Zwycięstwo

ilustr. Joanna Titeux   Mówi się, że tylko ludzie kalecy znają to fizyczne uczucie objawiające się swędzeniem w odjętej nodze lub bólem w ręce, która uschła. Ale to nieprawda. Są sytuacje, choć być może należą one wyłącznie do przeszłości, mojej przeszłości, w których odczuwa się fizyczny brak i ból po kimś. Tak, jakby ktoś stał się dla ciebie – stał się dopiero, nie był od początku – przyrośniętym bratem bliźniakiem lub siostrą bliźniaczką. Zazwyczaj, gdy jest razem z tobą, wszystko jest w porządku, nie można stwierdzić, że cokolwiek prócz silnego przywiązania jeszcze jest między wami. A potem jedno znika i zostawia drugie, a wszystko wraca do normy...
   A czasem jest inaczej.


"Na pewno ta nieprawość nie będzie wam odpuszczona

dopóki nie pomrzecie"
Powiedział Pan, Bóg Zastępów
Iz. 22,14


   Szepnąłem tylko:
– Nazywam się Diego Carmena, ojcze – lecz tego już chyba nie usłyszał. Być może zresztą mi też się tylko wydawało, że to powiedziałem, a w rzeczywistości, czymkolwiek ona jest, nie byłem już w stanie powiedzieć niczego na tym najlepszym ze światów.
   Czasem, gdy siadałem przy stole z talerzem zupy albo pajdą chleba przed oknem, zza którego roztaczał się widok na morze (memento morie, pamiętaj o morzu), myślałem, że mógłbym spisać albo kazać spisać swoje wspomnienia. Ale ta ochota, która zresztą nie była specjalnie natarczywa, szybko ode mnie odchodziła. Nie mam nic do powiedzenia, nic takiego, co chciałbym, żeby zostało zapamiętane. Moje życie przeżyłem tak, jak inni, jestem tylko alternatywą dla was wszystkich. Od czasu do czasu jednak odczuwam istnienie czegoś, co nie mieści się w życiu, co poza nie wykracza, chciałbym wierzyć, że jest to Bóg, ale, choć nie mówię tego głośno, pogrzebałem Boga w ładowni statku Victoria między szóstym maja a dziewiątym lipca, roku, którego nie jestem w stanie zapomnieć, niezależnie od ilości wypitego alkoholu.

   Nic nie pamiętam z okresu przed pogrzebem Boga. Pamięć płatała mi figle, usuwała się w cień, często po powrocie budziłem się rano z poczuciem, że sen, który wciąż jeszcze trzymałem pod powiekami, miał swoje oparcie w rzeczywistości będącej moim udziałem. Ale potem, gdy patrzyłem na memento morie, uzmysławiałem sobie, że nic się nie stało. Nic takiego nie wydarzyło się w moim życiu, zaś wszystko, o czym śniłem nie było prawdziwsze od jednorożców czy dzikich zebr, ponoć gdzieś żyjących. To błąd dopatrywać się w snach odzwierciedlenia rzeczywistości. Moje sny, zwłaszcza rozpamiętywane podczas wyglądania przez okno, nie miały żadnego realnego odniesienia, bo rzeczywistość przecież dobrze pamiętam.

   Szóstego maja zobaczyliśmy Przylądek Dobrej Nadziei. Ja i Juan domagaliśmy się od Elcana zawinięcia do jakiegoś portu. Elcan dobrze zdawał sobie sprawę z tego, co to oznacza. Kończyły się zapasy pitnej wody, a do jedzenia pozostało już tylko kilka garści ryżu na każdego. Przy sprzyjających wiatrach i dobrej pogodzie, racje żywnościowe przedstawiały się tak, że każdy z nas, członków załogi, jeśli podzielimy rację równomiernie – co było nierealne – może liczyć na dwie garści ryżu dziennie. I kwartę wody.
   Zawinięcie do portu, z czego wszyscy, łącznie z nami, zdawali sobie sprawę, było ogromnym problemem. Victoria wracała z wyprawy dookoła świata, wyprawy, która prócz niepowetowanej straty, jaką odnieśliśmy smutnego dnia dwudziestego siódmego kwietnia zeszłego roku, niosła ze sobą niebywały sukces. W ładowni statku mieliśmy dwadzieścia sześć ton cynamonu i goździków, co oznaczało, że mieliśmy dwadzieścia sześć ton złota. Każdy port, nawet najprzyjaźniej usposobiony, był potencjalnym zagrożeniem. Ładunku i naszego życia – z czego niestety również dobrze zdawaliśmy sobie sprawę. Ponadto trzeba było uważać na brytyjskich korsarzy (oficjalnie nieistniejących), którzy prawdopodobnie wiedzieli o naszym powrocie.
   Zawinięcie do portu oznaczało śmierć hipotetyczną, żeglowanie dalej obranym szlakiem i liczenie na łut szczęścia oznaczało śmierć niechybną.
   Elcan przyjął mnie i Juana w swojej kajucie. Wysłuchał i oświadczył, że nie zawiniemy do żadnego portu, a jeśli chodzi o śmierć, to powinniśmy zdać sobie sprawę, iż jest jeszcze jedna możliwość – otóż może on nam ją zadać osobiście. Dodał, że możemy mu wierzyć na słowo - zrobi wszystko, by statek dopłynął do Sewilli cały i nienaruszony, a jakikolwiek przejaw niesubordynacji spowoduje, że w obliczu tortur zatęsknimy za śmiercią głodową.

   Elcan nie był okrutnikiem. Miał dość miłą powierzchowność i – choć to nadzwyczaj trudne na statku – zawsze był nienagannie ubrany. Nosił brodę, którą starannie przycinał co rano i nigdy, nawet w największe sztormy, nie widzieliśmy go bez kapelusza z piórem. Został wybrany osobiście przez Magellana do dowodzenia Victorią i pokładanego w nim zaufania nigdy – nawet po śmierci mistrza – nie zawiódł. Prawdopodobnie potrafiłbym Elcana surowo ocenić, mógł przecież wysadzić załogę już na Przylądku Dobrej Nadziei, a nie dopiero na Cape Verde, ale podejrzewam, że wówczas jeszcze, gdy z Juanem stawiliśmy się w jego kajucie, miał nadzieję na pomyślny obrót spraw. Nie mogę mieć mu za złe tego, co się stało potem, w końcu zawiódł nawet Bóg, pogrzebany na Victorii, dlaczego nie mógłby zawieść kapitan, będący tylko człowiekiem. Błądzić – memento morie – jest rzeczą ludzką.

   Tak naprawdę nie potrafię dziś ocenić, dlaczego akurat my dwaj staliśmy się rzecznikami świata. Być może była w tym zapowiedź tego, że jeden z nas miał zapłacić za to wszystkim, a drugi przeżyć, by zachować w pamięci te dwa miesiące. Być może dlatego, że tym drugim miałem być ja.
   Juana de Chinchillę poznałem bliżej dopiero w drugim roku wyprawy. Oczywiście, służenie na tym samym statku wymuszało częste kontakty, ale nie oznaczało to jeszcze koniecznie przyjaźni, zwłaszcza że statek jest organizmem, a marynarze jego członkami. Każdy z nas był odpowiedzialny za funkcjonowanie wszystkiego; często trzeba było wykonywać nie swoją pracę, by statek mógł płynąć dalej. W takich warunkach patrzysz na pozostałych jak na siebie, trudno jest poczuć coś więcej prócz konieczności tego, co musi być i co musi się dziać, a przyjaźń przecież nie jest koniecznością, lecz wyborem.
   Był dość niskim i krępym mężczyzną, którego z największym trudem dało się skłonić do mówienia inaczej niż szeptem. Statek to oczywiście jeden wielki wrzask, głównie dlatego, że morze stara się zabić wszystkie odgłosy nie pochodzące od niego samego. W momentach, gdy trzeba było krzyczeć, Juan krzyczał. Przez pozostały czas mówił szeptem. Nawet wtedy.
   Wiem, że opłynęliśmy dookoła prawie całą ziemię. Mówili o tym. Pisali nawet i gdybym lepiej umiał czytać, może potrafiłbym w to uwierzyć. Ale po powrocie nie było na ziemi siły, potrafiącej zmusić mnie do powiedzenia czegokolwiek. Gdy zniesiono mnie na ląd, byłem już w stanie uwierzyć we wszystko, również w to, że nazywam się Juan de Chinchilla, zaś Diego Carmena, mój przyjaciel został pożarty przez ocean 16 czerwca.
   W sewilskim porcie mogłem już uwierzyć we wszystko, każde zdarzenie, przeszłe i teraźniejsze stało się równie prawdopodobne. Skąd się bierze prawda, skoro oczy nie pracują jak powinny, skoro węch podsuwa aromaty, których nie ma, skoro można dotknąć nieistniejącego. Każda rzecz i każde zdarzenie niesie ze sobą swoją własną prawdę, którą odkrywamy dopiero i opisujemy, posługując się słowami i obrazami, najlepiej jak potrafimy, ale mówili nam przecież, że każda prawda pochodzi od Boga, on ją ostatecznie odnajduje i szepcze co nią jest, a co tylko udaje. Co się dzieje z prawdą po jego śmierci? Gdzie się podziewa, gdzie się chowa, kto ją w ostateczności opisuje, przyznaje rację i rozsądza? Każdy człowiek jest jak dziecko, potrzebuje opieki i podpory, kogoś, kto mu powie, że wszystko jest w porządku lub nakrzyczy, że wcale nie jest. Komu miałbym, gdy, otoczony opieką lekarzy, leżałem w sewilskim porcie, zawierzyć, gdyby mi powiedziano, że mam na imię Juan? Moje oczy oślepły od słońca w mojej głowie szaleje sztorm.
Teraz nie jestem w stanie uwierzyć w świat poza morzem i w ludzi poza sobą.


   Czym się zajmowaliśmy przez te długie dni i noce, gdy statek płynął mozolnie na północ, gdy Przylądek Dobrej Nadziei stał się nadzieją płoną i zawiedzioną? Pamięć, ta kapryśna i falująca istota w mojej głowie, podsuwa mi wiele fantastycznych obrazów. Zwijaliśmy liny, bawiliśmy się, nikt o nic nie dbał. Którejś nocy obudziłem się z poczuciem, że ucztowaliśmy, innym razem znów urządziliśmy rzymskie igrzyska. A przecież nie spróbowaliśmy żadnego buntu na pokładzie. Być może byliśmy na to za głupi, być może trafiła nam do przekonania groźba Elcana. Nie zrobiliśmy nic, gdy dwie garści ryżu zmniejszyły się (dla nas, oczywiście, nie dla niego) do jednej garści, a następnie do ćwierci. Potem nie potrafiliśmy zrobić już nic.
   13 czerwca, po blisko dwóch tygodniach głodówki Juan zniknął. Nikt tego nie zauważył, prócz mnie. Nikogo – prócz mnie – to nie obchodziło.
   Dwa dni wcześniej, leżąc pod pokładem i nasłuchując morza, odbyliśmy ostatnią rozmowę, której treści oczywiście nie pamiętam. Niewiele pamiętam. Mówiliśmy o tym, że to koniec, morze było spokojne, wiatr się nie zrywał. Poruszaliśmy się do przodu tylko przypadkiem. Poprzedniego dnia oddaliśmy morzu dwóch marynarzy. Jeszcze poprzedniego – jednego. Wszyscy powoli umieraliśmy, wszyscy oczekiwaliśmy, że stanie się cud, który nie nadchodził. Elcan od czterech dni już w ogóle się nie pokazywał. Życzyliśmy mu powolnej, głodowej śmierci, która stawała się naszym udziałem, choć każdy z nas zdawał sobie sprawę z tego, że na niego akurat śmierć nie czyha. Przynajmniej nie na tym statku.
   Juan opowiadał o sobie i o tym, dlaczego dziś leży tutaj ze mną, na swojej pryczy i dlaczego opowiada. Jego szept wwiercał się w moje uszy, chciałem się go pozbyć, bo przecież Juan był mną, częścią tego samego statku, tą samą ręką, która obejmowała liny i tymi samymi nogami, które wspinały się na bocianie gniazdo. Sam do siebie wtedy szeptałem i sam sobie odpowiadałem, że nic nie mogę zrobić.

   Głowa człowieka głodnego jest na przemian pusta i pełna. Wie, co trzeba uczynić, ale nie jest w stanie tego zrealizować. Wie, czym ma się zająć, ale pod pewnymi, niespełnionymi, warunkami. Nie chodzi o to, że coś można zrobić. Chodzi o to, że umysł, jako ostatni, godzi się z rzeczywistością. Ciało jest zbyt wycieńczone, by podnieść się i coś uczynić, umysł cały czas analizuje i przedstawia swoje pustynne miraże. Człowiek głodny jest człowiekiem sparaliżowanym, człowiekiem, któremu wszystko się wydaje. I nic się nie dzieje. Głowa człowieka głodnego staje się pusta jak jego żołądek, głowa się poddaje, ale tylko na chwilę. Bierze oddech i mówi, mówi, mówi, co można zrobić, co trzeba zrobić, co da się zrobić – trzeba, musisz, powinieneś, zrób. Wyobraźnia jest najgorszą z trucizn.
   Juan mówił i przekładał swoje słowa na fikcyjne czyny. A potem zniknął.

   Mówi się, że tylko ludzie kalecy znają to fizyczne uczucie objawiające się swędzeniem w odjętej nodze lub bólem w ręce, która uschła. Ale to nieprawda. Są sytuacje, choć być może należą one wyłącznie do przeszłości, mojej przeszłości, w których odczuwa się fizyczny brak i ból po kimś. Tak, jakby ktoś stał się dla ciebie – stał się dopiero, nie był od początku – przyrośniętym bratem bliźniakiem lub siostrą bliźniaczką. Zazwyczaj, gdy jest razem z tobą, wszystko jest w porządku, nie można stwierdzić, że cokolwiek prócz silnego przywiązania jeszcze jest między wami. A potem jedno znika i zostawia drugie, a wszystko wraca do normy. Jestem przecież jednostką i moja jednostkowość jest samowystarczalna. Urodziłem się i oddzieliłem od wszystkich innych. Mój rejs jest rejsem samotnym i musi takim być. Ci, którzy podtrzymują mnie pod ramiona, czasami są równie samotni i na równi ze mną leczą rany po rozstaniu. Rany... draśnięcia, spójrzmy prawdzie w oczy. Tylko draśnięcia.
   A czasem jest inaczej.

   Nie byłem w stanie tego zrobić, ale jednak poszedłem go poszukać. Poszedłem, choć moje nogi nie nadawały się do chodzenia. Poszedłem poszukać, choć moje ręce straciły czucie. Poszedłem go poszukać, choć moje oczy nie były w stanie niczego już rozpoznać.
   Juan umarł.
   Juan umarł szczęśliwy. Znalazłem go w ładowni koło góry goździków. Nie wiem, dlaczego – być może tylko po to, bym mógł o tym komuś opowiedzieć – nie poszedłem w jego ślady. Aromatyczna, wwiercająca się w nozdrza, śmierć (a ja wtedy już przecież nic nie czułem).
   Obok Juana leżał jeszcze ktoś, równie martwy, z równie wzdętym brzuchem i równie błogim, choć wykrzywionym, grymasem na ustach. Poznałem go od razu, zbyt często widziałem jego podobizny na obrazach, Gloria in excelsis Deo.

   Potem wszystko stało się prostsze. Dziewiątego lipca wysadziliśmy na ląd trzynastu spośród nas, którzy nie byli w stanie dalej płynąć. Mnie wśród nich nie było. Ozdrowiałem po śmierci ich obu. Mogłem już nic nie jeść i rzeczywiście prawie tego nie robiłem. Czasem tylko łapałem się na tym, że obaj umarli mnie bolą. Tak do siebie podobni w ostrej, choć wciąż niewyczuwalnej, woni goździków i słodkiej woni śmierci, już pozostali ze mną na zawsze.
   Nie wysiadłem dziewiątego lipca. Zapasy, które wtedy zrobiliśmy sprawiły, że powoli wracaliśmy do zdrowia. Jednak tydzień przed Sewillą zachorowałem. Śniłem wtedy więcej niż zazwyczaj. Śniło mi się, że straciłem przyjaciela i coś jeszcze, ale sny nie mają przecież powiązania z rzeczywistością. Znieśli mnie na ląd i dopiero tam ozdrowiałem. Zanim jednak to nastąpiło, odwiedził mnie ojciec Ernesto, by udzielić ostatniej spowiedzi. Chciałem zapytać, przed kim się spowiadam, skoro Bóg umarł w ładowni Victorii, ale nie starczyło mi sił.
– Bóg z tobą, Diego Camenera – powiedział ojciec Ernesto, a ja pomyślałem, że Bóg raczej z Juanem. Nie powiedziałem mu tego; szepnąłem tylko:
– Nazywam się Diego Carmena, ojcze – lecz tego już chyba nie usłyszał.

© ydorius 27 I 2006


Ilustrowała: Joanna Titeux/pinezka.pl

{jos_sb_discuss:10}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl