Wstręt



ilustr. AnetaHg     Wkrótce potem wybrałem się do lekarza, no bo w końcu ile można? Odsiedziałem swoje w poczekalni, wśród ludzi plujących płucami i przewracającymi się pod nogi sióstr niemiłosierdzia, które mimo tego utrzymywały równowagę psychiczną i wymijały ich tanecznym krokiem. Jakieś wszystko zdało mi się to przesadnie teatralne i jakby na potwierdzenie moich przypuszczeń rozwarła się kurtyna drzwi gabinetu i lekarz o chłopskiej, czerstwej twarzy i takich rękach zaklaskał na mnie i zaprosił do środka.
    W drzwiach minąłem staruszkę z zepsutym obliczem, która wyglądała tak, jakby już przeleżała, na próbę, kilka tygodni w grobie.
    Co mi jest, zapytał lekarz czerstwym głosem, przywodzącym na myśl glinę padającą na glinę, a ja mu powiedziałem o tym wszystkim, no bo w końcu ile można? 

    Powiedziałem, że w sumie chyba zaczęło się od tego, że przestałem móc patrzeć na jedzenie. Przestało mi sprawiać przyjemność. Rano odrzucało mnie od świeżego pieczywa, nie byłem w stanie uchylić drzwi lodówki, by nie natknąć się na zapach jedzenia, który zaczął powoli zdawać mi się być odorem nie do zniesienia. Wędliny, za które każdy dałby się pokrajać żywcem dwadzieścia lat temu, zaczęły mi śmierdzieć krwią martwych zwierząt, trupioczarnymi zaschniętymi strupami. Nabiał pachniał zjełczeniem, jakąś szczególną nieświeżością, w której nie było nic ze słodkokwaśnego zapachu zsiadłego mleka.
    Jadłem więc tylko tyle, ile było konieczne, starając się nie patrzeć na to wszystko, nie myśleć o tym, w jaki sposób się to wszystko wytwarza. Być może z tego osłabienia straciłem zainteresowanie sytuacją w kraju. Coś ktoś tam podpisywał, ginęli ludzie, zamarzali, czy co tam jeszcze się z nimi działo, premier, którego twarz również mi się w głowie zatarła, z czego byłem nawet zadowolony, gdzieś wyjeżdżał i coś załatwiał, ale miałem wrażenie, że któryś poprzedni też już wyjechał i też już to załatwił. Politycy bili się na wizji i obrzucali wyzwiskami, a mnie to już w ogóle nie obchodziło. Oglądałem kreskówki, ale bez przemocy, bo przemoc, nawet kreskówkowa, też pachniała sinobladym trupem.
    Żebym chociaż pił, powiedziałem w kierunku czerstwego doktora, który słuchał ze skupieniem, o które zrazu bym go nie podejrzewał; to bym pomyślał, panie doktorze, że jestem po prostu alkoholikiem, zapisałbym się gdzieś, albo zanurzył w nałóg, by w ten sposób poradzić sobie z nie wiadomo jak długą resztą życia. Ale nie, piję umiarkowanie, raczej mam wrażenie, że zwykłem się alkoholem dezynfekować z tego wszystkiego co się dzieje dookoła – z zepsutego jedzenia, i z polityki, i z ludzi, i w ogóle ze wszystkiego.
    Ale najgorsze jest to, że już właściwie się nie budzę, panie doktorze. Nie wiem, dlaczego jeszcze żyję, chyba z przyzwyczajenia. Rano w ogóle nie wstaję, a gdy się już obudzę, leżę z zamkniętymi oczami licząc na to, że znów uda mi się zasnąć i często rzeczywiście mi się udaje. A jeśli nie, to leżę w łóżku i boję się wstać. Strach ten rzuca mi się do gardła, czuję, że się duszę i nie mogę ruszyć żadną ręką, żadną nogą. Paraliżuje mnie strach o to, że będę musiał zjeść śniadanie i spotkać się z jakimiś ludźmi, którzy nie myślą o tym, o czym ja myślę, a częstokroć mam wrażenie, że nie myślą o niczym, że są jak ludzkie wydmuszki, z których coś wyssało dusze, być może zresztą sami się jej pozbyli, zrobili sobie autolobotomię. Tylko skąd tyle agresji w nich w takim razie, panie doktorze? Więc nie potrafię wstać, ale w końcu to robię, idę coś zjeść i siadam przed telewizorem, by obejrzeć kolejną dawkę katastrofalnych wieści. I nie wiem, panie doktorze, naprawdę nie wiem, co mam zrobić z tym pięknie rozpoczętym dniem.

ilustr. anetaHg

    Tak mu powiedziałem, a pod koniec pan doktor o czerstwej twarzy i skupieniu pod czaszką wstał, stanął za mną i położył mi rękę na ramieniu. Stwierdził, że pewnie chciałbym diagnozę, a ja powiedziałem, że owszem, chętnie się dowiem, co mi jest i jak to leczyć. A on powiedział, że nic mi nie jest i nie da się tego wyleczyć, i że to świat jest chory, ale na to nic nie poradzę. Po czym przeszedł trzy kroki i wyciągnął z szuflady pistolet. Podał mi go, sięgając przez biurko, a ja posłusznie strzeliłem sobie w twarz.

© ydorius 8’II’2006



Ilustrowała: anetaHg/pinezka.pl


{jos_sb_discuss:10}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl