Placówka dyplomatyczna numer 1

Placówka dyplomatyczna numer 1

kolaż: Joanna Titeux   Najchętniej obserwowałby to wszystko z okien swojego oficerskiego pokoju dowodzenia. Albo położyłby się spać i kazał sobie dostarczyć raport noszący tytuł "Jak nam poszło". Mógłby też robić w tym czasie różne inne rzeczy, na przykład porozmawiać z Margaret, która siedziała na wielokroć już wykorzystywanej trybunie zaledwie kilka krzeseł dalej. Choć obiecał sobie dla dobra wszystkich trzymać się od niej z daleka, to jednak obietnica nie obejmowała takich kwestii jak zerkanie. Jej wyprostowany profil, widziany kątem oka, burzył majorowi krew.


nic takim jak się zdaje
a wszystko, czego trzeba
to dom
Pearl Jam "Nothing as It Seems"

   I

   Major sił powietrznych Peter Kovalsky patrzył przez okno. Za plecami majora stało biurko, sprawiające wrażenie solidnego, które jednak zwykło jeździć po całym pokoju w czasie burz, dopóki nie przybito go do podłogi. W jego gabinecie, prócz przybitego biurka, stało też niewygodne krzesło, o zmianę którego występował tak wiele razy, że w końcu dał spokój oraz szafa z książkami dotyczącymi nawigacji, w tym trzy pozycje, których był współautorem. Poza tym pokój przedstawiał się dość ascetycznie. Major Kovalsky nie był zwolennikiem przepychu. Zresztą nawet gdyby był i tak miałby problem z wystawnym urządzeniem wnętrza.
   Za oknem majora rozciągał się typowy widok, cechujący tę suchą planetę: kilka rachitycznych drzew, z których owoce stanowiły podstawę diety tubylców zaś czerwone, przesycone związkami żelaza powietrze, zabarwiało atmosferę na dziwny karmazynowy kolor. Dziwny, rzecz jasna dla ziemian. Wciąż łapał się na tym, że próbuje odnaleźć skrawki błękitu na tym niebie. Ale już samo słowo "niebo" nie pasowało do tego wszystkiego. 
   Westchnął i odsunął się od okna. Minęło już sześć lat, gdy dostał przydział do Pierwszej Międzygalaktycznej Placówki Dyplomatycznej (w skrócie brzmiało to FIDA od First Intergalactic Diplomatic Agency) i nic w życiu go tak chyba nie ucieszyło. Był to niewątpliwy awans, do tej pory rzadko kiedy latał poza obręb Układu Słonecznego. Miał co prawda rangę majora, mógł więc wystąpić o jakiś lepszy przydział, ale dawano mu do zrozumienia, że raczej nie będzie to dobrze widziane. W końcu zrozumiał dlaczego: był im potrzebny tu. 
   Po sześciu latach czuł się coraz bardziej wyalienowany. Nie chodziło rzecz jasna o samych tubylców. Mieli bardzo wysoką kulturę osobistą, zaś toczenie z nimi rozmów było prawdziwą przygodą intelektualną. Na mocy zawartych porozumień, FIDA zatrudniała czterech z nich na wysokich stanowiskach. Ponieważ ich imiona były nie do wymówienia, nazwano ich po ludzku. On sam miał zastępcę, rekrutującego się spośród nich. Nazywał się John Smith. Pozostali, spotykani czasem na korytarzach zostali przechrzczeni na John Doe, Robert Black oraz Margaret London. Tej ostatniej unikał jak tylko mógł. Po pierwsze czuł, że sześć lat bez kobiety nie wpłynęło hamująco na jego libido (a nawet wręcz przeciwnie), a po drugie Margaret potrafiła nawet najwytrwalszych zagadać na śmierć. W przypadku majora Kovalsky’ego było to o tyle prostsze, że patrząc głęboko w jej bursztynowe oczy, prawie w ogóle nie zwracał uwagi na rozmowę. 
   Usiadł na skrzypiącym krześle i zatopił się w myślach. Przerwało mu pukanie do drzwi. Za chwilę pojawił się w nich odpowiednik głowy Johna Smitha. 
   – Sir, przyniosłem terminarz wyścigu. 
   – Dobrze, możesz położyć, dziękuję. 
   Wyścig! Ten pieprzony wyścig. Kto to w ogóle wymyślił? Pytanie retoryczne. Oczywiście wiadomo kto. Zgodnie z zasadą chleba i igrzysk, FIDA co jakiś czas organizowała poglądowe lekcje ziemskiej kultury. Przebrnęliśmy już szczęśliwie przez lekcję pianina, gry w szachy, udało się nam również przełożyć powieści Edgara Allana Poe, Dickensa i parę innych, w tym – dla śmiechu – Ursulę K. Le Guin. 
   Rzeczywiście, ta ostatnia pozycja wzbudziła najwięcej wesołości. Jednak od ostatnich poglądowych lekcji, świadczących o tym jak wspaniała jest ludzka kultura i sztuka (trzeba przyznać – na marginesie – że oni też całkiem nieźle sobie radzili pod tym względem – pomyślał Kovalsky) minęło sporo czasu. A potem jakiś kretyn, pewnie w generalskim stopniu, który oczywiście zna planetę tylko z opowiadań, wymyślił, że trzeba im pokazać Tour de France. Pewnie Le Bon. Chociaż był Francuzem w szóstym pokoleniu wstecz, a od 200 lat, które minęły od unifikacji Ziemi nie miało to najmniejszego znaczenia, wciąż jeszcze dawały znać o sobie przywiązanie do tradycji i tym podobne archaizmy. 
   Gwoli prawdy on sam wspominał rodzinne potrawy, jak bigos czy ruskie pierogi i prostował za każdym razem, gdy ktoś twierdził, że ma czeskie korzenie. Polskie. Polskie korzenie, choć nigdy nie był na terenie dawnej Polski. Choć Polska już dawno rozmyła swoje granice. 
   Spojrzał na papier leżący na biurku. Tour de France. 
   Debile. 
   W tej atmosferze po przejechaniu pięciu kilometrów wszyscy zawodnicy odwodnią się na śmierć. Nawet w nocy rzadko kiedy spadało do 20 stopni Celsjusza. Co prawda nauczyliśmy się oddychać tym żelazistym powietrzem, ale lekarze wciąż nie potrafią odpowiedzieć na pytanie jak to wpływa na nasze organizmy. 
   Tour de France.

   II

   Major Kovalsky spojrzał w stronę zamkniętych drzwi w zamyśleniu. Swoją drogą to dziwne, że tak dobrze przyjmował ich obecność. Oczywiście różnili się w swojej wersji podstawowej. Wyglądali zupełnie inaczej, w atmosferze przesyconej żelazem również molekularna struktura ich ciał przybrała odmienne od naszych formy. Jednak przez kilka lat pokojowego współistnienia udało się sprawić, by pobyt tu był maksymalnie komfortowy. Zabrało to lata pracy naukowców (z obu stron), ale efekt był olśniewający. Owszem, zgoda, były to hologramy, często zapożyczone z ziemskiej popkultury, ale wyglądało na to, że czuli się dość swobodnie.
   Wzdrygnał się, myśląc o tym, jak sam wyglądał w ich oczach (czy jak to tam nazwać). Tuż po przyjeździe zażyczył sobie zobaczyć swój wizerunek. Wciąż jeszcze, choć minęło tyle lat, nie mógł tego zapomnieć.

   III

   – Panie kapitanie, a może pokażemy im piłkę nożną, football, albo choćby siatkówkę... 
   Kapitan Mugabe stał, oparty o barierkę w pomieszczeniu mieszczącym się w hangarze wahadłowców. Od trzydziestu minut dyskutował z żołnierzami na temat wyścigu. Nie znosił dyskusji, ale któraś z poprawek do Ziemskiej Konstytucji gwarantowała swobodę wypowiedzi. Również w wojsku. Przetarł spocone czoło rękawem. 
   – Jutro ląduje prom, który przywozi 50 rowerów. Jeśli chcecie, możecie grać w siatkówkę na rowerach, a i tak dopiero po tym, gdy przejedziecie całą wyznaczoną trasę.
   – Panie kapitanie... 
   – Czy myślicie, że mi się to podoba? Że nie wiem co to znaczy biegać albo jeździć na rowerze w tym żelazistym upale, kiedy opiłki tego gówna kaleczą skórę? – pogadanka z pięćdziesiątką szczęśliwców odbywała się bez udziału któregokolwiek z tutejszych pracowników placówki. W przeciwnym razie kapitan – jak zwykł to czynić – wzbiłby się na wyżyny pustego krasomówstwa i dyplomacji. Obecnie mógł sobie pozwolić na swobodniejszy język. 
   – Więc – kontynuował – jutro, gdy tylko prom wyląduje, rozgrzewka, a w przyszłym tygodniu robimy zawody, by pokazać naszym kosmicznym przyjaciołom, na czym polega duch sportowej rywalizacji. Być może Tour de France nie jest najlepszym sposobem na zamanifestowanie naszej wysokiej kultury osobistej i poszanowania reguł sportu, ale takie mamy rozkazy i niech mi którykolwiek dostanie rozwolnienia przed wyścigiem.
 
   IV

   Major szczerze tęsknił za stekami. Za schabowymi, które jego matka przygotowywała z taką pieczołowitością. Za głupim hamburgerem. Niestety, nie było żadnych zwierząt na tej planecie. Tylko rośliny. Nie raz zastanawiał się z czego oni właściwie wyewoluowali? Z drzew?
   To prawda – przyznawał w duchu wsuwając do ust kolejne kęsy – konieczność matką wynalazków. Potrafią zrobić takie rzeczy, o jakich nie śniło się naszym ruchom wegetariańskim. Wiele z tych posiłków biło na głowę – również wartościami odżywczymi – wszystko, co mogła mu zaproponować ziemska kuchnia. A jednak tęsknił za czymś krwistym. Prawdziwym. Soczystym. 
   Życzenia, takie jak to, czasem się spełniają. Najczęściej jednak w nieco przewrotnej formie. Major Kovalsky jęknął cicho, gdy na horyzoncie stołówki ukazała się Margaret i skierowała się do jego stolika. "No pięknie" – pomyślał major i zaczął zastanawiać się nad innymi, mniej kulinarnymi, brakami swojej obecnej egzystencji.

kolaż: Joanna Titeux/pinezka.pl


   V

   Najchętniej obserwowałby to wszystko z okien swojego oficerskiego pokoju dowodzenia. Albo położyłby się spać i kazał sobie dostarczyć raport noszący tytuł "Jak nam poszło". Mógłby też robić w tym czasie różne inne rzeczy, na przykład porozmawiać z Margaret, która siedziała na wielokroć już wykorzystywanej trybunie zaledwie kilka krzeseł dalej. Choć obiecał sobie dla dobra wszystkich trzymać się od niej z daleka, to jednak obietnica nie obejmowała takich kwestii jak zerkanie. Jej wyprostowany profil, widziany kątem oka, burzył majorowi krew. 
   Niestety, musiał siedzieć gdzie siedział. Jako głównodowodzący FIDA był obecny na wszystkich uroczystościach, tych ważniejszych i tych mniej ważnych. Pokazy Kultury należały do tych pierwszych. 
   Wyścig rozpoczął się pół godziny temu. Plany były proste. Tak proste jak krzywy był tor przejazdu. Pięćdziesięciu wybranych żołnierzy ruszało z punktu "START", objeżdżało dookoła górę, przy której rozlokowana była baza i dojeżdżało do punktu "META", który, tak się złożyło, pokrywał się z punktem "START". Potem zaś wszyscy okażą sobie nieco nadmierny szacunek, zaś najlepsi zostaną nagrodzeni medalami oraz dodatkowymi dniami urlopu. To ostatnie dawało gwarancję, że będą się ścigać, a nie jechać spacerkiem. 
   Cała trasa obstawiona była tubylcami. Było ich zatrzęsienie, zlecieli się naprawdę z daleka – jak wytłumaczył John Smith, który sprawiał wrażenie, jakby ich wszystkich znał osobiście. Rzeczywiście, na powodzenie Pokazów Kultury major Kovalsky narzekać nie mógł.

   VI

   Trasa, nawet w piekącym skwarze, nie powinna zająć więcej niż dwie godziny. Dwie godziny to było absolutne maksimum. Po upływie trzech godzin major Kovalsky zaczął się niepokoić. Po kolejnych dwudziestu minutach był już naprawdę zdenerwowany. John Smith stwierdził, że zejdzie porozmawiać ze swoimi, może ktoś zauważył, czy coś niedobrego nie stało się na trasie. 
   Wrócił niedługo potem i szepnął coś do Margaret. 
   Oboje odwrócili się w kierunku majora Kovalsky’ego. 
   Działo się coś złego, i to bardzo. 
   Zdążył nawet wyciągnąć pistolet i postrzelić Smitha, ale Margaret była szybsza. Ciosem dłoni powaliła go na ziemię. Tracąc przytomność pomyślał, że nie spodziewał się tyle siły w tak wątłym ciele.

   VII
     
   Gdy się obudził nie miał lewej ręki. Z rany sączyła się krew. Obok leżał, dysząc ciężko, John Smith. Również krwawił, tyle, że na niebiesko. "Wszystko na opak w tym pojebanym miejscu" – pomyślał Kovalsky i znów zemdlał. 
   Gdy ocknął się drugi raz, Smith wyglądał trochę lepiej, a całą twarz miał we krwi. Czerwonej. Ręka majora obficie krwawiła do jakiegoś naczynia. Opodal uwijała się Margaret, która sprawiedliwie rozdzielała krwawy posiłek między siebie i Johna Smitha. Oboje sprawiali wrażenie bardzo szczęśliwych. 
   Margaret podeszła do Kovalsky’ego i pogłaskała po policzku. – Kochany, to był cudowny pomysł z tym wyścigiem. Naprawdę świetny. Nawet nie przypuszczałam... Nie przypuszczaliśmy... Jeden z nich się przewrócił i rozciął dłoń. Zaczął ssać i krwawienie ustało. A potem drugi, ale skaleczył się w nogę. Nie mógł sobie pomóc, więc myśmy to zrobili. Och... – Margaret jęknęła zmysłowo, a Kovalsky’ego znów ogarnęła ciemność.

   VIII

   – Budzi się – głos niewątpliwie należał do Johna Smitha – panie majorze? Dobrze się pan czuje? 
   Kovalsky dźwignął się i wsparł na rękach. Dookoła stało ich całe mnóstwo. Nie da im wszystkim rady. Nie uda mu się ich wszystkich pokonać. Spojrzał w lewą stronę. Ręka była na swoim miejscu, ale wiedział, że nie należy do niego. Nie mógł nią ruszyć. Atrapa. Z tłumu obcych twarzy przebiła się w końcu znajoma i swojska. Kapitan Mugabe. 
   – Zemdlał pan – powiedział Mugabe – już posłałem po lekarza. Taki upał, wcale się nie dziwię. Podporucznik Owen udekorował wygranych, niech się pan nie martwi, wszystko będzie w porządku, cholerny gorąc. – Mugabe przedarł się do Kovalsky’ego i pomógł stanąć mu na nogi. – tylko trochę pan krwawi – dodał Mugabe.
   Kovalsky wyciągnął pistolet i zaczął strzelać na oślep.


Ilustrowała: Joanna Titeux/pinezka.pl

{jos_sb_discuss:10}  

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl