Drogowskaz

Spis treści
Drogowskaz
Page 2
Wszystkie strony
drogowskaz_zaj.jpg


   Piotr stał oparty o ścianę, co jakiś czas zerkając na krzątającą się po kuchni Lidię. Tego dnia miała na sobie obcisłe białe dżinsy i skąpą jasnozieloną koszulkę z wyszytym czerwoną nitką napisem: Tylko ty, żaden inny.
   Założyłaś ją, aby poprawić mi humor, co? – pomyślał i westchnął. Lidia otworzyła szafkę i wyjęła puszkę z kawą oraz ciężką, kryształową cukierniczkę.

– Napijesz się ze mną? – zapytała.
– Raczej nie.
   Popatrzyła na niego uważnie.
– W końcu znajdziesz pracę, zobaczysz.
   Uśmiechnął się, lecz nie było w tym krzty wesołości.
– Zaczynam powątpiewać.
– Nie wątp. Nie wskórasz zbyt wiele, jeśli będziesz stał zrezygnowany i powtarzał w kółko, że życie jest do dupy.
– Nie powtarzam, że życie jest do dupy. Powtarzam, że tracę wiarę w to, że mogę znaleźć jakąkolwiek pracę.
   Zakręciła puszkę i podeszła do niego.
– Posłuchaj, poradzimy sobie, jasne?
– Tylko nie zaczynaj o tym, jacy to jesteśmy młodzi, zdolni i komunikatywni.
– A nie jesteśmy?
– Ty może i tak. Ja jestem nieźle zdołowany.
   Chrząknął. Czuł jak serce zaczyna mu szybciej bić z nerwów.
– Wkrótce zaczynam trzeci rok studiów – dodał w końcu. – Jeśli nie znajdę roboty w przeciągu tygodnia, no, powiedzmy, dwóch tygodni, szlag to wszystko trafi. Poza tym...
– Wiem, wiem, co poza tym – przerwała Lidia. – Masz dość mieszkania z rodzicami. W kółko to powtarzasz.
– Właśnie. Dlatego na gwałt muszę dorwać pracę.
   Dziewczyna pociągnęła nosem, po czym pocałowała go w czoło. A potem wstawiła wodę na gaz, usiadła na maleńkim drewnianym taborecie i skrzyżowała ręce. Była olśniewająco piękna. Miała duże brązowe oczy, mały, zadarty nosek i krótko ostrzyżone, zaczesane na jeża włosy. I ta cera. Piotr w całym swoim życiu nie spotkał nikogo o tak delikatnej, gładkiej cerze. Gdy dotykał jej policzków miał wrażenie, że przysłania je niewidzialna maska z jedwabiu.
– Pamiętasz, jak mi mówiłeś, że twój znajomy może załatwić ci robotę w charakterze listonosza?
– Owszem.
– Nie myślałeś o tym?
– Myślałem, skarbie. Jednak niezbyt mi się ten pomysł podoba.
– To odpowiedzialna praca, ale...
– To po pierwsze. Po drugie, jest na pół etatu. Myślisz, że dam radę opłacić studia i wynająć mieszkanie za siedemset złotych?
   Zapanowała chwila ciszy. Lidia wolno pokiwała głową, po czym spuściła nisko wzrok.
– No tak – bąknęła.
– Jutro sobota. Jedyne, co mogę zrobić, to przestudiować prasę. Może coś znajdę.
– Jasne, że znajdziesz.
– A jak nie... – Piotr zamyślił się – Sam już nie wiem.
   Wstała i wyciągnęła do niego rękę. Przez chwilę patrzył na długie, szczupłe palce Lidii, a potem zbliżył się i objął ją ramieniem.
– Wiesz co? – usłyszał jak szepta mu konfidencjonalnie do ucha. – Czuję, że jutrzejszy dzień będzie przełomowy.
   Przycisnął ją mocno do siebie.
– Naprawdę?
– Tak, kotku, Uwierz mi. Jestem tego pewna.
– Masz przeczucia?
   Zachichotała.
– Powiedzmy.
   Pocałował ją w szyję, a potem prosto w usta.
– W takim razie wierzę, że twoje przeczucia choć raz okażą się prorocze.

   Czytał treści ogłoszeń czując, jak dopada go przygnębienie. Żałował, że nie ukończył szkoły krawieckiej. Miałby spore szanse na szybki zarobek. Popyt na krawców nie malał. Na murarzy, płytkarzy i cieśli również.
– Od cholery ogłoszeń – wymamrotał, upijając łyk porannej herbaty. – Krawiec, krawiec, krawiec, murarz, murarz – szpachlarz, malarz pokojowy, pokojówka... Niech to szlag!
   Sfrustrowany zmiął jedną z kartek gazety, po czym uderzył dłonią w stół. Rozejrzał się za paczką papierosów. Miał ochotę zapalić pomimo, iż obiecał Lidii, że rzuci to gówno w diabły.
   Dopił herbatę i przez chwilę rozmyślał o miejscach, które mógłby odwiedzić w celu złożenia curiculum vitae. Był już niemal wszędzie – w każdym centrum handlowym, biurowcu, hotelu, czy knajpie w mieście. Słyszał wciąż te same pytania. Pytania, od których włos jeżył mu się na karku, a w dłoni otwierał nóż.
– Panie, kiedy pan masz te swoje studia? – pytał niemal każdy potencjalny pracodawca.
– W poniedziałki i środy.
– I jak pan sobie to wyobrażasz? Będziesz pan jednocześnie tu i tam?
   Był w kropce. Mógł jedynie liczyć na pracę w handlu, gdzie dni wolne ustalane są umownie. Dotychczas złożył dokumenty w kilku salonach odzieżowych, lecz, jak na razie, telefon milczał.
   Miał właśnie zmiąć i wyrzucić do kosza resztę gazety, gdy dostrzegł je. Zmrużył oczy, zaskoczony. Przeglądał prasę bardzo dokładnie, lecz w żadnym razie nie natrafił wcześniej na to ogłoszenie.
   Tekst był pogrubiony, zdecydowanie wyróżniał się na tle innych.
   Potrzebujesz dobrze płatnej pracy? Wymagasz rzetelności od pracodawcy? Zadzwoń i stań się jednym z naszych drogowskazów

   Przez kilka minut gapił się na gazetę, czując jak frustracja zmusza go do pochwycenia słuchawki od telefonu. Może zadzwoni pod wskazany numer i z ciekawości zapyta, co mają do zaoferowania? Przedstawicielstwo handlowe, pracę w magazynie... nie dowie się, póki nie zadzwoni. W końcu co miał do stracenia? Nikt nie zabroni mu przerwać połączenia, gdy zaczną gadać od rzeczy. W ogłoszeniu mógł tkwić spory haczyk, owszem. Z drugiej jednak strony – czy musiało tak być? Może to rzeczywiście był jego szczęśliwy dzień?
   Jesteś naiwny – powiedział sobie, prostując nogi.
   Z sekundy na sekundę nabierał coraz większego przekonania, że powinien porozmawiać z kierownikiem. Może firma rzeczywiście zaproponuje mu ciekawą pracę?
   Oj, naiwny jak cholera...
   Czuł wszechogarniające oszołomienie, którego nijak nie potrafił wytłumaczyć. Gdzieś z zakamarkach jego umysłu zrodziła się myśl, aby czym prędzej skontaktować się z Lidią. Tylko po co? Aby jej podziękować?
   W końcu miała rację szepcząc mu do ucha, że dzisiejszy dzień będzie przełomowy.
   Zaraz, zaraz. Jak to przełomowy? Skąd takie przekonanie?
   W zamyśleniu dotknął ust palcami, usiłując zapanować nad roztargnieniem.
   Ostatni raz przeczytał ogłoszenie, a potem zacisnął zęby. Postanowił spróbować.
   Kiedy chwilę potem doznał wrażenia, jakby miał już tę robotę, ciężko westchnął. To nerwy? Ostatnio nie myślał o niczym innym, jak tylko o znalezieniu pracy. A może to już depresja?
   Popieprzyło cię, stary – pomyślał, czując gwałtowny napływ adrenaliny.
– Zobaczymy, maleńka, czy masz dar jasnowidzenia – zaśmiał się, po czym wykręcił numer podany w ogłoszeniu i długo czekał, aż po drugiej stronie rozbrzmiał gruby męski głos.
– Dzień dobry.
– Witam serdecznie, dzwonię w sprawie ogłoszenia.
– Doprawdy?
   Nabrał do płuc powietrza, następnie wypuścił je ze świstem:
– Mam w związku z tą kwestią kilka pytań.
   Zapanowała chwila ciszy, a potem głos po drugiej stronie stał się jakby bardziej jowialny.
– Świetnie. Zatem proszę pytać. Szczerze powiedziawszy, czekaliśmy na ten telefon.
   Piotr ściągnął brwi, nie będąc pewny, czy dobrze usłyszał.
– Proszę?
– Ano, czekaliśmy na telefon od pana, ot co.
   Nadął wargi.
– Proszę mi wybaczyć, że pytam, ale chyba nie zrozumiałem... Jak to czekaliście?
– Ach, to przesadne zdziwienie. Wszyscy okazujecie to samo irytujące zdziwienie. Powiedziałem, że... czekaliśmy... na... pana. Jakby to nie brzmiało, niech pan to potraktuje jako swój szczęśliwy traf. W porządku?
   Rozległ się krótki, urywany śmiech, po którym zapanowała cisza. Piotr pociągnął nosem. Czuł, że się poci.
– Mógłbym się dowiedzieć... cóż to za praca? – wybełkotał.
– Praca, z której będzie pan absolutnie zadowolony. To znaczy nie wymagająca zbytniego zaangażowania, a jednocześnie sprawiająca satysfakcję. Tego może być pan pewien.
   Był coraz bardziej oszołomiony.
– W zasadzie nie musi pan o nic pytać – usłyszał ponownie spokojny głos w słuchawce. – Oczywiście, wiem jak to wszystko brzmi. Co najmniej głupio, nierealnie, śmiesznie. Zadaje pan sobie pytanie, gdzie jest haczyk, co? Otóż nigdzie. Najlepiej, jeśli przyjedzie pan do nas. Porozmawiamy o wszystkim.
   Nie mógł uwierzyć własnym uszom.
– Tak od razu? Przyznam, że...
– Jest pan zaskoczony, jasne. Każdy na pana miejscu byłby zaskoczony. Chce pan dostać pracę, która będzie panu odpowiadała?
– Skąd wiecie, że będzie mi odpowiadała?
– Cóż za pytanie! – rozległ się krótki, urywany śmiech – Sam pan zobaczy, co mamy do zaoferowania.
   Może go z kimś pomylili? Może czekali na telefon od innej osoby, do której miał podobny głos? Nie potrafił zrozumieć sytuacji, w której się znalazł. Długo milczał. Nie przychodziła mu na myśl żadna kwestia mogąca podtrzymać konwersację, ale zdawał sobie sprawę, że musi otrzymać odpowiedź na jedno pytanie:
– Przyjmujecie studentów?
– Słucham?
– Jestem studentem. Co prawda zaocznym, ale...
– To wspaniale – grzecznie mu przerwano. – Wykształcenie to podstawa w dzisiejszym świecie. Cieszymy się, że pan jest... studentem – znowu ten śmiech.
– Chciałem jedynie zapytać, czy nie będzie to w niczym kolidować.
– Niby w czym?
– Nie wiem. Zwykle utrudnia to sporządzenie grafiku...
– Pan chyba żartuje.
   Piotr zamilkł, kompletnie skołowany.
– Proszę pana – kontynuował mężczyzna. – Wyczuwam naprawdę spore zaskoczenie z pańskiej strony. To normalne. Każdy, z kim rozmawiam o ewentualnym zatrudnieniu w naszej firmie, jest mocno zaintrygowany, czasami nawet nie potrafi wykrztusić słowa. Dopiero, gdy zostaje przyjęty uświadamia sobie, że został... wybrany. 
– Wybrany?
– Dokładnie, proszę pana. Niech pan wpadnie do nas. Porozmawiamy.
   Nie wiedzieć czemu, nie czuł zaniepokojenia. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu był przekonany, że postępuje właściwie, że podąża dobrą drogą, że na końcu tej drogi czeka na niego miłe zaskoczenie. Dlaczego tak było? Nie potrafił na to pytanie odpowiedzieć. W zasadzie, bo głębszym zastanowieniu stwierdził, że odpowiedź mało go interesuje.
– Pod jakim adresem mam się stawić?

   Otworzył oczy, będąc pewnym, że coś jest nie w porządku. Przez chwilę wpatrywał się w sufit, usiłując pozbierać myśli. Obrócił głowę i ujrzał, równomiernie oddychającą, Lidię. Włosy opadały jej na twarz, przez co nie mógł zobaczyć, czy śpi, czy obserwuje go spomiędzy kosmyków. Ostatnią noc spędzili w mieszkaniu jej dziadków, na przedmieściach Poznania. Nikt im tu nie przeszkadzał – nie pukał niespodziewanie do drzwi pokoju, ani nie próbował nawiązać konwersacji w momencie, kiedy mieli zamiar rzucić się na łóżko, a następnie oddać miłosnym igraszkom. Na samą myśl o tym, że w pełni tę noc wykorzystali, uśmiechnął się, po czym pocałował dziewczynę w ramię. Wciąż pachniała kwiatowymi perfumami, których użyła wieczorem.
   A potem nabrał do płuc powietrza, jakby zamierzał coś powiedzieć, jednak najwyraźniej zmienił zdanie.
   Zacisnął szczęki, czując, jak serce zaczyna walić mu w piersiach.
– Która godzina? – nie był przekonany, czy wypowiedział te słowa na głos. Gwałtownym ruchem ręki sięgnął po zegarek.
– Kurwa! – wykrzyknął, zrywając się z łóżka. – Kurwa! Kurwa! Kurwa!
   Lidia momentalnie podniosła głowę i wbiła w niego zdumiony wzrok.
– Co się stało?
– Co się stało? Cholera!
   Patrzyła jak Piotr pośpiesznie zakłada spodnie i walczy z zapięciem rozporka.
– Powiesz mi, do diabła co jest grane?
   Pokazał jej zegarek.
– Wpół do ósmej – warknął. – To jest grane! O ósmej mam spotkanie w sprawie roboty, a jesteśmy na największym możliwym zadupiu!
– Uspokój się, zamówię ci taksówkę.
– Taksówkę? Przyjadą za piętnaście minut. Wiesz ile jedzie się stąd do miasta? Pół godziny! I to tylko wtedy, gdy Warszawska nie jest zakorkowana.
– Możesz się uspokoić?
   Syknął pod nosem kolejne przekleństwo, po czym założył białą, taliowaną koszulę i zaczął zapinać guziki.
– Uspokoić...
– Posłuchaj, mój dziadek może cię zawieźć. Obudzę go i powiem, że zaspaliśmy. W przeciągu pół godziny będziesz na miejscu.
   Popatrzył na nią niedowierzająco.
– Dziadek? On ma osiemdziesiąt dziewięć lat.
– No to co?
– Miał trzy zawały.
   Ściągnęła kąciki ust do dołu, co nadało jej twarzy wygląd maski z greckiej tragedii. – Ale ani jednego za kółkiem, kochanie.

   Kiedy zajechali poobijanym Scorpio dziadka Lidii na Plac Andersa, niebo przybrało upiorną granatową barwę, jakby za moment miała rozpętać się najgwałtowniejsza w historii miasta burza. Wieżowiec Andersia Tower stał w cieniu, między dwoma innymi: Hotelem Mercure i Poznańskim Centrum Finansowym.
– Powodzenia – wyseplenił staruszek, uśmiechając się tak szeroko, że Piotr zobaczył resztkę jego zżółkniętych zębów. – Tylko nie dziękuj, bo zapeszysz.
   Chłopak skinął głową, po czym pośpiesznie otworzył drzwiczki i wysiadł. Kręciło mu się w głowie. Musiał przyznać, że pomimo sędziwego wieku, dziadek Lidii nieźle sobie radził za kierownicą. Warszawską pruli ponad sto na godzinę, rondo minęli z piskiem opon, a na Ratajach przyśpieszyli do stu trzydziestu.
   Zerknął na zegarek. Za dwie ósma.
   Pognał w stronę biurowca. Wchodząc do środka, poczuł przyjemny powiew świeżego powietrza z klimatyzatora. Uspokoił się. Wiedział, że już za moment będzie na miejscu.
   Winda zawiozła go na dziewiętnaste piętro, gdzie długi hol przypominał jedną z sal wystawy fotograficznej, na którą w zeszłym tygodniu zabrał Lidię. Na ścianach wisiało kilkaset barwnych fotografii, przedstawiających roześmiane ludzkie twarze, oraz kilkadziesiąt czarno-białych zdjęć, bardzo niewyraźnych, jakby robionych w tańcu przez niedoświadczonego fotografa. Piotr zauważył, że na jednym z nich widnieje zamazana kobieca twarz o ciemnych oczach i pomarszczonym czole. Nie był pewien, ale prawdopodobnie szare plamki na wklęśniętych policzkach były łzami.
   Dziwne zdjęcie – pomyślał, ruszając wzdłuż holu w poszukiwaniu pokoju, którego numer zapisał na niewielkim skrawku gazety.
   Poinformowano go, że firma nazywa się Drogowskaz. W zasadzie tylko tyle wiedział. Poprzedniego dnia podczas rozmowy telefonicznej z kierownikiem uczucie pewności siebie nie kazało mu zadawać pytań. Utwierdzało w przekonaniu, że wszystko jest pod kontrolą, że nie musi obawiać się o nierzetelność ze strony firmy.
   To nie jest głupi dowcip – powtarzał. – Czekają na mnie z poważną propozycją. Zamierzają dać mi tę cholerną robotę.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl