Karol

Spis treści
Karol
Page 2
Wszystkie strony

ilustr. Anna Fudyma
   Zenek wyszedł na plac, jeszcze raz zaciągnął się końcówką papierosa, wyrzucił niedopałek do rynsztoka, a w ślad za nim posłał strugę żółtawej śliny. Szare niebo wisiało nieruchomo nad dachami kamienic, odbijało się w mokrym asfalcie, ściekało z witryn sklepów wprost pod jego stopy, skąd przez dziury w podeszwach butów trafiało do oczu i duszy. 

   Na krótką metę Zenek lubił taką pogodę. Trwanie jednak szarej i dusznej atmosfery wprawiało go w melancholijny nastrój i z reguły ściągało na niego smutek, który rozpraszał tylko łyk napoju, od niepamiętnych czasów przyrządzanego przez Karola w zakamarkach jego mieszkania. Zenek splunął raz jeszcze, z tylnej kieszeni spodni wyciągnął żółty grzebień, przeczesał rzedniejące już, mimo młodego wieku, włosy i powłócząc nogami, podszedł do bramy kamienicy Karola.

   Karol leżał na podłodze kuchni, przyglądał się szarym wzorom na suficie i rozmyślał. Rozmyślania charakteryzowały się zupełnym brakiem sensu i jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. Wizje przelatywały przez jego umysł z narastającą prędkością. Były barwne lub czarno–białe, niektóre wywoływały nieznaczny uśmiech na pooranej zmarszczkami twarzy, inne wyciskały przelotne łzy. Kłębiły się w olbrzymiej ilości w głowie Karola, wypełniały niewielką kuchnię i osiadały na ścianach upstrzonych w ciągu upalnego lata przez muchy. Pyzaty Budda siedzący na półce wyrwał się z nirwany i z głośnym klaśnięciem uderzył dłonią w czoło, wyrywając Karola z zamyślenia. Ze zdumieniem spostrzegł on stado niewielkich diablików, siedzących pod jego łóżkiem.
– Co wy tu robicie, do cholery? – zapytał Karol.
– Siedzimy i czekamy, aż odrosną nam skrzydła, żeby wyrwać się z tej śmierdzącej nory – odpowiedział pierwszy z brzegu piskliwym głosikiem - A ty?
– Mieszkam tu – powiedział poirytowany nieco bezczelnością nieproszonych gości – To mój dom, a mój dom to moja for...
– Czołem, Karol! Z kim rozmawiasz?
   Karol odwrócił się i zobaczył stojącego w drzwiach kuchni Zenka.
– Jakieś paskudztwo zalęgło mi się pod łóżkiem - odpowiedział.
   Zenek pochylił się i zajrzał przez ramię Karola.
– Diabliki – stwierdził znużonym głosem – przez tę parszywą pogodę wszędzie ich pełno. Zaraz je wypłoszę.
   Przyłożył palce do czoła, udając szarżującego byka, przewrócił oczami i rzucił się w stronę łóżka, rycząc przy tym nieludzko. Przerażone diabliki rozpierzchły się po kuchni, wypełniając ją wibrującymi w ludzkich uszach piskami.
– Wariat! Pijak! Zboczeniec! – rozlegało się ze wszystkich szpar w podłodze i nieciągłości ścian.
– Degenerat! – padło z kąta.
   Zenek zatrzymał się jak rażony piorunem.
– Degenerat!? – odwrócił się na pięcie – Degenerat!!?? – Który to powiedział?? – rzucił się w stronę, z której dobiegł głos, po czym na czworakach zaczął ścigać małą istotę, sprytnie manewrującą pomiędzy nogami stołu.

   Karol siedział oparty o kuchenkę i rozbawiony obserwował poczynania Zenka, który miotał się pomiędzy oknem a drzwiami. Trwało to dobrą chwilę, aż Zenek nagle przypomniał sobie, co ściągęło go w gościnne progi mieszkania Karola.
– Słuchaj, Karol – zaczął, łapiąc oddech niczym długodystansowiec - Zostało ci jeszcze coś tej księżycówki, którą piliśmy wczoraj?
– Jest jeszcze cały słoik. Stoi za łóżkiem .
   Zenek pochylił się i wyciągnął zza łóżka duży słój z zielonego szkła.
– Jakiś lekki – spojrzał podejrzliwie na Karola – Jesteś pewien, że nie zużyłeś jej, żeby zasnąć?
   Karol sięgnął po naczynie i spojrzał na nie pod światło padające przez brudne szyby.
– O sukinsyny! 

   Na suchym dnie słoja leżały dwa małe stworzenia w pomiętych strojach, przypominających sutanny księży, jakie pamiętał z dzieciństwa, z pomiętymi i brudnymi skrzydełkami wyrastającymi z pleców. Karol odwrócił słój i wytrząsnął stworzenia na dłoń. Zenek podszedł do niego, przetarł oczy ze zdumienia i dźgnął delikatnie końcem palca jedno z nich.
– Te, wstawaj. Coś ty za jeden?
   Stworzenie podniosło się chwiejnie, przetarło zaspane oczy, czknęło i powiedziało:
– Na imię mi Zenon Drugi i jestem stróżem. Znaczy się aniołem. Aniołem stróżem. Twoim aniołem stróżem – czknął ponownie, rozejrzał się dookoła, starając się skoncentrować swój wzrok na pochylających się nad nim twarzach – A w zasadzie, który z was czterech to Zenon?
– Kolejny degenerat!! – z wnęki pomiędzy kuchenką a lodówką wyrwał się triumfalny pisk kosmatego diablika.

   Zenek rzucił w kierunku wnęki swoją czapką, wywołując falę szyderczych komentarzy dotyczących celności. Tymczasem drugi anioł przeciągnął się leniwie na dłoni Karola, otworzył oczy i podrapał się w brudną piętę.
– Cześć. Jestem Karol. Teoretycznie Drugi, a praktycznie Pierwszy – skrzywił się paskudnie – Cholera. Ale mnie łeb boli – spojrzał na Karola z wyrzutem – Trzeba się zbierać – szturchnął kompana, po czym obaj zaczęli prężyć skrzydła i gotować się do odlotu.
– Zraz, zaraz. Nie tak prędko, ptaszki – powiedział Karol – Najpierw wytłumaczcie się z tego – zamachał trzymanym w drugiej dłoni słojem.
– Z tego? – skrzywił się aniołek – Nic tu do tłumaczenia. Pilnowaliśmy was jak co wieczór, a to cholernie stresujące zajęcie. No to po robocie trzeba się było trochę odstresować – wzruszył ramionami – To wszystko.
   Karol z niedowierzaniem przyjrzał się małej postaci.
– W słoju było na powalenie czterech dorosłych mężczyzn – powiedział – Nie chcesz chyba powiedzieć, że...
Aniołek w zamyśleniu pokiwał głową.
– No tak – odkaszlnął – Wy ludzie i wasza cholerna zdolność do wiary w cuda. Jasne, że nie. Zaprosiliśmy kumpli z całej dzielnicy.
   Mówiąc to, zamachał skrzydłami i w towarzystwie swojego kompana uleciał w stronę okna, nieznacznie tylko zygzakując po drodze. Okno było zamknięte, co obydwaj dostrzegli zbyt późno i z cichym szelestem osunęli się na parapet.
   Pierwszy podniósł się anioł Karol, teoretycznie Drugi, a praktycznie Pierwszy.
– Słuchaj Karol – powiedział – Otwórz to cholerne okno. Świeże powietrze dobrze nam zrobi, a za pół godziny mamy odprawę u Szefa.
   Oniemiały Karol uchylił lufcik i aniołki zniknęły za oknem, wymieniając nieco bełkotliwe uwagi na temat zimna i wilgoci panującej na zewnątrz.
– Widziałeś? – powiedział Karol, stawiając przed zaśpionym Zenkiem pusty słoik.
– To, czy tamto? – odparł Zenek, wskazując najpierw na pusty słój, a później na uchylony lufcik.
– To i tamto, i... – Karol machnął słoikiem w stroń okna – ...muszę się napić – zakończył swoją wypowiedź, po czym pogrzebał pod zlewem i spomiędzy sprzętów wypełniających szczelnie niewielką przestrzeń wydobył zielony słój, łudząco podobny do słoja, z którego przed momentem wypuścił istoty, w których istnienie nie wierzył od czasów wczesnego dzieciństwa. – Żelazna rezerwa – uśmiechnął się tryumfalnie, widząc radość na twarzy przyjaciela. Przepłukał zimną wodą dwie szklanki i zasiadł przy stole.



   Siedzieli w milczeniu, rozkoszując się smakiem księżycówki.
– Uważam, że padliśmy ofiarą zbiorowej halucynacji – powiedział w końcu Zenek, wychylając czwartą kolejkę.
– Tak ci się tylko wydaje – zapiszczał z kąta jeden z diablików, sprowadzając ich ponownie do świata chwiejnej rzeczywistości.
   W tym momencie rozległo się stukanie do drzwi.
– Kto tam? – zapytał rzeczowo Karol.
– Święty Mikołaj – odpowiedział baryton za drzwiami.
   Karol rzucił się do klamki i otworzył drzwi. Do kuchni wtoczył się otyły jegomość w wytwornym, czerwonym garniturze z białymi wyłogami, z elegancką teczką z kreciej skóry w ręku.
– Co się tak gapicie – powiedział Mikołaj – Mikołaja nie widzieliście?
Zenek podniósł się chwiejnie od stołu.
– Mikołaj, powiadasz... – złapał jegomościa za siwą brodę i szarpnął nią potężnie.
– Łaaaaaaaaauuuuuuuuu!!! – ryknął Mikołaj i rąbnął Zenka w szczękę, wyprowadzając zaskakująco klasyczny prawy prosty, który zmienił nieszczęśnika w poplątany kłębek nóg, rąk, bólu i szczypty niedowierzania, przemieszczający się trajektorią łukową w drugi kąt pokoju.
– Przepraszam za kolegę, panie Mikołaju, po wydarzeniach dzisiejszego wieczora zrobił się jakiś taki nieufny – powiedział Karol – Napije się Mikołaj? – wykonał zachęcający gest w stronę nieco koślawego stołu.
– A i owszem – twarz Mikołaja poweselała i nabrała żywszych rumieńców – Zimno dzisiaj i jakoś tak wilgotno.
   Karol przepłukał trzecią szklankę, napełnił, po czym wzniósł toast.
– Za dzisiejszy wieczór – powiedział – To wieczór cudów!
– Cudów? – skrzywił się Mikołaj, pocierając bolącą brodę – No, w sumie można i tak to określić – wychylił jednym haustem podaną mu szklankę, po czym sięgnął do swojej aktówki i położył na stole dwa niewielkie pakunki zawinięte w przetłuszczony papier. – No to co? Pora na, hm, prezenciki... 
   Karol drżącymi rękami podał paczuszkę dochodzącemu do siebie Zenkowi, po czym sam zajął się rozwijaniem papieru, na którym odczytał swoje imię. Po rozdarciu kilkunastu warstw wyciągnął kawałek metalu. Z głupią miną obracał go w palcach, nie bardzo wiedząc, co począć z takowym prezentem.
– Bardzo dziękuję, Mikołaju, ale co to jest? – wydusił w końcu.
– Jak to co? Gwiazdka z nieba! – zarechotał paskudnie Mikołaj i widząc minę podnoszącego się z kąta Zenka, ulotnił się w sposób świadczący o dużej wprawie w wychodzeniu z nieprzyjemnych sytuacji.

   Aniołki leciały przez zimną, wilgotną noc, machając raźno skrzydełkami. Kac ulatniał się w ostrym powietrzu, powoli wypierany z ich rachitycznych ciałek przez zaczadzenie, wywołane dużą ilością dymu z setek kaflowych pieców, które ogrzewały całą okolić od setek lat. Nagle, bez ostrzeżenia, z cichym świstem przemknął obok nich Mikołaj w swojej limuzynie napędzanej silnikami Ren-3. Podmuch rzucił wątłymi ciałkami i zepchnął Karola Praktycznie Pierwszego i Zenka Drugiego z wyznaczonej trasy, prosto na dach pobliskiego kościoła.
– Cholerny pirat drogowy! Jeszcze cię dopadę, ty czerwony błaźnie! – pomstował Karol, prostując wygięte skrzydełko. Rozejrzał się dokoła i zobaczył, że Zenek Drugi ześlizgnął się po blaszanym dachu i wpadł do rynny wypełnionej czarnym szlamem zgniłych liści. Oblepiony cuchnącą mazią, skacowany aniołek to widok niezwykle zabawny dla drugiego aniołka, toteż Karol Praktycznie Pierwszy zaśmiał się perlistym śmiechem, znanym tylko elfom i aniołom.
– Wyglądasz jak diabełek – powiedział do towarzysza, pomagając mu wydostać się z grzęzawiska.
   Zenek Drugi mył swoje skrzydła w kałuży wody zebranej w załomie dachu przy kościelnej wieży. Klął na czym świat stoi, a Karol, świadomy tego, że spóźnią się na odprawę, również dawał upust swojej bezsilnej złości. Po piętnastu minutach, kiedy skrzydła Zenka Drugiego nieco przeschły, ruszyli dalej i niebawem dotarli do gołębnika, gdzie odbywało się cotygodniowe zebranie stróżów z całego miasta.

   Zenek stał na środku kuchni i spoglądał na Karola osłupiałym wzrokiem, ściskając w garści prezent od Mikołaja. Karol w zamyśleniu napełniał szklanki księżycówką, zastanawiając się, co i dlaczego tak naprawdę się przydarzyło.
– Hm, dawno już nie widziałem Mikołaja – powiedział Karol – Ale nigdy w życiu nie słyszałem, żeby przyniósł komuś kawałek sznurka.
– Kawałek sznurka! – krzyknął Zenek – Przecież to nie kawałek sznurka, tylko pieprzony podzespół dziewiętnastowiecznej szubienicy! Jak do cholery mam to traktować? Najpierw te małe gnojki nazywają mnie degeneratem, a potem Mikołaj przynosi mi coś takiego! – rzucił na stół spory kawałek zgrabnie splecionej w zaciskową pętlę liny.
   Karol przyglądał się prezentowi i nie bardzo wiedział, jak pocieszyć przyjaciela.
– Napijmy się – wydusił w końcu.

   Aniołki wcisnęły się do gwarnego gołębnika, licząc po cichu, że przemkną na swoje miejsca niezauważone, co jednak się nie stało. Przeciskały się właśnie do swoich miejsc przez sektor wypełniony nieświeżymi oddechami dzielnicowych aniołów, kiedy zatrzymał ich i momentalnie postawił na baczność głos Archanioła Miejskiego Michała.
– Karol Drugi i Zenek Drugi do mnie!
   W gołębniku zapadła cisza. Wszyscy zebrani wiedzieli, że jeżeli w ogóle jest coś, czego nie cierpią archanioły, to właśnie spóźniania się na odprawy. Archanioł Michał nie był wyjątkiem od tej reguły. Wychowany w surowych, zbiurokratyzowanych zakątkach nieba, uważał punktualność za najlepszą cechę aniołów.
– Czy wiecie, jaka jest najlepsza cecha anioła? – zapytał groźnym głosem, kiedy w końcu przedarli się w ciszy przez tłum i stanęli przed jego biurkiem.
   Karol z Zenkiem stali ze spuszczonymi skrzydłami przed rozgniewanym zwierzchnikiem i zastanawiali się, jaką karę wyznaczy im tym razem.
– Pytałem, czy wiecie jaka jest najlepsza cecha anioła? – powtórzył Michał
– A... Anielska cierpliwość? – zająknął się Karol.
   W sali rozległy się szmery rozbawionych głosów, archanioł uderzył pięścią w biurko, przywracając momentalnie grobową ciszę.
– Dowcipny jesteś, stróżu – wycedził przez zaciśnięte zęby – żartujesz sobie z wysokich rangą urzędników... Ja ci... Ja cię... Ja... Ja już nie wiem, co z nimi zrobić – jego głos załamał się i złagodniał na widok wchodzącego do sali Rzecznika Praw Anielskich, odbywającego rutynową, niezapowiedzianą kontrolę odległych garnizonów.


 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl