Weronika

Spis treści
Weronika
Page 2
Wszystkie strony



   Z zasady jestem małpą. Tak, wiem, niewielu ludzi się do tego przyznaje, ale ja jestem bardzo szczerą małpą. I powiem jedno – wrednym ludziom nie żyje się tak łatwo, jak się to innym wydaje. Człowiek traci wiele czasu, energii i zdrowia zanim uda mu się zrobić naprawdę dobre świństwo.


  Weźmy ostatnie dwa tygodnie. W poniedziałek poznałam Ercepa. Przytrzymał mi windę i pomógł wnieść zakupy, a na moim piętrze wysiadł razem ze mną i zataszczył mi torby, aż pod drzwi mieszkania. Zwykła kobieta podziękowałaby i zajęła się obiadem, nie przywiązując zbytniej wagi do całego wydarzenia. Zwykła, ale nie ja – kobieta-żmija.
  Zamiast wypakować zieleninę usiadłam na podłodze i zaczęłam się zastanawiać, do kogo należy takie cudo. Ta to na pewno nie musi stać teraz przy garach. Myrskam to, ja też dzisiaj nie będę. Postanowiłam spokojnie pomyśleć, bo do myślenia miałam w końcu sporo. Nurtowały mnie trzy zasadnicze pytania: kim on jest, kogo on jest i jak to zrobić, by już nie był.
  Oczyma duszy widziałam, jak się prowadzam z boskim nieznajomym, a baby na nas patrzą i zwija je z zazdrości. Pierwsza zasada bycia wredną – ruszyć wyobraźnią. Obraz pięknej przyszłości mobilizuje siły do wszystkich matactw i przekrętów potrzebnych do osiągnięcia celu. Działa zawsze.
   Nic nie wymyśliłam, ale los mi sprzyjał, bo już następnego dnia zobaczyłam jak moje marzenie wyprowadza pieska. Pognałam do kolegi, który z niezrozumiałych dla mnie powodów od lat był we mnie szaleńczo zakochany.
– Dawaj psa.
Popatrzył na mnie zdziwiony.
– Fafika?
– A masz innego? Pożycz mi go.
– Po co?
– No przecież go nie zjem.
– Nie mów tak – chyba nim wstrząsnęło.
– Jak? Wolałbyś, żebym go zjadła? – zdziwiłam się.
– Nie mów o tym w ogóle.
– Aha. No to co, dasz mi go czy nie?
   Nie chciał. I licz tu człowieku na miłość faceta. Przez następne pół godziny usiłowałam go przekonać wymyślając najróżniejsze powody, dla których potrzebny mi był Fafik. W końcu się zgodził, kiedy mu powiedziałam, że chcę pokazać psa na zjeździe miłośników twórczości Gałczyńskiego. Kurcze, ile się człowiek musi nagłówkować. I dodatku nikt go za to nie doceni. My, wredni, pozostajemy na zawsze nieodkrytymi geniuszami.

   Nazajutrz o trzeciej rano pognałam do Mariusza. Waliłam w drzwi dobre dziesięć minut zanim łaskawie raczył mi otworzyć.
– Co robisz? – spytał, przycierając oczy. Nie wiem, czy ludzie zdają sobie sprawę jak śmiesznie wyglądają, gdy się do nich wpadnie nagle w środku nocy. Wiem, co mówię, bo robiłam to już kilka razy. Z czystej złośliwości, przyznaję się. Kilka rzekomych piękności przestało się do mnie odzywać, bo odkryłam ich drugą twarz. Dosłownie.  
– Przyszłam po psa.
– W nocy?
– Nie wiem, o której się wychodzi z psem – wymknęło mi się. Mariusz popatrzył na mnie podejrzliwie.
– Mam pociąg wcześnie rano, dlatego chcę go zabrać teraz – poprawiłam się.
Miałam szczęście, bo chłop był naprawdę zaspany i nie bardzo kontaktował. Przyprowadził psa i dał mi smycz.
– Dzięki, naprawdę. Jak wrócimy, to go przyprowadzę.
   Jeżeli są przypadki, kiedy imię zupełnie rozmija się z właścicielem, to Fafik był tego najlepszym przykładem. Bydlę sięgało mi do pasa, było całe czarne i miało wielką, zębatą paszczę, której nie zamykało ani na minutę. Po drodze skakało po mnie bez ustanku, merdało wielgaśnym ogonem tak, że musiałam się uchylać, biegało w kółko jak szajbnięte i uparcie usiłowało polizać mnie po nodze, nie przestając przy tym szczekać. Naprawdę nie wiem, jak udawały mu się te wszystkie sztuki w tym samym czasie. Normalny pies wysiadłby gdzieś tak przy połowie.

   Chyba nigdy nie cieszyłam się tak bardzo na widok własnego mieszkania. Puściłam potwora, by się zapoznał ze swoim tymczasowym domem, a sama stanęłam przy oknie. Sterczałam tam jak głupia, nie chcąc przegapić wychodzącego cuda. Nim w końcu je zobaczyłam, a było to dopiero gdzieś koło szóstej, Fafik zdążył rozszarpać mi but, zeżreć ciastka ze stołu, popić wodą z muszli i wysikać ją w chwilę później na mój nowy dywan. Nic mu nie powiedziałam, bo nie wiedziałam, co się mówi w takich wypadkach do całkiem obcych psów. Bo do swojego to chyba jednak wiedziałabym, co powiedzieć.
   Złapałam smycz i uszczęśliwiona niemal spłynęłam po schodach. Wyszłam z bloku i kilka metrów dalej ujrzałam mego lubego stojącego z jamnikiem. Chciałam go zawołać, ale nie wiedziałam jak ma na imię, a "hej, przystojniaku", albo "halo, boski" raczej nie wchodziło na razie w rachubę. Złożyłam więc palce i zagwizdałam.
   Usłyszał, odwrócił się i w tym samym momencie, kiedy mnie zobaczył, Fafik dostrzegł jamnika. Usłyszałam radosny skowyt, chrapnięcie i potężna siła pociągnęła mnie do przodu.
   Zdążyłam jeszcze zobaczyć, jak chłop bierze na ręce swojego zwierzaka i zaczyna uciekać. Chciałam zatrzymać psa, ale nie było siły, żeby taka mała kobieta jak ja poradziła sobie z taką kobyłą. Fafik gnał przed siebie, wielkie uszy plaskały mu do rytmu z wiatrem i widać było, że bezsprzecznie i niezaprzeczalnie jest w swoim żywiole. W przeciwieństwie do mnie, niestety.   Bydlę ciągnęło mnie po krzakach i kałużach, byłam cała mokra i podrapana i w dodatku zaczynało mi brakować tchu. Facet biegał w koło bloku, Fafik z wywalonym jęzorem radośnie pędził za nim, a ja gdzieś tak przy trzecim kółku straciłam nadzieję, że kiedyś się zatrzymamy.
– Zaczekaj! – krzyknęłam z całej siły – Zatrzymaj się na chwilę! Zaczekaj!
– Nie mogę – odkrzyczał w biegu – twój pies zje Brutusa!
    Czy ci ludzie powariowali? Najpierw Fafik morderca, a teraz jamnik Brutus.
– Zatrzymaj się!
– Ty się zatrzymaj pierwsza.
– Nie mogę!
– No widzisz.
   Zaczęłam liczyć, jak długo jeszcze mogę tak biegać zanim wysiądzie mi serce i wyszło, że mogę zaryzykować jeszcze ze dwa kółka. O tym, co będzie potem, wolałam nie myśleć.
– Jak się nazywasz? – krzyknęłam.
– Andrzej.
– Mieszkasz tutaj? – Zastanawiałam się, ilu ludzi nas słyszy. A raczej – jak niewielu nas nie słyszy.
– W tym bloku – pokazał w biegu.
– Co robisz jutro? – trudno, muszę być bezpośrednia, bo jeszcze jedno kółko i padnę.
– Nie wiem. Ale wiem, co zrobię teraz!
   Nim dokończył, skoczył  w bok, dał dwa potężne susy i wpadł do klatki. Fafik pędem dopadł do drzwi, gwałtownie się zatrzymał i zaczął w nie wściekle drapać. Ja nie wyhamowałam.



    Leżąc w domu z rozbitym nosem patrzyłam jak pies chla wodę z mojej najlepszej kryształowej miski. Z żadnej innej nie chciał, a nie mogłam pozwolić, żeby pił z klozetu.
    Zaplanowałam, że całe popołudnie poświęcę na chodzenie na smyczy.To znaczy – Fafik miał chodzić na smyczy, nie ja. Ja miałam się nauczyć chociaż w minimalnym stopniu nad procesem tym zapanować. Miałam jeszcze trzy dni, bo w sobotę wieczorem musiałam odtransportować psa do domu i żywiłam szczerą nadzieję, że spacerując przez ten czas z Andrzejem (i z psami, o ile uda mi się ujarzmić Fafika) uda mi się go na tyle oczarować, że nie będę potrzebowała już zwierza. Reszta potoczy się, że tak powiem, naturalnie. A potem będziemy żyli długo i szczęśliwie.
    Tymczasem gdzieś tak koło południa pies zaczął tęsknić. Spuścił uszy, zwiesił ogon i z melancholią wpatrywał się w drzwi. Cały jego entuzjazm spowodowany zmianą otoczenia gdzieś wyparował. Wyglądał jak piłka plażowa po sezonie. Znam ten stan. Też tak mam, gdy włożę całą swoją enerię w jakiś podstępny, paskudny plan, a potem się okaże, że cel nie był wart środków. Naprawdę, straszne uczucie.
    Zrobiło mi się żal potwora. Czując niejako pokrewieństwo losów odprowadziłam go do domu.
   Nie wiem, kto się cieszył bardziej – pies czy Mariusz. Ponieważ jedyną istotą, która nie miała rozradowanego pyska, byłam, niestety, ja, postanowiłam w drodze powrotnej zajść do cukierni i zafundować sobie bezy – moje jedyne pocieszenie w chwilach niepowodzeń.
   Każda małpa musi mieć coś takiego, bo tych niepowodzeń w naszym życiu jest naprawdę sporo. Jak już mówiłam, bycie padalcem to nie bułka z masłem. Czasami to nawet nie bułka, ale to już inny temat.

    Los mi jednak sprzyjał bardziej niż myślałam, bo w sklepie natknęłam się na Jędrka – kupował pączki dla babci. Postanowiłam nie wypuszczać ptaszka z garści i poszłam z nim odwiedzić starszą panią. Chciałam przy okazji pokazać moje dobre serce, jak to się troszczę o ludzi w potrzebie i w ogóle, ale nie za bardzo mi to wyszło, bo przez cały czas naszej wizyty męczyłam babinkę o Andrzeja. Babcia się wymawiała, że nic o nim nie wie, a ja, wściekła na jej sklerozę, usiłowałam ją zmusić, żeby coś sobie przypomniała. Jeszcze chwilę, a świeciłabym jej światłem po oczach. Kiedy w końcu wyszliśmy, Jędrek wspomniał mimochodem, że to nie jego babcia. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię.
     Długo się tak jednak nie zapadałam, bo po pierwsze – jak się ma brzydki charakter, to ze wstydem trzeba się oswoić, a po drugie – udało mi się wyciągnąć z niego wszystko, co chciałam. Był Ercepem, mieszkał u Iwonki, babcia była Iwonki, on był Iwonki, bla, bla, bla. Trochę się zdenerwowałam, kiedy usłyszałam, jak o niej mówi, ale z drugiej strony łatwe wyzwanie to żadne wyzwanie. Nie bez powodu owoc z czubka drzewa najbardziej smakuje. A mnie nie bez powodu nazywają Wrednoniką.
   Ponieważ Andrzej wspomniał, że zamierza dbać o wygląd swojej larwy, nabajdurzyłam, że jestem kosmetyczką w nowoczesnym salonie i zaprosiłam go do siebie na konsultacje. Pożegnaliśmy się, on poszedł do domu, a ja pognałam do kiosku po jakieś czasopisma dla kobiet. Miałam cztery godziny, żeby się doszkolić.

    Punktualnie o siódmej zapukał do drzwi. Chwiejąc się na niebotycznie wysokich obcasach (specjalnie na tą okazję pożyczyłam buty od sąsiadki) otworzyłam i stanęłam w prowokującej pozie. Na sobie miałam przezroczystą szmatę, którą dostałam od koleżanki na zeszłoroczne urodziny, a której przeznaczenia nikt nie mógł zgadnąć. Ostatnio nosiłam ją jako szal, dzisiaj robiła za szlafrok.
   Jędrek nawet nie mrugnął na mój widok. Powiedział "cześć", wszedł do pokoju i od razu zabrał się za stos kobiecych magazynów. Zaskoczył mnie, szczerze mówiąc, bo spodziewałam się nieco innego powitania. W końcu chyba nie każda kobieta przyjmuje go w takim stroju. A przynajmniej chyba nie codziennie.
   Nie bardzo wiedząc, co z sobą zrobić, zatrzymałam się w drzwiach pokoju i kusicielsko oparłam się o framugę. Stałam tak i stałam, a Jędrek w tym czasie spokojnie studiował sobie artykuł o zmarszczkach. W końcu nie wytrzymałam.
– Może byśmy przeszli do praktyki? – zapytałam słodko.
– Zaraz, tylko skończę – nawet nie podniósł głowy.
– Moglibyśmy poćwiczyć wklepywanie balsamu. Bo wiesz, ciało nie kończy się na twarzy, jest jeszcze reszta.
– Wiem – odparł spokojnie.
    Czy ze mną jest coś nie tak? Stoję tutaj w tym cienkim przezroczystym łachu, zimno mi jak cholera, nogi mnie bolą od tych głupich szczudeł, a on nawet na mnie nie spojrzy. Zaczynałam wątpić w swoją atrakcyjność.
– Masz internet? – zapytał i nie czekając na odpowiedź przesiadł się na krzesło obok biurka – Tutaj podają taką fajną stronę. Mogę?
– Możesz, ale może byśmy tak praktycznie zaczęli...
– Zaraz, zaraz – wystukał coś na klawiaturze – tylko coś zobaczę. O, jest!
    Przez kilka minut siedział nieruchomo, czytał, mruczał i robił notatki, aż nagle odwrócił się i zaczął się na mnie bezczelnie gapić.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl