Przedstawienie

Spis treści
Przedstawienie
Page 2
Wszystkie strony
ilustr. Marcin Wyganowski

   Karol wychodził ze swojego apartamentu, gdy zobaczył w holu człowieka w bejsbolówce, jadącego na rowerze w kierunku klatki schodowej.
– Co, do diabła... – wymamrotał oszołomiony.
   Rowerzysta pedałował zawzięcie, jakby śpieszył się do mety. Przejechał koło Karola, prawie zahaczając o rękaw jego czerwonej koszuli.
   Nieeee. Chyba mnie porąbało...

   Sądził, że w swoim trzydziestodziewięcioletnim życiu widział już wszystko. Tamtego dnia to przekonanie zostało mocno nadszarpnięte. Rowerzysta podążał wzdłuż holu ze stałą prędkością. Kiedy znalazł się wreszcie przy drzwiach prowadzących na schody przeciwpożarowe, wniknął w nie, niczym zjawa.
   Hol znowu był pusty.
   Karol przez dobrych kilka minut stał jak wryty i nie potrafił wykonać żadnego ruchu.
   Taaaaa. Porąbało mnie...
   Potarł nerwowo dłonie, a potem wcisnął je do kieszeni spodni.
   Co to, u diaska, było? Złudzenie optyczne? Był wypoczęty, spał prawie dziewięć godzin – to nie mogło być złudzenie.

   Długo wbijał wzrok w, wiszące na ścianie, oprawione w srebrne ramki fotografie kobiet. Każda z nich była młoda, nadzwyczaj zgrabna i uśmiechnięta. Dostrzegł też kilka akwareli. Obrazy – zbyt szare i ponure, by fascynować – przedstawiały miasto w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Kaszlnął i przyłożył sobie dłoń do czoła. Było ciepłe. Stan podgorączkowy. Pewnie lada dzień rozłoży go grypa. Dwa lata nie chorował. Dziadostwo, musiało go dopaść akurat tu, w Poznaniu, gdy dopiero zawalono go robotą.
   Nieco oszołomiony, zaklął.
   Pieprzyć gorączkę. Jak tylko wrócę, wychleję litr herbaty i uderzę w kimono. Przymknął na chwilę oczy i westchnął. Jeden z kosmyków jego, zaczesanych do tyłu na żel, włosów odkleił się od reszty i opadł na przecięte wyraźną zmarszczką czoło.
   A potem ujrzał, ubraną w zielony żakiet, kobietę. Szła dumnie wzdłuż korytarza, żując gumę w przesadnie ostentacyjny sposób. Jej szczęka zdawała się otwierać i zamykać jak paszcza smoka ziejącego ogniem.
   W pierwszej chwili pomyślał, że pojawiła się znikąd.
– Przepraszam – mruknął, lekko zakłopotany.
   Zatrzymała się i popatrzyła na niego.
– Tak? – miała lekką chrypkę.
– Czy pani też widziała tego mężczyznę?
   Nie przestawał gapić się na ścianę, przez którą kilka minut wcześniej przeniknął rowerzysta w bejsbolówce.
– Jakiego mężczyznę? – zapytała, zaskoczona dziewczyna. Zmarszczyła nieznacznie brwi, po czym na moment przestała żuć gumę i uśmiechnęła się.
– Przed chwilą przejeżdżał tędy na rowerze. Nie widziała tego pani?
   Parsknęła śmiechem.
– Niech mi pan wierzy, nie widziałam.
– To dziwne. Przejeżdżał tędy dosłownie kilka sekund temu.
   Nieco spoważniała.
– To chyba niemożliwe, prawda?
– Słucham?
– No... niemożliwe, aby ktoś dostał się tu z rowerem – szepnęła, a na jej twarzy znów zagościł uśmiech. Była bardzo ładna – najwyżej dwudziestopięcioletnia, drobna, niska blondynka z pomalowanymi na czerwono ustami i paznokciami. Takie kobiety widuje się w salonach mody, sprzedające ubrania od Calvina Kleina i Joopa.
– Naprawdę widziałem tutaj mężczyznę na rowerze – upierał się Karol. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę higieniczną i wytarł pot z czoła.
– Cóż, skoro pan tak sądzi. A może po prostu się panu przewidziało, co?
– Ależ skąd, nie ma mowy, aby mi się przewidziało. Widziałem go tak dokładnie, jak widzę teraz panią. Jechał na rowerze.
– Obłąkany rowerzysta – burknęła, starając się zachować poważny wyraz twarzy. – A wie pan, co ja myślę?
– Co takiego?
– Że wypalił pan kilogram trawy i ostro pana trzepnęło. Mam rację, co?
   Wybuchnęła śmiechem i odwróciła się. Cały czas żując gumę, ruszyła w stronę windy.


   Kiedy wieczorem wrócił do swojego pokoju, zamówił zimne piwo i pizzę hawajską, po czym udał się pod prysznic. Był wykończony, a ostre, dokuczliwe pulsowanie skroni potęgowało senność. Marzył, aby wypić schłodzonego Heinekena, następnie wejść w objęcia Morfeusza.

   Miał wyjątkowo ciężki dzień. Najpierw, wyjeżdżając z podziemnego parkingu, walnął wypożyczonym autem w betonowy mur. Później jakiś palant próbował wyrwać mu aktówkę z dokumentami. Po kilkuminutowej szamotaninie, na chodniku przed Starym Browarem, udało się Karolowi kopnąć napastnika w krocze. Gość opluł Karola, po czym zaczął zwiewać wąskimi uliczkami w stronę Starego Rynku.
   W zabrudzonym i wygniecionym garniturze (ale przynajmniej z aktówką pod pachą!) dotarł do pracy.
– Chyba nie bardzo zaaklimatyzowałeś się w Poznaniu – oznajmił jeden z jego kompanów, gdy wkroczyli na plac budowy. Mężczyzna nazywał się Wilmowski i sprawiał wrażenie człowieka totalnie odizolowanego od rzeczywistości. Na nogach miał buty ze skóry pytona tygrysiego i żółte, o numer za szerokie w pasie, spodnie. Klamra paska, która podtrzymywała je na wysokości bioder była większa od dłoni dorosłego mężczyzny i przedstawiała głowę śmiejącego się clowna. Marynarka powiewała na wietrze niczym płaszcz stracha na wróble. – To cholernie dziwne miasto – fuknął Karol. – W ogóle nie mogę się tu odnaleźć.
– Stary, to miasto jest piękne, trzeba je tylko zrozumieć – odparł Wilmowski, ostentacyjnie obracając głowę w stronę Karola. Wyglądał na trzydzieści lat, tymczasem dawno już przekroczył czterdziestkę. Miał ciemną skórę i krótko ostrzyżone, kruczoczarne włosy. Jego spojrzenie zdawało się przenikać każdego, na kogo popatrzył.
– Jak budowa?
– Dobrze.
– Jakieś problemy?
– Wszystko idzie zgodnie z planem. Myślę, że przy funduszach, jakie posiadamy, ukończymy budowę na początku przyszłego roku.
– To dobra wiadomość.
   Niebo przeciął, podchodzący do lądowania, ogromny boeing 737, którego migoczące światła awaryjne rozproszyły myśli Karola.
   Na ulicy 27 Czerwca panował straszny gwar. Rozbrzmiewały klaksony samochodów, wyły syreny karetek pogotowia, ludzie nawzajem się przekrzykiwali.
– Nie znoszę tutejszego centrum miasta – powiedział Karol. – Paskudnie głośne, głośniejsze niż centrum stolicy. Można pogubić wspomnienia.
– Przesadzasz. Odczekaj trochę. Zobaczysz, że za kilka dni je polubisz.
– Wątpię, stary. Naprawdę. Ten zgiełk mnie po prostu wkurwia.
– Kwestia czasu. Wkrótce poczujesz atmosferkę.
– Właśnie tutejsza atmosferka przygnębia mnie najbardziej.
   Spojrzał na zegarek i stwierdził, że w Poznaniu czas płynie zbyt szybko.
   Pochrzanione to miasto – pomyślał.
   Chwilę później pomachał Wilmowskiemu na pożegnanie i pojechał na Plac Andersa. Wkrótce zobaczył cztery stojące obok siebie wieżowce. Jeden z nich wzbudził w nim nieuzasadniony lęk. Czterdziestopiętrowy Vagabond Tower stał dokładnie pośrodku placu, między nieco niższymi budynkami: Novotelem, Poznańskim Centrum Finansowym i Andersią Tower. Zdawał się dosięgać nieba. Wykonany z czarnego szkła sprawiał wrażenie strawionej przez ogień wieży, do której od dawna nikt nie wchodził.
   Poczuł nagłą odrazę.

   Miał właśnie otworzyć drzwi swojego pokoju, kiedy poczuł, jak coś delikatnie muska jego policzek. Gwałtownie obrócił się na pięcie, ale nikogo nie dostrzegł. Kobieta w przeciwsłonecznych okularach na jednej z fotografii posyłała mu krzywy uśmiech, jakby chciała oznajmić, że nie jest godzien, aby patrzeć na nią. Zmierzwił włosy palcami, po czym rozejrzał się wokół siebie. Hol był pusty.

   Szaleństwo. Pieprzone szaleństwo.
   Nie mógł się tu na niczym skupić. Dostawał kręćka. Panująca w tym cholernym mieście atmosfera jakiegoś niewytłumaczalnego mistycyzmu nie pozwalała mu skoncentrować się na robocie. Musiał coś ze sobą zrobić. Wziąć się w garść. Inaczej oszaleje.
   Powinien być jak Wilmowski – odporny na otoczenie. Facet miał swojego ulubionego Jaguara, buty ze skóry węża i marynarkę za dwa tysiące euro. Interesował go jedynie aktualny stan konta bankowego, bynajmniej nie firmowego.
   Wsadził klucz do dziurki w drzwiach i przekręcił dwa razy. Skrzydło było potężne, wykonane z drzewa sandałowego.
   Nie ustąpiło jednak. Zaskoczony, powtórzył czynność, ale bezskutecznie.
– Co, do cholery – wymamrotał walcząc z zamkiem. To gówno za nic nie chciało ustąpić.
   Po chwili puścił klucz i zrezygnowany siarczyście zaklął. Zaciągnął się dusznym powietrzem i, zirytowany, pociągnął nosem.
   Rozpadam się tutaj. Jeszcze dobrze nie zdążyłem się rozpakować, a już się rozpadam, kurwa jego mać.
   Szczęk – szczęk.
   Przymrużył oczy.
   Szczęk...
   Zerknął na klucz.
   Ten przekręcił się jeden raz, a po chwili drugi, niczym za sprawą niewidzialnej ręki.
   Karol osłupiał. Wytrzeszczył oczy. Nie był typem człowieka wierzącym w paranormalne bujdy, jak nazywał historyjki o stukających duchach, stworach wyłaniających się z otchłani piwnic i odradzających się mitologicznych diabłach i demonach. Teraz jednak poczuł strach. Zrobiło mu się zimno. Dostał gęsiej skórki. Skupił wzrok na dłoniach – były skostniałe, jakby dopiero co wrócił z miasta w środku zimy.
   Spojrzał na klamkę od drzwi. Prawie podskoczył, gdy usłyszał stukot obcasów tuż za swoimi plecami.
   Podeszła do niego, uśmiechając się figlarnie. Miała na sobie znajomy zielony żakiet. Włosy spięła w kok i zmieniła kolor szminki na nieco ciemniejszy.
– Witam – powiedziała konfidencjonalnie.
   Karol stał bezradnie przed drzwiami swojego pokoju, odrywając wzrok od wystającego z nich klucza.
– Wszystko w porządku? – zapytała, widząc jego pobladłą twarz.
– Tak, nie, tak... – zmieszał się.
– Drzwi nie chcą się otworzyć?
   Ten jej uśmiech... jakby przyklejony. Dopiero teraz dostrzegł, że miała kolczyk w języku, a jeden z jej zębów był ze złota.
– Rzeczywiście, nie chcą. Próbowałem je otworzyć na różne sposoby i nic z tego. Nie mam pojęcia, dlaczego się uparły i nie zamierzają drgnąć – ściągnął brwi. – Mam wrażenie, że odkąd przyjechałem do tego miasta, ciąży na mnie jakieś fatum.
– Fatum? – powtórzyła, potakując. – Może i tak, to bardzo prawdopodobne.
– Bardzo mnie pani pocieszyła.
– Ja wierzę w przesądy, zawsze w nie wierzyłam. Moja babka też w nie wierzyła. Zawsze powtarzała, że muszę uważać na czarne kocury... – przerwała nagle, aby poprawić fryzurę. - No i pęknięte płyty chodnikowe, zna pan przesąd o pękniętych płytach chodnikowych?
– Nie bardzo.
– To długa historia, kiedyś panu opowiem, jeśli pan oczywiście zechce. Myślę, że bycie przesądnym to bardzo pozytywna cecha. Człowiek bywa ostrożniejszy, rozumie pan.
   Gówno rozumiał.
– A jak przesądy mają się do drzwi, których nie mogę otworzyć?
– Czasami zamki się zacinają – odparła, spoglądając na niego porozumiewawczo. – Wszystko tu jest nowe i niekoniecznie dotarte – dodała.
   Za kogo ta pinda się uważa? Miał się właśnie odezwać, gdy dziewczyna podeszła do drzwi i pchnęła je – delikatnie, ze sporą dozą finezji.
   Stanęły otworem.
   Po raz kolejny dzisiejszego dnia osłupiał.
   Jak ona to zrobiła?
   Poczuł się jak skończony idiota. Najpierw zaserwował jej historyjkę o rowerzyście na holu, a teraz jeszcze te drzwi... Jezu.
– Niech pan zobaczy, otworzyły się bez problemu, nie trzeba było nawet przekręcać klucza w zamku – powiedziała, ujawniając w uśmiechu swe uzębienie. Złota dwójka zabłysła jak reflektor.
– Widzę – bąknął, po czym wszedł do pokoju. Zaczął się podejrzliwie rozglądać. Może ktoś był w środku i umyślnie blokował skrzydło? Na przykład kelner – kutas, któremu wręczył zbyt niski napiwek?
   Walnij się w łeb, Karolku. Solidnie.
   Pokój był pusty. Dziewczyna nawet nie próbowała pohamować rozbawienia.
– Dzięki – mruknął ironicznie.
– Zawsze do usług, proszę pana – odparła, kierując się w stronę windy.
   Zamknął drzwi i sięgnął po telefon. Pośpiesznie wykręcił numer recepcji. Usłyszał ciągły sygnał, a potem głośny szelest, przypominający, mięty w rękach, celofan.
– Recepcja, czym mogę służyć? – zabrzmiał męski głos.
   Co miał powiedzieć? Że poczuł, jak ktoś maca go po twarzy? Że jakaś pierdolona zjawa zablokowała drzwi?
   Rozłączył się.
   Usiadł w czarnym skórzanym fotelu z wysokim oparciem i otworzył puszkę Heinekena.
– Jestem zmęczony – powiedział do siebie, totalnie ogłupiony.

   Jego pokój mieścił się na dwudziestym piątym piętrze. Był elegancko urządzony. Ogromne łoże z baldachimem aż prosiło, aby śnić na nim najbardziej ekscytujące sny. Sprzęt stereo Philipsa zdawał się być świeżo co podłączony, a telewizor plazmowy miał chyba z czterdzieści pięć cali. Obszerna dębowa szafa wydawała bardzo przyjemny, słodkawy zapach. Podłoga wyłożona była jasnymi panelami, natomiast z sufitu zwisała lampa z kloszem, przypominającym damski kapelusz.
   Wieczór spędził na porządkowaniu dokumentów, dotyczących budowy nowego podziemnego parkingu w centrum oraz na czytaniu czasopisma poświęconemu modzie, które znalazł pod łóżkiem. Zdaniem projektantów kolory pastelowe w nadchodzącym sezonie miały zrobić nie lada furorę. Ujrzał zdjęcie młodego modela ubranego w bladoróżową koszulkę od Yves Saint Laurenta i białe spodnie od Kenzo. Ze znudzeniem doczytał artykuł o nowych trendach, następnie rzucił czasopismo na podłogę i położył się. Chwilę później spał jak zabity.



   O trzeciej nad ranem obudził go głośny, zawodzący płacz. Otworzył oczy i przez chwilę zastanawiał się, czy rzeczywiście słyszał cokolwiek.
   Szloch powtórzył się. Dobiegał z holu. Był to płacz, jaki wydaje matka, która dowiaduje się o nagłej śmierci syna, płacz kobiety, która właśnie poroniła, szloch zgwałconej dziewicy.
   Wstał i pośpiesznie założył szlafrok. Po ciemku doszedł do drzwi i zapalił światło. Blask poraził jego oczy. Stał w bezruchu, wytężając słuch.
   Tajemniczy szloch rozległ się ponownie. Karol uchylił drzwi. Wyjrzał na zewnątrz.
   Na korytarzu paliły się światła. Pusto.
   Gdy wyszedł na hol, do jego uszu dobiegły wrzaski. Nie potrafił zlokalizować ich źródła. Dochodziły zewsząd. Krótkie, urywane wrzaski.
   Rozejrzał się uważnie po całym korytarzu, ale jedyną osobą, jaka w nim przebywała, był on sam w szlafroku i zamszowych kapciach.
   Przełknął głośno ślinę i nieco przygarbiony wykonał kilka kroków w głąb holu.
Tymczasem rozległ się kolejny, demoniczny wręcz wrzask i tym razem wzrok Karola powędrował na drzwi od windy. Ktoś zawodził tak głośno, jakby obdzierano go ze skóry.
   Dookoła ziało pustką.
   Niech no tylko dorwie gościa, który polecił mu ten hotel...
   Nastała chwila ciszy, a potem ktoś wykrzyknął:
– Pomocyyy!
   Głos z całą pewnością dochodził z windy. Karol podszedł do metalowych drzwi. Maszyna stała na parterze.
   Niemożliwe, kurwa. Tu jest dwudzieste piąte piętro!
   Sprawdził pozostałe cztery windy. Każda z nich stała na parterze.
– Pomocy – kobiecy głos przeszedł w pojękiwanie. Następnie rozległ się spazmatyczny płacz. Karolowi wydawało się, że zobaczył coś ciemnego za szkłem maszyny. Podszedł bliżej i spojrzał w mrok za wąską, zakurzoną szybą. Nic tam nie było, lecz nadal słyszał kobiecy płacz. Mało tego – ów płacz dobiegał zza drzwi windy, przy której stał.
– To niemożliwe – powiedział do siebie i jeszcze raz zerknął przez szybę.
   Osłupiał.
– Uratuj mnie! – rozległo się w jego głowie.
   To, co zobaczył spowodowało, że odskoczył z impetem, potknął się o własne nogi i upadł na lodowatą posadzkę. Krzyknął. Z trudem łapał oddech i drżał jak dzieciak z czterdziestoma stopniami gorączki.
   Zza szyby spoglądała na niego, oczyma pełnymi bólu, blada jak papier, twarz kobiety. Postać miała posklejane, opadające na czoło, włosy. Wyciągała do niego ręce w geście błagającym o pomoc. Kiedy ponownie krzyknęła, Karol dostrzegł, że ma wybite wszystkie zęby. Widok zakrwawionych dziąseł przeraził go. Nie potrafił jednak odwrócić głowy. Drżąc na całym ciele, patrzył na szarą, wyrażającą żal i wycieńczenie, twarz.
   Ponownie ujrzał jej oczy – przepełnione strachem w jednej chwili zamknęły się. Gdy w następnej sekundzie istota ponownie je otworzyła, przypominały oczy śniętej ryby. Były jasne, szklane, martwe.
   Zawył, sparaliżowany przez strach.
   A potem usłyszał, jak otwierają się drzwi od pobliskiego pokoju. Na hol wyszedł, ubrany w same slipy mężczyzna. Na widok, opartego o ścianę, przerażonego Karola, wybałuszył oczy.
– Wszystko w porządku? – zapytał, zaskoczony – Usłyszałem krzyk i jakiś hałas. Nic się panu nie stało?
– Nie – wymamrotał Karol, zerkając na windę Twarz kobiety zniknęła. Pozostała ciemność za szybą.
– Na pewno? Jak się pan czuje? Zasłabł pan?
– Chyba tak – nadal był wstrząśnięty tym, jednak panował nad słowami.
– Zadzwonić po lekarza? Nie wygląda pan dobrze.
– Nie trzeba, często mi się to zdarza. Choruję na padaczkę.
   I pewnie mam nie po kolei w głowie – dopowiedział w myślach.
   Mężczyzna rozejrzał się po korytarzu, po czym przymrużył jedno oko i spytał:
– Słyszał pan to?
   Karol mimowolnie zadrżał. Do jego uszu nie dobiegał w tej chwili nawet najcichszy szelest. Krzyki i szloch ucichły.
– Nic nie słyszę – odparł niepewnie.
– Ech, pewnie uszy zaczynają mi szwankować. Niech pan lepiej wróci do pokoju i się położy. Z taką przypadłością, jaką pan ma, nie ruszałbym się samemu z domu.
   Winda, w której Karol zobaczył zmaltretowaną twarz kobiety, ruszyła nagle do góry. Mijała kolejne piętra, a kiedy dojechała na dwudzieste piąte, zatrzymała się. Mężczyzna w slipach obrócił się, aby spojrzeć, kto wysiada. Za drzwiami jednak nie było nikogo.
– Co jest? Ktoś sobie żarty stroi? – zapytał z ironią w głosie.
   Winda była świetnie oświetlona. Ze wszystkich stron ozdobiona lustrami i całą masa różnych przycisków. Teraz stała na dwudziestym piątym piętrze – pusta.
– Przywoływał pan windę? – zapytał nagle facet w slipach.
– Nie, nic z tych rzeczy – odparł Karol. Było mu zimno. Miał ochotę wrócić do swojego pokoju, a potem nalać sobie podwójnej szkockiej.
– To jakim cudem przyjechała tutaj pusta?
– Nie wiem.
– Może ktoś nacisnął oba przyciski jednocześnie, wysiadł powiedzmy na siedemnastym, a winda przyjechała tutaj? Ale o trzeciej w nocy? Może był śpiący, nie uważa pan? Na pewno tak było – facetowi w slipkach najwyraźniej spodobała się rozmowa z samym sobą. Wyglądał na przejętego.
– Chyba tak – burknął Karol i oznajmił, że wraca do swojego pokoju.
– Niech pan uważa na siebie. Ja też spływam spać – usłyszał w odzewie.
   Karol wrócił do apartamentu, zgasił światło i po omacku trafił do łóżka. W gardle czuł straszną gorycz.
   Woda...
   Wódka.
   Najlepiej Jacuś. Gdzie jest Jacuś?
   Nieco zdenerwowany sięgnął po, stojącą na stoliku, butelkę Jacka Danielsa i pociągnął kilka łyków. Zapiekło go w gardle. Smakował jak herbata z wodą kolońską.
   Zakręcił butelkę i wsunął ją pod łóżko.
   Która mogła być godzina? Wyciągnął rękę po budzik, lecz nigdzie go nie było.
   Pieprzyć to.
   Chciał przespać w spokoju kilka godzin. Potem pojedzie na plac budowy i wykona kilka zdjęć. Położył głowę na miękkiej poduszce i odetchnął.
   Miał właśnie zasnąć, kiedy usłyszał szloch dobiegający z zewnątrz, z holu.
   Kurwa – jęknął.
   Aaaaaahaaaaa! Ajjjjjjrrrrr...
   Był kiedyś świadkiem wypadku drogowego, w którym zginął mężczyzna. Przejeżdżając motocyklem przez skrzyżowanie, nieszczęśnik uderzył w autobus. Nie miał kasku i jego czaszka pękła na dwie części. Stojąca w pobliżu kobieta, ujrzawszy mózg mężczyzny, spływający z boku autobusu, zaczęła wyć z przerażenia. Jej wycie było identyczne jak to, które usłyszał przed chwilą. Było paraliżujące i wywoływało lodowate dreszcze.
   Wzdrygnął się czując, jak serce podchodzi mu do gardła.
   Co tu się, do cholery, wyprawia? – wytężył słuch. W panujących w pokoju ciemnościach, ledwo dostrzegał swoje dłonie.
   Nie ruszył się z łóżka. Czekał.
   Lament ucichł.
   Tamtej nocy nie usłyszał już niczego, oprócz cichego tykania budzika. Jednak stał na stoliku, a fosforyzujące wskazówki zdawały się wprowadzać w hipnotyczny trans.
   Zlękniony nie mógł zasnąć. Przez kolejne pół godziny wytężał słuch, ale jedyne co słyszał to ciche tik-tak, tik-tak, tik-tak swojego budzika. Dopiero kiedy usnął, rozległo się ciche:
   Ajjjjrrrr...
   Dobiegało z holu. Z, stojącej na dwudziestym piątym piętrze, windy.

   Zjeżdżając na parter rozmyślał o rowerzyście w czapce bejsbolowej oraz o tym, do kogo mogła należeć twarz kobiety w szybie windy. Oczyma wyobraźni zobaczył jej martwe oczy i zakrwawione dziąsła. Wciąż słyszał lament.

   Nie potrafił znaleźć logicznej odpowiedzi na pytania, które go nurtowały. Jeszcze ten samoistnie przekręcający się klucz w zamku. Paranoja!
O duchach naczytał się sporo dziwacznych artykułów. Widział wiele programów na kanale Discovery. Nigdy jednak nie sądził, że przytrafi mu się coś porównywalnie abstrakcyjnego.
   Spojrzał na swoją twarz w lustrze kabiny. Zapadnięte policzki i ciemne place pod oczami dodawały mu co najmniej siedem lat. Jego twarz porastała szczecina.
– Wyglądasz jak gówno – powiedział robiąc kwaśną minę.
   Winda zjeżdżała w dół mijając kolejno: szesnaste, piętnaste, czternaste piętro...
   Czekał go ciężki dzień. Musiał sfotografować plac budowy czterokondygnacyjnego parkingu podziemnego, po czym sporządzić obszerny raport o postępie prac. Na samą myśl o tym, rozbolała go głowa. Uciążliwe pulsowanie w skroniach wywołało w nim mdłości.
   Spokojnie, Karolku, tylko spokojnie. Najpierw zjesz ciepłe śniadanie w przemiłej restauracyjce tuż obok tego pieprzonego wieżowca, a dopiero później zaczniesz myśleć o raporcie.
   Co się z nim stało? Niegdyś pracoholik, teraz sprawiał wrażenie zmęczonego, wręcz wycieńczonego życiem. Był często poirytowany, słaby, zmęczony. Czuł w sobie jakąś siłę, która zamiast dodawać mu energii, miażdżyła psychikę.
   Kiedy winda minęła ósme piętro, zadygotał.
   Co tu tak zimno?
   Może dostał wysokiej gorączki? Spojrzał na zegarek i zobaczył, że szkiełko ochronne zaparowało. Przez moment patrzył w zdziwieniu na Timexa, nie mając pojęcia co się dzieje. Tymczasem maszyna zjechała na parter. Zabłysło czerwone światełko.
   Drzwi jednak nie rozsunęły się.
   Wcisnął "Parter". Nic. Ponowił czynność. Nic.
   Coś szarpnęło, zagruchotało. Z trudem utrzymał równowagę.
– Co jest kurwa...


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl