątego piętra. Co nie znaczy, że nie próbował co jakiś czas podłączyć się ze swoim trupem pod cudzy ganek, ale to nigdy nie było to samo.

   Własne zwłoki, na własnym ganku to jest to czego każdy mieszkaniec Ameryki Północnej potrzebuje raz do roku.

  
kliknij, aby powiększyć

   Skąd bierze się nieboszczyka? Oczywiście można iść do okolicznościowego sklepu i kupić gotowca, ale to dobre dla amatorów. Profesjonaliści zabierają się do rzeczy profesjonalnie. Trupa – nie jakiegoś tam zwykłego podrabiańca – trupa podgniłego, z otwartymi ranami i napoczętego przez gryzonie można przy odrobinie fantazji i obejrzeniu kilku seriali policyjnych typu CSI i Law and Order wyprodukować przy użyciu plastikowego kościotrupa (dostępnego przed Halloween w każdym supermarkecie), kilku rolek bandaża, 3 kilogramów owsianki i 2 litrów melasy, która służy jako barwnik i lepiszcze... Oczywiście można dokupić lateksowe szramy, na to wszystko rzucić garść plastikowych much i ma się zapewniony tytuł bohatera nocy na rok bieżący.

   Niestety, tu zdecydowanie potrzebny jest własny ganek, jako że przewiezienie (jak przed laty) naturalnej wielkości trupa owiniętego w wielkie worki na śmieci grozi aresztowaniem. Szczególnie, gdy jedno niesie za przód, drugie za nogi, a spod zawojów nagle wysuwa się ramię w stanie rozkładu, zaś pokłady owsianki z melasą odrywają się od kości i ściekają na blokową posadzkę: pac! pac! pac! Sąsiad wysiadający z windy przygląda się dziwnie, po czym przyspiesza kroku.
– Ty idioto! – syczę. – Zaraz tu policja zajedzie na sygnale!
   Idiota chichocze:
– A co by było gdybyśmy tak mieli wypadek, ciekawe kogo ratowali by pierwszego...

   Po Halloween okazało się, że nie do odratowania był głównie dywan w pokoju, który służył za prosektorium.

   Powszechnie wiadomo, że jak u nas się coś robi, to się robi z przesadą, która narasta wraz ze zbliżającym się wydarzeniem okolicznościowym, by na dwa-trzy dni przed przerodzić się w absolutny, ziejący nienawiścią, przekrwionooki szał.

   W domu przybywa części ciała, w każdym kącie poniewierają się urwane nogi, głowy, w piwnicy można zabić się o płyty nagrobkowe, żarówki zaczynają świecić na fioletowo, nie wolno wejść do internetu bo: – Dżizaz! Nie widzisz, że ściągam efekty dźwiękowe?!

   Mszczę się na nim rzucając niewinnie: – Widziałeś, Ron ma w tym roku nową gilotynę...
   Ron działa na mojego starego jak płachta na byka – ta czarna trumna na podjeździe, ten automatyczny trup wyskakujący zza nagrobka, to brzęczące krzesło elektryczne…
– A idź mi z tym Disneylandem! Naoglądał się chłopina kreskówek i teraz może straszyć Puchatków i Cindarelle.
– Czyżby...?
– Romero! Rozumiesz?! George Romero to jest to… Dzień żywych trupów, Świt żywych trupów, Noc żywych trupów!… Wolę jednego porządnego zombie z wygryzionym bokiem, który się okolicznym dzieciakom będzie śnił do Bożego Narodzenia, niż ten cały lunapark z brzęczącymi światełkami!

   Z roku na rok idziemy też coraz bardziej w kierunku high-tech – oprócz zombiego na trawniku, będzie hologram w oknie i scena z Egzorcysty (ciągle jeszcze szwankują plany podnośnika pneumatycznego, który uniesie małą Regan ponad łóżkiem). Szaleństwo narasta wraz z presją społeczną; sześcioletni kumple syna pamiętają zeszłorocznych alienów i od dłuższego czasu pytają:

– Hej, mister, co szykujesz w tym roku?!

  

   Halloween najczęściej wypada w zwykły dzień tygodnia, zazwyczaj więc na ostatnie przygotowania ma się godzinę-dwie po dotarciu do domu. Pędzimy z roboty na łeb na szyję, mamy niewiele czasu na powieszenie dziewczynki przed domem, zainstalowanie maszyny dymnej, uruchomienie projektora wycelowanego w plexiglas nad oknem, wyniesienie łoża małżeńskiego przed dom, złożenie go przed domem, zainstalowanie mechanizmu unoszącego dziewczynkę, (który oczywiście w ostatniej chwili szwankuje i przy głośnych przekleństwach zostaje zastąpiony dwiema rurami skręconymi pod kątem prostym i przymocowanymi do wezgłowia łóżka), porozrzucanie rozszarpanych szczątków po trawniku, powieszenie kilku wisielców, ustawienie telewizora do góry nogami  (nie pytajcie czemu), wystawienie głośników na ganek, włączenie jęków i zawodzeń dusz potępionych...

   ...bo zza winkla wyłania się pierwsza tura trick-or-treat’erów*. Na razie to cieniaki – Puchatki, Prosiaczki i biedroneczki z kubełkami na cukierki, prowadzone przez spuchniętych z dumy rodziców: – Patrzcie, patrzcie na naszego Tygryska! Czyż to nie jest najstrrrrraszniejszy Tygrysek na świecie? Tygrysku, nastrrrrrasz mamusię!
   Tygrysek posłusznie robi Auuuuuu! witane gromkimi brawami mamusi i tatusia i skwitowane pełnym politowania uśmiechem na twarzy rodziców najpotworrrniejszego na planecie Prosiaczka, który na polecenie swojego tatusia chrząka najcudniej na świecie.
   Dla tych nie opłaca się włączać maszyny dymnej. Tym wystarczy zrobić dobre Buuu! i patrzeć jak uciekają z wrzaskiem, ku uciesze własnych rodziców.

  

   Około siódmej biedroneczki, krówki i tygryski znikają ze swymi wiadereczkami pełnymi lizaków. Zostają wyparte przez sturęki, stunogi, stugęby twór, zwany przez mojego męża The Greed (chciwość). Przeciętny przedstawiciel tego tworu skończył w tym roku 6 lat i wie, że świat (który rozdaje cukierki) nie kończy się na jego osiedlu szeregowców. Wie, że cukierki z wiadereczka można przerzucić do reklamówki, którą poniesie mama. I do następnej. I jeszcze następnej. I za Chiny nie pójdzie do domu zanim nogi nie zaczną mu się plątać ze zmęczenia.
   Tu już nie ma żartów, koniec z biedroneczkami. W zależności od najpopularniejszych w tym sezonie kreskówek będziemy mieli u drzwi 236 Spidermanów, albo tyluż Batmanów, Żółwi Ninja, Transformerów. Oczywiście bardziej kreatywni rodzice spróbują przeforsować jakiś bardziej oryginalny, domowej roboty kostium tylko po to, by następnego dnia dziecko wróciło wściekłe ze szkoły, bo odkryło właśnie, że jako jedyne z klasy było Hamletem, a nie Piratem z Karaibów.
   Za brygadą Spidermanów nadciąga dywizja balerin, Kopciuszków i Śpiących Królewien (to wciaż The Greed). Nie dajmy się zwieść tiarom i koronkom. Snow White jest gotowa rozdeptać na miazgę pantofelki Kopciuszka w wyścigu po następnego Kit-Kata.

   Najlepiej wyglądające księżniczki to te najsprytniejsze, które zdołały jakimś cudem uciec matce, albo przekonać ją, że w koronkowej sukience bez pleców nie dostaną zapalenia płuc w nocy z października na listopad. Trudno powiedzieć, które z grupy posiadającej bardziej stanowcze matki miały więcej szczęścia – te, które na poliestry i jedwabie musiały zarzucić zimowe skafandry, czy te, których matki wykazały na tyle zrozumienia, że zimowe okrycia zamiast na wierzch założyły im POD cieliste trykoty i muśliny. W rezultacie niejedna princessa w niejednych drzwiach ku swej rozpaczy usłyszy: – Oh! Michelin baby! How cute!!!

   Grupa  małych chciwców (szczególnie jej męska część) niechybnie dostrzeże nasz wysiłek włożony w scenografię: – Wow! Cool! Ale nie łudźmy się, że zatrzyma się dłużej na wyrażenie zachwytu nad rozwiązaniami technologicznymi, bo głód cukierka pogna ich dalej przez sąsiedzkie rabatki i trawniki.

  

   Nim się jednak rozwieje sztuczna mgła, nadciągnie trzecia grupa – na tych czekaliśmy! Tutaj nie ma już żadnych mam i tatów, chyba że gdzieś dyskretnie, w oddali. Ci 10-12-letni cwaniaczkowie, których nie nastraszy się byle wisielcem z dykty, znają już the real deal. Wprawdzie jeszcze im oczy błyszczą do batoników i gumisiów, ale za nic nie pozwolą sobie przed kumplami na chwilę słabości. Zresztą dobrze wiedzą, że później, w domu, z łatwością zaiwanią pół worka słodyczy młodszemu bratu, zaćmionemu wchłoniętą właśnie toną cukru i sztucznego barwnika. Tu już nie ma Bobów Budowniczych – im więcej krwi, wnętrzności, wypływających mózgów, tym lepiej. Od lat wielką popularnością cieszy się kostium Jasona i Freddiego z Ulicy Wiązów.
   Z takim jedenastolatkiem można już porozmawiać jak z człowiekiem:
Yo, dude! Cool man!
   Trzeba jednak uważać, bo nazbyt gorliwie starają się odkryć trick unoszący naszą nawiedzoną dziewczynkę ponad łóżkiem.

   Dziewczyny w tej kategorii wiekowej – tak jak mój mąż – żyją cały rok dla tej jednej nocy. Kij z cukierkami, choć i tu pierwiastek chciwości daje o sobie znać – tej nocy czwartoklasistki przerosły chłopaków ze swojej klasy o 6-7 lat. Co druga to wampirzyca, a co druga piracica – ale tu, proszę państwa, żadnych szram, żadnych buchających wnętrzności, za to ten makijaż! Te dekolty! Te odsłonięte brzuchy! Żadna argumentacja (zimno, grzech) nie powstrzyma młodocianej krwiopijczyni przed założeniem czarnych kabaretek godnych innej... generacji. Kurtka?! Ou, maj Geud!! Czy mama oszalała?! To co z tego, że minus trzy?! Co z tego, że marznący deszcz?! I co mama chce od tych kresek na oczach?! Widziała mama Samanthę?! Ashely?! Madison!
   Tego argumentu żadna matka podważyć nie będzie w stanie, pozostaje jej dyskretnie podążać 20 metrów za swoją córką, nie bardzo nawet rozpoznając z tej odległości czy to jej Kaila, czy Samanta, czy Julia.

   Po 20 minutach mamy pod domem pół osiedla. Jasony i piracice głośno komentują. Mojemu staremu twarz się rozświetla, mam wrażenie, że za chwilę sam się uniesie w powietrzu, a para buchnie mu spod czapki. Dla tego momentu warto było rozpieprzyć budżet domowy na następny miesiąc, zachlapać krwią pół domu, zdemolować okno, naruszyć futrynę w drzwiach wejściowych, narazić się na nienawiść żony... Dla tych dwóch słów: Sweet, dude!

 

   Już coraz rzadziej dzwoni dzwonek, coraz rzadziej słychać Trick or treat! przy drzwiach.  Na sam koniec z mgły wyłania się banda zblazowanych 13-14-latków. W tej grupie szczytem inwencji jest czarna peruka na głowie. Znudzone gęby, głupawe uśmieszki, ale ciągle jeszcze wyciągają reklamówkę po cukierki. Co śmielszy rzuca pod nosem: – Nie masz fajki na zbyciu? Trzeba wtedy bardzo grzecznie odpowiedzieć, że właśnie rzuciłaś palenie i bardzo ci przykro, bo takim dorosłym mężczyznom jak oni należałaby się cała paczka. Powiesz: – Spadaj małolacie!, to ci później podpieprzą wisielca albo stratują dynie, zgodnie z zasadą trick or treat.

   Powoli gasną jedna po drugiej świeczki w dyniach. Opłotkami wracają do domów zdziczałe koty z najeżonymi grzbietami. Wisielec, który kosztował dwa tygodnie ciężkiej pracy, zerwał się z jabłonki i leży w trawie jak urągowisko. W wyziębionym na kość domu nasz własny Spiderman, który nie wiadomo kiedy wrócił, śpi na stercie cukierków z lizakiem zaciśniętym w garści. Nasze łóżko stoi na ganku, nawiedzone przez demony. Kładziemy się spać na podłodze.

   Jutro się posprząta.


-----
*Trick-or-treat!: dosł. psikus albo smakołyk! Mrożąca krew w żyłach groźba rzucana u drzwi przez halloweenowych cudaków. Nieodpowiednie ugoszczenie przebierańców historycznie groziło np. podpaleniem stodoły albo czerwonym napisem "ch**" na samochodzie.

 
Special thanks to Michael fromhalloweenhouse.org for letting me use his absolutely crazy photos!

Podziękowania dla Michaela zhalloweenhouse.org za pozwolenie wykorzystania jego zdjęć.Tutaj więcej.

Komentarze (3)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl