Ars moriendi


Ars moriendi

   Byłem jedynakiem, w dodatku bez specjalnej szansy na rodzeństwo, w związku z czym moi rodzice dołożyli wszelkich starań, bym był wstrętnym i rozwydrzonym gówniarzem. Nie wiem czemu zawdzięczać fakt, że mimo zrealizowanego planu maksimum w kwestii rozpuszczania, nie udało im się zaszczepić we mnie schorzenia jedynactwa.


   Nazywam się () i umarłem już trzy razy. Pamiętam, że gdy byłem mały, śmierć wydawała mi się straszna. Dziś nie boję się już tak bardzo, choć nigdy nie jestem pewien, czy stamtąd wrócę. Nigdy też nie wiem, kiedy znów poczuję dotknięcie zimnych palców na swoim ramieniu. Mam fory tylko w tym względzie, że umieranie stało się pewnego rodzaju rutyną. Mam, można powiedzieć, wprawę.

I.


   Urodziłem się jako pierwsze i ostatnie dziecko swoich rodziców. Oboje mieli już grubo po czterdziestce i tak naprawdę byli chyba równie zaskoczeni jak ja. Dzieci bowiem zawsze są zaskoczone tym, że ktoś je powołał na świat. Dlatego tak długo nie mówią. Wcale nie dlatego, że nie potrafią.
   Nie odezwałem się ani słowem aż do ósmego roku życia. W ogóle podobno byłem mało komunikatywnym dzieckiem. Przytulało się mnie jak worek ziemniaków. Wszystkie ciotki, te tłuste infantylne potwory, doradzały mojej matce co i rusz nowych lekarzy i znachorów, byle tylko udało się mnie wyrwać ze stuporu, którego nie rozumiały, uważając za osobisty cios. Wszystkie otrzymywane zabawki zawsze w końcu lądowały w jednym miejscu, tworząc zarastający kurzem stos, który co jakiś czas moja matka wyrzucała na śmietnik.
   Byłem jedynakiem, w dodatku bez specjalnej szansy na rodzeństwo, w związku z czym moi rodzice dołożyli wszelkich starań, bym był wstrętnym i rozwydrzonym gówniarzem. Nie wiem czemu zawdzięczać fakt, że mimo zrealizowanego planu maksimum w kwestii rozpuszczania, nie udało im się zaszczepić we mnie schorzenia jedynactwa.
    
   Lekarze, do których byłem prowadzany i u których spędziłem trzecią część swojego dzieciństwa, nie wiedzieli co ze mną począć. Bez ustanku chorowałem na zapalenia płuc i oskrzeli, miałem problemy ze słuchem. I choć cudem unikałem chorób, które pokonałyby w końcu nadwątlony system immunologiczny, to jednak poczekalnia lekarska stała się moim drugim domem. Nie mówiąc o tym, że wszyscy starali się wykrzesać ze mnie choć słowo. Co się nie udało.

II.


   Rodzice poznali się w bibliotece na studiach, w sposób tak sztampowy, że aż nieprawdopodobnym się wydaje, że zdarzenie to miało miejsce naprawdę.
   Wyobrażam sobie tę scenę, gdy dwudziestoletnia dziewczyna (długie orzechowobrązowe włosy, ciemnozielone oczy, twarz pociągła, trochę nieeuropejska. Ubrana w sukienkę z jednego kawałka materiału, być może lnianą i przewiewną) stoi przed okienkiem, by odebrać książki, na które wypisała sygnatury. Z sześciu pozycji, jak się spodziewa, dostanie dwie, bo reszta jest wypożyczona, ale te dwie dostanie za to na pewno. Jedna z nich (biblioteka – gabinet ojca, regał przy drzwiach, czwarta półka od dołu, siódma książka od lewej strony) to książka Jesusa Georgilo-Orba, fascynującej postaci hiszpańskiej kontrreformacji. W 1572 roku spisał on wspomnienia, zawierając w nich swoją historię przynależności do Świętej Inkwizycji przy boku duchowych potomków Torquemady. Wspomnienia zostały odnalezione w jakimś zapomnianym przez ludzi (choć nie przez Boga) klasztorze kastylijskim dopiero w 1956 roku i stały się podstawą zmiany myślenia o Inkwizycji. Druga książka (biblioteka – gabinet ojca, półka pod parapetem, druga półka od dołu, trzecia z leżących książek patrząc od góry) była związana z Włochami, datowana nieco wcześniej od pierwszej, apologetyczna (względem herezji katarskiej) w swej wymowie książka konwertyty Solaccero Ibn Sadra, człowieka podającego się za kontynuatora Jeana de Luigio. Żadne z rodziców nie pamiętało reszty książek z listy.
   Za dziewczyną stoi starszy o dwa lata chłopak (półdługie raczej jasne włosy, ciemne oczy prawie bez tęczówek, opalony, bądź o naturalnie ciemnej karnacji, ubrany w koszulę z długim - choć podwiniętym - rękawem i jasne dżinsy), trzymając w ręku trzy książki. Dwie z nich to te właśnie, po które stoi dziewczyna.

III.


   Mieszkanie moich rodziców składało się z trzech pokoi i było przedmiotem cichej zazdrości wszystkich przychodzących osób. Na pierwszy rzut oka wyglądało jak antykwariat, na drugi – jak sanktuarium. Zafascynowani historią południowej Europy (oboje, zresztą startując z zupełnie innych początkowo studiów: etnologii i socjologii, skończyli w swoim czasie mediewistykę) zamienili mieszkanie w bibliotekę z Imienia Róży. Książki początkowo zajmowały pokój zwany biblioteką (po moim urodzeniu stała się ona również gabinetem ojca), potem rozpełzły się po całym domu, zajmując prawie każdy fragment wolnej przestrzeni.
   Z całego wystroju mieszkania, choć fascynującego per se, najważniejsza dla tej opowieści jest rycina z biblioteki. Przedstawiała ona danse macabre, reprodukcję dzieła anonimowego artysty z początków XII wieku (rodzice bardzo lubili tę rycinę ze względu na to, że została znaleziona, złożona na cztery wraz z manuskryptem Solaccero). Patrząc na to dzieło trudno było nie odnieść wrażenia, że śmierć uśmiecha się szyderczo z ryciny.
   W wieku ośmiu lat właśnie do niej przemówiłem po raz pierwszy. Ojciec siedział w gabinecie i coś pisał swoim zamaszystym pismem. Ja stałem przed ryciną. Byliśmy jak dwa zupełnie różne światy. On prawie łysy, z resztkami przedwcześnie posiwiałych włosów i ja, niski jak na swój wiek, wykrzywiony przez infekcje dzieciak. Nie wiem, czy ktokolwiek dojrzałby w nas ojca i syna.
   Ojciec siedział za biurkiem, a ja wpatrywałem się w kroczący szkielet, niemal dwakroć wyższy od najwyższych ludzi z pochodu, który prowadził. Wtedy śmierć zrobiła krok naprzód, zaś ludzie przesunęli się w wolne miejsce.
– Dokąd idziesz? – zapytałem i nim umarłem usłyszałem, jak ojcu pióro wypada z ręki.

IV.


   Wszędzie dookoła było ciemno. Potem, dużo później, wyobrażałem sobie to miejsce jak średniowieczne kazamaty, przesiąknięte ludzkim strachem i bólem, rozświetlone ogarkami pochodni. Szedłem korytarzami, bojąc się dotknąć ścian, idąc całkowicie na oślep. Moje stopy ślizgały się po czymś zimnym, a jednak nie wywróciłem się ani razu. Byłem całkiem nagi. Czułem, że ktoś idzie przede mną, słyszałem też kroki tuż za mną. Nie wiem ile czasu tak szedłem, nie wiem, czy idąc tak wciąż przed siebie, bojąc się wyciągnąć ręce w bok, by nie przekonać się, czy ściany są równie śliskie, w ogóle szedłem w jakimś czasie. W końcu nie żyłem, a nieżyjący podobno nie doświadczają czasu.
   Być może zresztą krążyłem w kółko, w ogromnej, bądź całkiem niewielkiej kolistej klatce, a za mną i przede mną wędrowały inne postacie, które umarły tak jak ja.
   Nie wiem dlaczego zorientowałem się, że mam zamknięte oczy. Nie wiem dlaczego je otworzyłem.

V.


   Gdy się obudziłem, nikogo nie było przy moim łóżku. Wstałem więc i poszedłem sterylnym korytarzem, boso, w kierunku, z którego sączyło się równie sterylne światło. Dotarłem do dziwnej lady, za którą pochrapując siedziała gruba kobieta w średnim wieku. Pociągnąłem ją za rękę i zapytałem czy już mogę pójść do domu, bo umarłem, ale się obudziłem (czasem żałuję, że nie znałem wówczas słowa "zmartchwychwstać”).
Dziesięć minut później wokół mnie było trzech opukujących mnie lekarzy i z siedem pielęgniarek, co jednak nie stanowiło żadnej przeszkody dla mojej matki, która przedarłszy się przez kordon chwyciła mnie najmocniejszym uściskiem, jakiego w życiu doświadczyłem. Tuż za nią pojawił się ojciec, patrząc na mnie zza okularów. Rodzice twierdzili, że trzy miesiące byłem w śpiączce. Najbardziej obawiali się jednak nie tego, czy się obudzę, lecz tego, czy będę mówił.
   Mówiłem.

VI.


   Gdy wróciłem do domu, okazało się, że prawie nic się nie zmieniło. Prawie – prócz tego, że ojciec sprzedał rycinę. Podobno chciał ją spalić, ale ostatecznie tego nie zrobił. Nie chciał też ani mi, ani matce powiedzieć za ile ani komu ją sprzedał. Nie wiem, czy była wiele warta. Zresztą, było to bez znaczenia. Ważne było, że straciliśmy ją z oczu na zawsze.
Pamiętam ten czas, który poprzedzał moją drugą śmierć. Poszedłem do szkoły, o rok za późno, jednak w trzeciej klasie nadrobiłem wszystkie zaległości i sobie tylko znanymi sposobami rodzice sprawili, że po wakacjach znalazłem się od razu w klasie piątej. To, co było dobre dla rozwoju intelektualnego, nie odbiło się korzystnie na mojej psychice. Wciąż tak samo wątły, chorujący ponad miarę, w dodatku z opinią idioty (bo tylko idioci nic nie mówią) nie miałem lekkiego życia. Niech wyrobiony czytelnik sam dopisze sobie postaci literackie, które powodowane zwierzęcym strachem, jak ja, uciekały swoim prześladowcom, chowając się w pierwszym lepszym miejscu.
   Nie mogę powiedzieć, by prześladowania owe niosły ze sobą tylko strach. Lepiej niż ktokolwiek, śmiem twierdzić, poznałem całą okolicę tak zwanego starego miasta, przy którym wznosiła się dość ponura betonowa budowla mojej szkoły.
   Stare miasto było stare jedynie z nazwy. Zniszczone niemal całkowicie w czasie epidemii wojen, zostało odbudowane. Jednak, co wiem teraz, a czego jedynie domyślałem się, będąc nastolatkiem – byt kształtuje świadomość, zaś ta ostatnia zwrotnie kształtuje byt. Świadomość budowniczych, wychowanych wśród szarych otynkowanych brył, została spaczona, zaś stare miasto, ostatecznie przez nich odbudowane, miało w sobie tyle tajemniczości co senne blokowiska. Stare miasto zostało odbudowane bez legend i magii.
   Czerwone cegły, gdzieniegdzie ukruszone, poukładane bez duszy w starożytne mury, renesansowy zamek z XX wieku, uliczki ze żłobionymi rynsztokami – to wszystko pojawiło się jakby znikąd, bez własnej historii. Każda legenda, która nieopatrznie zawędrowałaby w to miejsce – umarłaby. Prawie każda.

 
VII.


   Gdy umarłem drugi raz, zostałem odnaleziony dopiero po kilku godzinach. Nie wiem kto mnie odnalazł, gdyż zniknął zaraz po dostarczeniu mnie do szpitala. Mogę tylko podejrzewać, że to jakiś bezdomny, kloszard, szukający czegoś do jedzenia w owym zaułku. Choć z drugiej strony, kloszardzi mają inne podejście do śmierci: śmierć to coś, co się przytrafia, ot po prostu. Ludzie umierają, ale inni powinni móc dalej z tym żyć. Być może więc był to turysta, przechodzący akurat tamtędy, zafascynowany nienaturalną czerwienią murów w tym miejscu. Odrzucam hipotezę, że mogłaby być to ta postać, która stała się przyczyną mojej śmierci. W końcu była w stanie dużo gorszym od mojego.

VIII.


   Gdyby spojrzeć na średniowieczne mapy mojego miasta, mniej więcej w miejscu gdzie umarłem po raz drugi odnaleźlibyśmy pręgierz. Pręgierz nie był, przynajmniej nie wedle kronik miejskich, wykorzystywany specjalnie często. Te same kroniki jednak odnotowują troje ludzi, którzy umarli w wyniku batożenia. Dwie z nich to recydywiści: jeden złodziej, znany jako Sinoręki, albowiem złapano go już kiedyś na gorącym uczynku i pozbawiono prawej dłoni. Kikut odciętej ręki miał kolor fioletowo-siny, stąd też jego przezwisko. Mimo tego – w końcu za coś przecież spotkała go kara chłosty – w dalszym ciągu uprawiał swój proceder. Zginął 16 (bądź 12, wedle innego zapisu) marca 1312 roku, zabatożony na śmierć przez miejskiego kata. Z zapisków miejskiej kroniki nie wynika, by wobec oprawcy wyciągnięto jakiekolwiek konsekwencje. Drugim mężczyzną był człowiek podejrzewany o morderstwo, któremu jednak niczego nie udowodniono. Mimo tego został skazany na chłostę. Nie wiadomo, czy był winny zarzucanych mu czynów (trzy morderstwa wykonane w ciągu niecałego roku), faktem jednak pozostaje to, że nie została zamordowana już żadna osoba po jego zamknięciu w lochach więziennych. Mężczyzna ten, o którym nie wspomina się z imienia, nazwiska bądź choćby przezwiska, wcześniej już był podobno podejrzany o morderstwo, jednak również niczego mu nie udowodniono. Został wychłostany i umarł w wyniku kary. Kronika nie wspomina o tym ani słowem, lecz wydaje mi się, że dla świętego spokoju sędziowie postarali się, by człowiek ten już nigdy nikomu nie zaszkodził.
   W 1413 roku pod pręgierzem zginęła młoda kobieta (wedle naszych standardów – dziecko – miała bowiem nie więcej niż 15 lat). Fakt ten, odnotowany w kalendarzu kroniki, pozostał jednak całkowicie bez komentarza na jej dalszych stronicach.

 
IX.


   Był piękny majowy dzień i jakoś wyjątkowo szybko udało mi się uciec pogoni. W zimie bywało dużo gorzej. Wówczas szybciej dostawałem zadyszki, a moje pozrastane oskrzeliki dawały znać o sobie już po kilkudziesięciu metrach. Przewracałem się w śnieg, zaś sfora dzikich ludzi, jeszcze przed chwila kształconych na spadkobierców Homera i Manna, rzucała się na mnie i okładała bez litości. W lecie było nieco lepiej. Być może nie chciało im się gonić mnie w taki skwar, może ciepłe powietrze w płucach powodowało, że uciekałem nieco szybciej. Tak czy inaczej tamtego dnia szwendałem się, wolny, po starym mieście. Skręcałem raz w lewo, raz w prawo, czasem łamiąc ten rytm i w ten sposób błądziłem wśród ceglanych murów, niewiele starszych od moich rodziców.
Nie sposób się było tam zgubić, ja zaś, znając niemal na pamięć topografię, chodziłem z zamkniętymi oczami. Skręciwszy po raz drugi w lewo wszedłem, jak wiedziałem, w ślepą uliczkę zwaną Miedzianą. Po przejściu siedemnastu kroków musiałem dotknąć ściany i zawrócić. Zrobiłem raptem cztery, gdy pośliznąłem się na czymś i runąłem do przodu. Natychmiast otworzyłem oczy, i zobaczyłem leżącą dziewczynę, w sukience z szarego lnu, całą zakrwawioną.
- Jezu, przyszedłeś do mnie w końcu – szepnęła i dotknęła mojego policzka, a ja umarłem po raz drugi.

X.


   Znów otworzyłem oczy, zaś dookoła panował przyjemny półmrok, jak gdyby ktoś zapalił świece pozwalając światłu leniwie się sączyć. Leżałem na ziemi, całkiem nagi, jak poprzednio, w dzieciństwie, ale tym razem byłem sam. Spróbowałem się podnieść, ale ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Leżałem na brzuchu i czułem zimno przenikające od kamiennej posadzki. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem, że to ściany jarzą się delikatnym światłem. Nie wiem, dlaczego zorientowałem się, że mam złożone skrzydła. Nie wiem, dlaczego je rozprostowałem.

XI.


   Kiedy się obudziłem miałem już szesnaście lat. Leżałem w kolejnej śpiączce, podtrzymywany przy życiu rok i dwa miesiące przez maszyny nie znające zmęczenia. Obudziłem się głęboko wciągając do płuc powietrze, zupełnie jak gdybym wynurzył się z głębokiej wody. Lekarze, kiedy próbowałem im wytłumaczyć, że umarłem, kręcili głowami. Nie, nie umarłem, nie doświadczyłem nawet śmierci klinicznej. Poza tym – dopytywali się – czy widziałem jasne światło? Czy słyszałem głos, który kazałby mi do niego pójść? Nie, byłem w zupełnie innym miejscu, to się zdarza pacjentom w śpiączce. Gdybym umarł – wiedzieliby przecież o tym. Szkolono ich, by rozpoznawali kroki śmierci.
   Rodzice, którzy pojawili się niemal tak prędko jak za pierwszym razem, byli już zupełnie starzy. Przez rok, kiedy mnie nie było, zdążyli mnie pogrzebać. Nie wierzyli tym razem, bym się obudził; nikt nigdy nie odnotował, by pacjent dwa razy wyszedł ze śpiączki. Pochowali mnie więc na szpitalnym łóżku i próbowali żyć sami, odwiedzając tylko od czasu do czasu, jak odwiedza się zmarłych na cmentarzu. O ile za pierwszym razem zdarzył się dla nich cud, o tyle moje drugie przebudzenie powitali z mieszanymi uczuciami. Nie stać ich było na moją kolejną śmierć.

XII.


   Miałem 22 lata, gdy w końcu umarłem trzeci raz. Sześć lat, które minęło od mojej drugiej śmierci, to był straszliwy czas. Dzień po dniu mijał mi na oczekiwaniu. Noc w noc wypatrywałem czy w końcu ktoś lub coś po mnie przyjdzie. Gdy tylko skończyłem 18 lat wyprowadziłem się od rodziców. Kupili mi kawalerkę, gdzieś na obrzeżach centrum miasta, w ohydnym brudnoszarym bloku zamieszkałym przez wiecznie niepłacących czynszu meneli. Nie mam żalu do rodziców – w końcu już mnie raz pochowali, dla nich już nie żyłem. Nie potrafili ze mną rozmawiać, nie potrafili przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu. Nie potrafili nawet na mnie patrzeć. Znów stali się bezdzietną parą.
   Jak na ironię, pół roku przed trzecią śmiercią zacząłem się przyzwyczajać. Towarzystwo co wieczór, czy to w skwar, czy w trzaskający mróz, gromadzące się pod moimi oknami, głosiło istną pochwałę życia. Z dnia na dzień, jakby z przyzwyczajenia, konserwowani wlewanym co wieczór w siebie alkoholem, ludzie ci żyli bardziej i intensywniej niż niejeden wolny i samoświadomy człowiek. Owszem, można by zapytać, co to było za życie, bez książki, bez muzyki, z kulturą, kontrkulturą i rewolucjami przetaczającymi się gdzieś obok, ale nigdy o to nie pytałem. Bo można było się też zapytać, co to za życie, ta moja widmowa egzystencja, bez wiary w jakiekolwiek jutro.
Zacząłem się przyzwyczajać. Czasem schodziłem, by z nimi porozmawiać, kilkakrotnie rozdzielałem bijących się o coś ludzi, tylko po to, by za dzień lub dwa znów zaczynali się między sobą okładać.
   Czy oni żyli bardziej niż ja? Chyba jednak nie. Ich egzystencja była równie widmowa, choć nie szli nigdy z zamkniętymi oczami, choć nie leżeli na zimnej podłodze ze skrzydłami na plecach. Nie wiedzieli, po co żyją, ale też pytanie to nigdy nie postało w ich głowach. Czasem któregoś lub którejś z nich zabrakło, znikali gdzieś, nie wiadomo gdzie, mrąc po śmietnikach, bądź też – woleliśmy wszyscy w to wierzyć – żyli gdzieś chwyciwszy niespodzianie Pana Boga za nogi, w nowym, lepszym życiu.

XIII.


   Mieszkałem na ósmym piętrze, pod numerem 34. Numerologicznie pierwsza klasa. Numer piętra to wiek, w jakim umarłem po raz pierwszy. Suma wszystkich cyfr mieszkania i bloku – wiek, w którym umarłem po raz drugi. Różnica między numerem mieszkania i piętra dawała, jak się okazało, wiek, w którym umarłem po raz trzeci.
   Oczywiście, kombinacji było dużo więcej. Na przykład iloczyn cyfr mieszkania plus numer domu dawał dwadzieścia, a jednak nic godnego odnotowania mi się wówczas nie przydarzyło. Dlatego wciąż uważam, że numerologia w sposób wyrafinowany oszukuje. Może czasem, z rzadka, coś powie o życiu, ale w zasadzie oszukuje.
   W dzień swoich 22 urodzin wyprawiłem małe przyjęcie u siebie w domu. Zaprosiłem wszystkich znajomych wykolejeńców. Kupili mi prezent, najlepszy, jaki mogli znaleźć, to znaczy litr wódki. Luksusowej. Jak nietrudno się domyśleć prezent został odpakowany i spożyty jeszcze tego samego wieczoru.
   Powinienem był przewidzieć, że zakończy się to bójką. Zawsze bądź prawie zawsze przecież kończyło się to w ten właśnie sposób. Stałem na balkonie, przechylony przez barierkę i paliłem papierosa, gdy przez otwarte drzwi wpadło dwóch siłujących się ze sobą mężczyzn. Nawet nie zdążyłem zobaczyć którzy to, gdy wpadli na mnie, wypychając z impetem za balkon.
   Nie wiem, czy lecąc myślałem o czymkolwiek.
   Nie wiem, czy naprawdę uderzyłem głową w asfalt (tak twierdzili ci, którzy patrzyli na mnie lecącego).
   Wiem, że wstałem, zamachałem i powiedziałem, że nic mi nie jest.
   Wiem, że powinienem był umrzeć, ale być może po prostu zrobiłem już wcześniej.


© ydorius 23’08’2004

 {jos_sb_discuss:10}

 

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl