Krem z papai przy kominie


   Poznaliśmy się w zwyczajnych okolicznościach. Staliśmy w kolejce do kasy w hipermarkecie. Szukała drobnych w portmonetce, kiedy nagle wypadło jej kilka monet, konkretnie trzy grosze. Wiem, bo je podniosłem i chciałem oddać. Machnęła w pośpiechu ręką:  – A tam, trzy grosze, nie warto. – Można by za to pójść do opery – odpowiedziałem.


   Na samym początku chciałbym podkreślić, że z wielkim trudem przychodzi mi  pisanie o tym, o czym wolałbym zapomnieć. Jednak kiedy już dopuściłem się nieprzyzwoitych czynów, odczuwam pewną satysfakcję, że zdecydowałem się do nich przyznać.

   Wygląda na to, że jestem typowym facetem z ograniczonym polem widzenia. Bo przez co innego mam teraz obciążone sumienie? Nie, nie staram się usprawiedliwiać. No, może trochę. Po tym, jak pierwszy idealny mężczyzna uległ woli własnego żebra, tak już chyba pozostanie.

   Poznaliśmy się w zwyczajnych okolicznościach. Staliśmy w kolejce do kasy w hipermarkecie. Szukała drobnych w portmonetce, kiedy nagle wypadło jej kilka monet, konkretnie trzy grosze. Wiem, bo je podniosłem i chciałem oddać. Machnęła w pośpiechu ręką:  – A tam, trzy grosze, nie warto. – Można by za to pójść do opery – odpowiedziałem. Chyba zorientowała się, co miałem na myśli i spodobało jej się takie "esprit a propo", bo pozwoliła mi nieść swoje zakupy aż na przystanek. Między Bogiem a prawdą, była to droga przez mękę. Nieść sześć pełnych reklamówek! Ale tego swojego zaangażowania pożałowałem dużo później.
   Tłum nie patrzył na mnie przychylnym okiem i trudno mu się dziwić. Obydwoje wyglądaliśmy na zdrowych i krzepkich, więc dlaczego tylko ja robiłem za tragarza? Z takimi atawizmami nie można i nie powinno się egzystować wśród innych homo sapiens. Sapiens! Myślący, a nie bezmyślny. Oczywiście, teraz zdaję sobie sprawę, że prawdziwy szacunek i sympatię okazałbym pozwalając jej nieść przynajmniej połowę tego, co wcześniej zakupiła. W końcu panuje ogólnie uznana zasada, która sprawdza się nie tylko w przypadku piwa: "Ładnego piwa sobie nawarzyłeś/nawarzyłaś, to je teraz wypij". Nie muszę chyba tłumaczyć, że te słowa odnoszą się do odpowiedzialności.

   Jeżeli już oczyszczam sobie sumienie, nie pominę żadnego szczegółu. Cały czas zwracałem się do niej per "ty". To również nie przysporzyło mi sympatii mas mijających nas na ulicy. Wszyscy wiemy, jak bardzo trzeba uważać w relacjach międzyludzkich. Przyjęło się nie zwracać do nikogo, znajomego bądź nie, używając form typu: "ty", "wy", "one", etc., gdyż mimowolnie i bardzo łatwo można się z nich ześliznąć w wyrażenia w rodzaju "mogłabyś coś dla mnie zrobić" lub "czy byłabyś taka dobra i...". Takie zwroty nie są stosowne, bo wskazują, po pierwsze na zaangażowanie emocjonalne mówiącego, a emocje i ich nasilanie są przyczyną gwałtów i morderstw, po drugie – są poniżające dla kobiet i mężczyzn, bo klasyfikują ich do jednej z dwóch płci. Najbezpieczniej i o wiele uprzejmiej jest, o ile to tylko możliwe, a podobno przy dobrych chęciach możliwe jest wszystko, stosować formy i zwroty bez jakiegokolwiek zabarwienia. Warto, dla uniknięcia nieprzyjemności, ograniczyć bogactwo językowe i zamiast, np. "czy byłabyś taka dobra i..." mówić "czy możesz...". Ta ostatnia forma nie brzmi, co prawda, jak zalecenie z podręcznika dobrych manier, ale może być z powodzeniem stosowana zarówno wobec mężczyzny jak i kobiety; jest poprawna i godna naszych czasów.
   Jeśli ktoś nie zorientował się jeszcze, chciałbym wyjaśnić, że zwrot, którego użyłem wcześniej – odnoszący się do ulegania woli własnego żebra – nie jest w żadnym wypadku niestosowny. Wbrew plotkom rozsiewanym przez niektórych zagorzałych tradycjonalistów, bynajmniej nie chodzi tu o kobietę. Takie poglądy wynikają tylko z niezrozumienia słów najobszerniejszej księgi historyczno-filozoficznej jaką jest Biblia. Dopiero niedawno udało się rozszyfrować tę bardzo skomplikowaną metaforę. Jej autor naprawdę był geniuszem, co do tego zgadzają się wszyscy specjaliści; wielka szkoda, że pozostaje nieznany. Dwie osoby w raju symbolizują dwa niemal identyczne byty zamieszkujące raj – czyli Ziemię XXI wieku. Co się tyczy wyjmowania żebra i stworzenia z niego kobiety, która następnie sprowadza mężczyznę na manowce, jest to bardzo sprytna forma przekazania nam doniosłej prawdy, że każde nieszczęście, które nas spotyka, wypływa z nas samych. Niepowodzenie jest naszym żebrem, częścią nas, z którą możemy się zgodzić lub nie.
   W trakcie rozmowy okazało się, że mieszka (proszę zauważyć, że użyłem formy "mieszka" zamiast "jej mieszkanie jest") na tym samym osiedlu co ja. Złamaliśmy wtedy kolejną żelazną zasadę postępowego myślenia i... wymieniliśmy numery telefonów. Zaprosiłem ją też do siebie na kolację. Byłem całkowicie pewien, że odmówi oraz zablokuje mój numer w swoim telefonie; jednak po chwili namysłu zgodziła się, żartem dając mi do zrozumienia, że to rewanż za pomoc przy zakupach.

   Kolacja, która stała się powodem moich prawdziwych grzechów, miała się odbyć następnego dnia o siódmej wieczorem. Po osobę miałem się zjawić nieco wcześniej. Sprawiła na mnie wrażenie trochę nieprzystającej do bieżącej codzienności i miała w sobie coś, co poruszyło mnie na tyle, że postanowiłem przygotować wyjątkowy posiłek. Przy świecach. Może było trochę za wcześnie na takie rzeczy? Pamiętam, że pomyślałem nawet: "Co nagle to po diable". Jak się później okazało, proroczo. Wtedy jednak byłem pełen zapału.
   Czym uraczyć dziewczynę... osobę, żeby zechciała się znowu ze mną spotkać? Może jedną z tych wykwintnych potraw z drogim makaronem? W jakimś specjalnym, egzotycznym sosie. Nie wiem, czy makaron pasuje do atmosfery wieczoru i świec, ale nie zamierzałem ryzykować, podając coś, co mogłoby nie przypaść jej do gustu. A makaron to chyba w miarę neutralna rzecz.
   Przysięgam, że z takimi właśnie najczystszymi myślami poszedłem zrobić zakupy. Specjalne zakupy. Przypomniałem sobie, że gdzieś widziałem ten makaron. Pamiętam, że wyglądał jak zestaw patyczków albo słomek i był opakowany prawie jak koniak, w sztywnym kartonie.
   Po nieudanych poszukiwaniach w jednym z droższych sklepów, podszedłem w końcu do jednego z pracowników.
– Przepraszam, czy jest makaron pakowany w karton. Nie pamiętam nazwy.
– Jest. Zaraz zaprowadzę... On się już nie nazywa makaron. Żaden makaron nie nazywa się już makaron.
– Dlaczego?
– Zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych. Niedawno ukazał się artykuł na ten temat. Zmiana nazwy makaronu spowodowana była przez kłopot, jaki dotychczasowa nazwa produktu nastręczała pewnemu obywatelowi Izraela, panu McAaronowi, szczycącemu się swoimi szkockimi korzeniami.
–  To jak teraz nazywa się McAaron, przepraszam, makaron?
–  Krem z papai.
–  Dlaczego?!
–  Taką nazwę otrzymał odgórnie. Tylko taka była aktualnie na stanie, ale nie ma chyba problemu, jeśli każdy wie o co chodzi.
– Naturalnie. Cena pozostała taka sama?
– Chce pan go kupić? Przykro nam, ale nie możemy go sprzedawać. Na stanie mamy tylko ten z napisem "Makaron", czekamy na dostawę opatrzoną etykietą "Krem z papai".
– W takim razie dziękuję...


   W jak najgorszym nastroju wyszedłem na ulicę. Krem z papai? Ciekawe co zrobią, jeśli pan McAaron umrze, nie daj Boże, bezpotomnie, albo jeśli gdzieś w Afryce obudzi się nagle jakiś świadomy swoich praw Krem Zpapa I. Jak to wtedy nazwą? Mercedes? Nie, to już zajęte.
   Jestem bardzo tolerancyjny, ale tych obdartusów jest na ulicach coraz więcej.
   Chyba są telepatkami, bo kiedy szedłem sobie spokojnie na przystanek autobusowy, jeden podbiegł do mnie i wyszemrał:
– Widziałem, że nic pan nie kupił w tamtym sklepie.
– Zgadza się – ruszyłem w swoją stronę.
– Pewnie chciał pan kupić encyklopedię, albo świeczki. Właśnie zablokowali ich sprzedaż.
– Naprawdę? – Kolacja z kremem z papai wzięła w łeb, ale kolacja przy świecach też?
– Taaak – zacierał brudne ręce. – Ale wolałbym z panem pomówić na uboczu. O, tu będzie lepiej.
– O czym chce pan mówić?
– Pan potrzebuje encyklopedii, prawda?
– Świeczek.
– No dobrze, świeczek, ale jeśli weźmie ich pan dużo, to encyklopedię dorzucę gratis. Świeczek chwilowo się nie sprzedaje, bo badania przeprowadzone przez kilka niezależnych komisji dowiodły, że zatruwają wspólne środowisko bardziej niż kominy fabryk. Teraz mają uruchomić produkcję nowych – "environmentally-friendly". Ale zanim to nastąpi, pan i wielu innych będzie musiało siedzieć w ciemności, kiedy odetną prąd.
– Miałem na myśli kolację przy świecach.
– Tak, ja też. Przypadkowo dysponuję świecami, zakupionymi oczywiście legalnie, jednak mam ich za dużo i z radością odstąpiłbym panu kilka.
– Czy to jest aby legalne: palenie świec, które są zabronione?
– Ja tylko chcę je panu sprzedać, to czy pan je zapali, to już nie moja broszka – rozłożył ramiona. – Traf chciał – dodał – że w moim posiadaniu jest niemal wszystko, co zostało zabronione, dlatego chodzę od jednego dobrego człowieka do drugiego i pytam, czy czego nie potrzebuje.
   Spekulant. To było widać gołym okiem. Jednak wtedy nie potrafiłem zrezygnować z kolacji właśnie przy świecach i właśnie z makaronem, nie żadną papają.
– A ma pan może makaron? – zapytałem bez większych nadziei.
– Wszystkie rodzaje.
– A ten drogi, pakowany w karton?
– Ile pan chce? – uśmiechnął się szeroko.
– Dwa opakowania. Świec też dwa pudełka.
– Może jakieś wino? Wspomniał pan o kolacji przy świecach...
– Czemu nie – było mi wszystko jedno. Skoro i tak popełniam wykroczenia, to przynajmniej zrobię zakupy w jednym miejscu. Wiem, tak myśli tylko zupełnie wykolejony człowiek!
– Przyznam się, że ostatnio większość win, których nazwy miały być zmieniane z różnych prawnych i wyznaniowych przyczyn, są znowu dostępne, ale nie to hiszpańskie z Aragonii. Oj nie.... – potrząsał głową. – Mam jeszcze kilka butelek z tego okresu, kiedy najbardziej zagorzali przeciwnicy jego sprzedaży pod starą nazwą, której nie odważę się wypowiedzieć na głos, rozbijali je na rynku, ku przestrodze, na oczach wszystkich. Ale część udało nam się ocalić. A pamięta pan dlaczego wyklęli to wino? Bo ogrodzenie winnicy było za niskie na jednym zboczu.
– Niech mi pan o tym nie mówi. Chcę jedną butelkę.
– Dobrze. Poczeka pan tutaj czy mam zanieść do domu?
   Jeszcze tego by brakowało, żebym podał komuś takiemu mój adres. Wolne żarty!
– Poczekam tutaj.
– Będę za minutkę lub dwie.
   W swej niesłowności, z jaką już od dawna się nie spotkałem, pojawił się za trzy.
– Proszę, niech pan sprawdzi, czy się zgadza – wręczył mi dziurawą reklamówkę.
– Nie prosiłem o encyklopedię.
– Niech pan bierze i pamięta o mnie na przyszłość.
– Dwie encyklopedie?
– W cholerę tego jest. Nikt nie kupował wtedy, a i teraz nie ma po co, ani jak. Zaproponowałbym panu jeszcze jakiś wykwintny sos do tego drogiego makaronu, ale niestety wszystkie są legalne... eee, dostępne, chciałem powiedzieć – ponownie zajaśniał nieszczery, szczerbaty uśmiech.
– Już mam, dziękuję.
   Uregulowałem należność. Policzył sobie nawet taniej niż w niejednym sklepie, no i jeszcze dostałem encyklopedię dla dzieci znajdującą się na indeksie.

   Zrzuciłem już z siebie najgorszy ciężar. To, co stało się później, było już tylko smutną konsekwencją moich własnych wyborów. Przyrządziłem kolację, zostawiłem ją w piecyku i poszedłem po osobę. Razem wróciliśmy do mnie. Osobie posmakowała kolacja; uśmiechnęła się widząc świece i, co tu dużo mówić, spędziliśmy mile wieczór.
   Wyrzuty sumienia jednak przeważyły. Postanowiłem nie podtrzymywać tej znajomości. Nie starałem się nawet ponownie z nią umówić. Odprowadziłem, jak nakazuje zwyczaj i obyczaj nie zostawiania gości samym sobie, pod same drzwi. Ukłoniłem się jej rodzicom i wkrótce pomaszerowałem z powrotem. Chyba była tym nieco zawiedziona, ale wydaje mi się, że postąpiłem słusznie. Nie byłem już przecież człowiekiem o nieposzlakowanym sumieniu. Siedzę sobie teraz w moim mieszkaniu, ona w swoim (spekulant pewnie na swojej kupce śmierdzących koszul zagryza makaron) i właśnie uświadomiłem sobie, że jestem zupełnie bezpieczny. Moje wyznanie zapewniło mi bezpieczeństwo. Wcześniej o tym nie pomyślałem, ale to prawda. Nie jestem już zbrodniarzem, który stara się uciec przed sprawiedliwością; jestem świadomym i godnym obywatelem świata, który zbłądził, jednak miał odwagę cywilną do wszystkiego się przyznać. Teraz świat nie pozwoli mi zginąć ani gnić w więzieniu, bo tam nie miałbym szansy na poprawę, a każdy taką szansę powinien otrzymać. Za kratkami nie nadarzy mi się kolejna okazja do kupna lewych towarów, więc nie będę miał możliwości oprzeć się pokusie. Gdy na wolności nadarzy się taka sposobność, na pewno z niej skorzystam – odmówię, ponieważ będą na mnie patrzeć miliony oczu, które wywalczyły taką szansę dla każdego. Ta wiara w człowieka ratuje mnie i spekulanta, oby ocaliła także tę dziewczynę, bo współudział (zjadła ten krem z papai!) to też nie takie lekkie przewinienie.

   Spekulantowi na pewno nic się nie stanie; miał jakieś ukryte motywy albo będzie za mało świadków. A jeśli nawet okaże się, że jest inaczej, powinien jak najszybciej kogoś zabić, czym zyskałby sobie wielką przychylność licznych instytucji na całym świecie. One już na pewno nie pozwolą zrobić mu krzywdy. Może nawet zaczną go pokazywać w telewizji jako ocalonego, wyciągniętego spod miażdżącej a nieumiejętnej dłoni prawa. Zaraz stanie się pupilkiem i ikoną ruchu wyzwolenia papai albo czegoś podobnego.
   Grunt, że ja jestem bezpieczny. Amen.


Ilustrowała: Joanna Titeux/pinezka.pl

  {jos_sb_discuss:10}


Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl