25 listopada 1840


   Nie, żaden fortepian nigdy nawet się do tego nie zbliży, żadna symfonia nie mogłaby osiągnąć siły kuli armatniej, gdyby włączyć do niej fortepian. Nie można przenieść tej bitwy na scenę, ona musi się rozegrać tu, pomiędzy skrzypkiem a widownią, między smyczkiem a resztą świata. W koncertach fortepianowych, nawet Jego koncertach, wszystko rozgrywa się poza słuchaczami. Jakże piękna papierowa katastrofa. Jakże podniosła zatęchła atmosfera. Tam. Nie tu.


"Muzyka wprowadza jedność i porządek
w zawiłość i pogmatwanie życia.
Uchylając czas uchyla śmierć,
a jednak w każdym takcie
pozwala powstawać jej na nowo".

Hermann Broch, Lunatycy


   Czasem łapię się na tym, że znów, jak za dawnych czasów, chciałbym jej wysłać liścik, może zaprosić, a ona przecież jest już tu, słyszę ją (choć czasem naprawdę wolałbym nie), jak ćwiczy, męka odtwórcza, ćwiczenie palców, uwielbiam te palce. I mimo tego, że ją przecież słyszę, chciałbym się z nią umówić na wieczór, Klaro, znów chciałbym ci powiedzieć, jak bardzo cię kocham. Ale teraz nie wolno ci przeszkadzać, skoro słyszę, jak ćwiczysz, skoro jesteś tam, na dole i słyszę uderzenia w klawiaturę. Mnie też nie można przeszkadzać, bo jestem na górze i przede mną papier nutowy, trzeba go zapisać, zanim wena ucieknie.

   Pierwsze szkice, ostatnie szkice, czuję czasem to brzemię, którego nie potrafię się pozbyć, nawet gdy zapiszę, gdy już je z siebie wyrzucę. Nie wiem, jak oni sobie dawali z tym radę, nigdy nie miałem śmiałości do orkiestrowych prac, nie ze względu na rozmach, z jakim trzeba to zaplanować, po prostu nie mogę uwierzyć, że nad tym wszystkim da się zapanować, że w końcu udaje się nawiązać kontakt ze wszystkimi z osobna i w ogólności, że skrzypce w końcu zespolę z altówkami, a te z wiolonczelami. Feliks jest pod tym względem zdolniejszy, nie mogę się go doprosić, by w końcu zdecydował się na domknięcie Szkockiej, a przecież sam musi czuć, że ten niedokończony fragment ciąży coraz bardziej. Zazdroszczę mu, zazdroszczę w gruncie rzeczy im wszystkim. Hectorowi, nigdy tego nie zapomnę, rok i trochę po tym, jak poznałem Klarę, takie to było wszystko dziwne i to, że w końcu zdecydował się na pięć części… niepojęte, wzbudziło we mnie strach. Ale nie można było zawrzeć tego w czterech, dobrze o tym wie, kolejny geniusz.

   Jeśli o mnie chodzi, to oczywiście wolę kameralnie. Kwartet, góra kwintet, gdyby nie presja Klary (...tak bym chciała, żebyś otworzył się na muzykę symfoniczną, tylko to przecież pozwoli ci wypłynąć na szerokie wody...) i jej niewzruszona wiara w mój talent, którego przecież nie mam tyle co oni, co On zwłaszcza. On się już nie powtórzy, właściwie zastanawiam się nad tym, czy mógł zaistnieć, czy w ogóle był możliwy, a może to był tylko miraż, może nikt taki jak On nie istniał. Otworzył na muzykę symfoniczną... Po tym jak On wyłamał wszystkie drzwi, co jeszcze zostało do otworzenia? Oczywiście, śmiałość Hectora i niestrudzoność (jest takie słowo?) Feliksa, już samo to... Ale ja przecież mogę tylko dla niej, na fortepian albo w duecie, niech mnie nie opuszcza, niech próbuje, w ten sposób znów będzie ze mną na nowo, prawie tak, jakbym wysyłał jej list, by znów się z nią spotkać i powiedzieć to na nowo, choć to już niemożliwe.
   Ćwiczy Schuberta.

    
   Dlaczego tak na to nastaje, przecież dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że nie mogę jej włączyć do symfonii. Nie tylko dlatego, że Jemu by się to nie podobało (ile to już lat?), po prostu nie da się. Nie wiem, czy ktokolwiek do tej pory zdał sobie z tego sprawę, że dwa podstawowe instrumenty, skrzypce i fortepian, mają tak odległe role. Fortepian jest samotnym królem. Gdy słucham, Jego albo czyichkolwiek innych, nawet feliksowych, koncertów fortepianowych, słyszę wyraźnie: fortepian zawsze staje w opozycji do reszty, gdy zaczyna, wszystko milknie. I nawet gdy przecież homofonia i zgodność, to jednak cała reszta tylko czeka, by go zgnieść i zabić. Rozmawiałem z Klarą, ale nie rozumie, o czym mówię. Przecież harmonia i spójność… ale to tylko pozory. Fortepian nie potrafi, nie jest stworzony do tego, by grać w orkiestrze, nie mógłbym, nie potrafiłbym, włączyć do symfonii. Fortepianowe frazy nie są zresztą uszanowane, są przekręcone i zmienione, ta ciągła walka, dominacja, kto głośniej, czyje na wierzchu, a przecież nie ma tu żadnych szans. Symfonia z fortepianem byłaby śmiercią pianisty, jego końcem. Gdyby był skrzypkiem, każde pociągnięcie po strunach byłoby wzmacniane, każdy dźwięk kontynuowany, nawet klarnet potrafi wesprzeć skrzypce, nawet werbel podkreśla ich moc. Skrzypce są przyzwyczajone do tego, że orkiestra jest ich zbrojnym ramieniem, gdy chcą uderzyć, wystarczy tylko wykorzystać całą resztę, słodka tyrania, jakie to zwodnicze, to całe granie na czas, to adagio w drugiej części, w najgorszym razie andante, to przygotowywanie, te dźwięki, które potrafią ukoić, by nikt nigdy nie potrafił się domyślić, że to nie orkiestra rozsmarowuje wszystkich po sali, nie dyrygent swoim kunsztem, że wszystko zostało już zaplanowane, na skrzypcach wszystko się zaczyna, to one dyktują tempo i one w końcu stanowią o ostatecznej apokalipsie. Nie, żaden fortepian nigdy nawet się do tego nie zbliży, żadna symfonia nie mogłaby osiągnąć siły kuli armatniej, gdyby włączyć do niej fortepian. Nie można przenieść tej bitwy na scenę, ona musi się rozegrać tu, pomiędzy skrzypkiem a widownią, między smyczkiem a resztą świata. W koncertach fortepianowych, nawet Jego koncertach, wszystko rozgrywa się poza słuchaczami. Jakże piękna papierowa katastrofa. Jakże podniosła zatęchła atmosfera. Tam. Nie tu.
   Nie jestem okrutny. Nie potrafiłbym tego zrobić Klarze. Ona tego nie rozumie.
   Mozart. Znów gra Mozarta, musi być zmęczona.

   Ale nie mogę przyznać, że tego nie czuję. Nawet gdy przesuwając palcami po klawiszach zdradza mnie z nimi, i tak wiem, że wierzy we mnie i tylko we mnie tak, jak gdyby oni nie istnieli. I czuję, że spoczywa na mnie odpowiedzialność. Dobrze, iż Feliks mnie rozumie, zresztą wydaje mi się być lepszy, ciekawe, dlaczego Klara tak nie uważa, dlaczego ona wciąż jeszcze sądzi, że zostałem obdarzony większym talentem, że umiem więcej albo że jestem po prostu zdolniejszy. Potęga miłości? Może już tylko przyzwyczajenie, po dwunastu latach to w końcu nic dziwnego...
    I czuję tę nadciągającą burzę. Wiem już, jak ich poprowadzić, jak sprawić, by poczuli powiew bitwy i zapach krwi. Trzecia część (może przesunę ją na koniec, nie, chyba nie). Powinno popękać sklepienie, Feliks poprowadzi ich na zgubę, może On byłby chociaż trochę usatysfakcjonowany, chociaż nie wiem czy by to docenił. Mierny epigon, co można powiedzieć w kwestii symfonii po tym wszystkim?


   Nie mogę ot tak, po prostu uznać, że nie ma żadnego problemu. Wszystkie cztery części kończą się tak, jakby to już był finał, a przecież jeszcze chcę im to opowiedzieć, by mogli poczuć, ale mam wrażenie (dziwne - nigdy nie rozmawiałem o tym z Feliksem), że oni już tego nie chcą, nie potrzebują, że bieg, do którego ich zmuszam na samym początku, wyczerpuje ich do cna, już mogliby wrócić do domu i posiedzieć w ciszy albo od razu położyć się do łóżka i kochać z pasją, bo przecież ostatecznie do tego się wszystko sprowadza. Ale ja ich trzymam i nużę ostatecznie, w trzeciej części, gdy już wiem, a oni przewidują, że nie wytnę im numeru na miarę Hectora, są tacy osłabieni, nie mają sił, by siedzieć; widzę, jak ktoś się osuwa, może ma zawał serca, może coś w nim pękło, a ja cały czas każę im jeszcze biec i wiem, ja jedyny wiem, że już za chwilę pociągnięcie smyczkiem spuści im na głowy cały wodospad, że po biegu, do którego ich zmusiłem, będą musieli nauczyć się jeszcze pływać, jakież to niekomfortowe w tych warunkach, jak szybko będą musieli to uczynić. A to dopiero trzecia część, zaczyna się tak, że będą musieli poczuć, iż nie mam litości, nie dlatego że jestem okrutny, nie jestem, mam dużo dobrej woli.

   Ale w końcu muszą pojąć, że to nie jest zabawa i rozrywka, że nie można ot tak wrócić do domu i wejść do łóżka. Że ten flirt, dla mnie tylko połowicznie być może, ale dla nich (ciekawe czy też czujesz Klaro ten dotyk śmierci, delikatny lodowaty powiew) skończył się tak, a nie inaczej. Że wszyscy w końcu przypłacili go nędzną śmiercią, że ja i Feliks także za to zapłacimy, że haniebna śmierć Franza nie była dziełem przypadku, że gdy On cierpiał, nie cierpiał z woli Boga, lecz dlatego że wdał się w romans z Muzyką, a ona nie bierze jeńców. I że to ona nie zna litości, nie ja. Ja tylko zapisuję, co mi dyktuje i być może nie potrafię przestać, choćbym chciał. I że żaden z nas nie będzie pracował połowicznie, wtedy gdy akurat chce czy też wena twórcza mu pozwala. Ja jestem niewolnikiem, każdy z nas był niewolnikiem, dla nas nie ma słodkiego powrotu do domu, nawet Odyseusz był szczęśliwszy, każdy nasz sukces jest z góry niedoszacowany, nikt nigdy się nie dowie, czym zapłaciliśmy za nasze zajęcie, za nasze przekleństwo.

   Chciałbym do niej zejść i ją przytulić. Powiedzieć: Klaro, już nie będę, ucieknijmy od tego, bez niczego, już mogę zostać człowiekiem. Już tego nie potrzebuję, może ona nie potrzebuje też mnie i da nam spokój, nie będzie ścigać, choć dopadłaby nas, gdyby tylko zechciała. Zostaw czarnobiałego potwora, tu, niech będzie sam, niech przegra w ciszy, niech już nikt nie posługuje się nim jak mieczem. Damy radę. Kocham Cię.

 Ale dobrze wiem, że nie potrafię.
 To jednak będzie trzecia część.
 Czwartą popełnię samobójstwo Samsona.

© ydorius 30’I’2005

Ilustracje: Joanna Titeux/ pinezka.pl

{jos_sb_discuss:10}

 
 
 
 
 
 

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl