Malarz Franciszek

    Franciszek zmarł tak, jak siedział. Był zmęczony, czuł to wyraźnie, więc usiadł do stołu, z nieodłącznym papierosem, w ubraniu klasycznie pomazanym w różne wzory kolorowymi farbami. Usiadł do stołu w swoim zmęczeniu i kuchni zarazem, obiecując sobie, że dziś jeszcze położy ostatnią kreskę na obrazie, który właśnie kończył. Kuchenny zegar wahał się, czy nie zacząć wybijać 11 rano, zaś Franciszek obserwował swoją drżącą dłoń z papierosem, mechanicznie wędrującym na trasie usta – popielniczka. Zegar wybił jedenastą, a ręka Franciszka przestała kursować.

    Miał dużo szczęścia, gdyż przyjaciół, tak prawdziwych, jak i fałszywych, w zasadzie mu nie brakowało. Niestety, wszystkich traktował z podobną – niewielką – dozą serdeczności, tak, jakby nigdy nie nauczył się odróżniać fałszu od szczerości. To, co dodawało uroku jego obrazom, w życiu było nie do zniesienia.
    Nie o to nawet chodzi, że obrazy Franciszka były nieszczere. Były czyste, jakby wyprane z emocji, od których on sam zresztą stronił. Być przyjacielem Franciszka oznaczało być przez niego tolerowanym. Na palcach jednej ręki można zliczyć tych, wobec których zdobył się na coś więcej.
    W dobrym tonie było lubić Franciszka, odwiedzać Franciszka, pozować Franciszkowi i ogólnie przebywać w świetle jego cienia.
    Cień bowiem rzucał okazały. Na całe otoczenie, na wszystkich swoich marnych naśladowców i epigonów, na przyjaciół, którzy otaczali go zewsząd i na wrogów, którzy wyruszawszy w jego okolice, nigdy nie omieszkali przebrać się w przyjazne szaty. Franciszek, co tu kryć, był w zasadzie niedościgniony. Przynajmniej do czasu, nim zgasł przed swoim własnym papierosem.

    Wkrótce po pogrzebie, i coś mi się zdaje, że odkrywcą był Henryk (aczkolwiek odkrycie owo miało wielu ojców oraz kilka matek, nie wspominając już o dalszych krewnych), coś dziwnego stało się z jego obrazami. Furda z tymi, których tak naprawdę nikt nie lubił, jak na przykład “kobiety z czerwonym językiem”, która miała doskonałą możliwość straszenia wszystkich gości państwa sędziostwa. Gorzej, że “panna z listem w dłoni” oraz “klaun wiszący u klamek”, powszechnie podziwiane, idealnie oddające jego rozedrgany (a przecież pewny) styl, zmieniły się nie do poznania.
    Ostrość barw, kontrastowana umiejętnie i z wyczuciem, będąca przedmiotem niemego zachwytu (który, jak to bywa z niemym zachwytem, aż nader często był zagłuszany przez okrzyki pochlebstw), straciła na wyrazie. Tematyka, poruszająca serca i wyobraźnię, spowszedniała z dnia na dzień do tego stopnia, że co poniektórzy odważyli się twierdzić, że była powszednią i wcześniej.
    Oczywiście, to wszystko pociągnęło za sobą pozaestetyczne konsekwencje: aukcje, dawniej buchające żywym ogniem uwielbienia, przygasły. Niektórzy co odważniejsi krytycy zaczęli przebąkiwać, że Franciszek był po prostu przereklamowany. Tak, jakby przyznawali, że padli ofiarami zbiorowej hipnozy. Tak, jakby to sama postać malarza, zimnej, niemal posągowej postaci, sprawiała, że obrazy były cenione wyżej niż powinny.
   
    Dzieła Franciszka powoli dryfowały w kierunku jeleni na rykowisku i zachodów kiczowatych słońc nad lazurowymi wybrzeżami Mazur. Zapomnienie, największa zmora artystów, wyciągnęło ręce w kierunku malarza.

    Franciszkowi było wszystko jedno. Nie wiadomo, ile wysiłku wkładał w swoją stoicką obojętność za życia. Po śmierci wychodziło mu to niemal równie dobrze. Faktem jednak jest, że pośród powszechnego darcia szat i włosów z głów, jedna osoba cieszyła się z takiego obrotu spraw. Cieszyła się, gdyż dzięki temu mogła mieć święty i niezakłócony niczym spokój. Na imię owa osoba miała Matylda (a naprawdę Ruta, ale z różnych względów wolała Matylda) i była posiadaczką jeszcze jednego, nikomu (jak jej się zdawało) nieznanego obrazu Franciszka.

    Poznali się w czasach, gdy Ruta zdecydowanie wolała być Matyldą, gdyż to drugie imię nie kojarzyło się z krainami rozrzuconymi wśród nieprzyjaznych i dopiero co meliorowanych pustyń. Franciszek z kolei przygotowywał się do swojego pierwszego wernisażu, ale ponieważ malował głównie dla siebie, mijał już szósty rok owych przygotowań. Poznali się dokładnie w tym momencie, gdy żadne z nich nie miało niczego do stracenia i niczego do zaoferowania. Słowem – poznali się w idealnej chwili. Być może, gdyby nie Henryk, który później miał odegrać doniosłą rolę w całej tej historii, Franciszek nigdy nie dopłynąłby do swojej pierwszej wystawy i wszystko potoczyłoby się inaczej. Franciszek sam z siebie miał problemy z koordynacją nawet niewielkiego przyjęcia dla przyjaciół, nie mówiąc o wernisażu.
    Czy Matylda zostałą jego muzą? Czy byli kochankami? O czym szeptali do siebie, gdy nikt nie słyszał, w zaciszu jego atelier, w parku, w kafejkach, w których namiętnie przesiadywali? To, co jest życiem dziennikarzy i biografów, nas specjalnie nie interesuje. Faktem pozostanie, że dopiero po poznaniu Matyldy Franciszek stworzył swoje najbardziej fascynujące dzieła. To ona wszak pozowała mu do najbardziej niesamowitych (i przerażających zarazem) obrazów, nadając im smak, którego próżno szukać we wcześniejszych pracach.

    Matylda nie była piękną kobietą. Nieco zbyt grubo ociosana, z typowymi dla swojej rasy rysami, nie mogła uchodzić za wzór kobiecości. Śmiech miała donośny i męski, co dodatkowo odejmowało jej kobiecych atrybutów. Mogły się podobać jej ciężkie, choć wysoko zawieszone biodra, jednak cienkie i pozostające w ciągłym ruchu ręce sprawiały, że cała jej sylwetka zdawała się być posklejana z różnych kawałków. Była kobietą i chłopcem zarazem. I małą dziewczynką, gdy przekrzywiała na bok głowę, a jej czarne jak smoła włosy opadały na ramię.

    Rozstali się po dwóch, może trzech latach, gdy Franciszek, ku swojemu niepomiernemu zresztą zdumieniu, złapał wiatr w żagle i pofrunął w nieznanym kierunku. Być może mógł ją zabrać ze sobą, być może nie mógł tego uczynić. Najbardziej prawdopodobne jest, że nie wiedział jak. Wydaje się, że przestał panować nad swoim życiem, porwany wiatrem wznoszącym, w salonach zawsze cichy i milczący (co oczywiście wzmagało aurę tajemniczości), być może cierpiący po stracie, być może myślący o niczym.
    Matylda zaś przeprowadziła się do jednopokojowego mieszkania z kuchnią i artystyczny świat o niej zapomniał.

    Kilka lat po jego śmierci, gwoli prawdy – kilkanaście nawet – któryś z nielicznych, acz rozproszonych po świecie potomków Heryka przyjechał, by posprzątać mieszkanie zmarłego antenata. Potomek ów (nazwijmy go, z braku lepszego imienia na podorędziu – Tomasz), czynił to zresztą dość chętnie. Został określony ostatnią wolą Henryka na spadkobiercę wszelkich dóbr ruchomych i nieruchomych, z mieszkaniem włącznie. Pech chciał, że Tomasz był historykiem sztuki, jeszcze większy, że gdzieś w nieprzebranych stosach śmieci wszelkiego rodzaju znalazł "robaczki w jej wargach", jedną z odważniejszych prac Franciszka. Henryk nie znosił tego obrazu, mimo tego trudno było mu się z nim rozstać. Kupił go w czasach, gdy Franciszek znajdował się na skraju głodowej zapaści i zapłaciwszy zań odpowiednią (zawyżoną, jak sądził) sumę, postanowił obraz po prostu gdzieś odłożyć.
    Tomasz oczywiście słyszał o malarzu, poświęcił mu, jak się zdaje, jedną z prac semestralnych, a raczej poświęciłby, gdyby miał czas. Zamiast tego zlecił to jednemu ze swoich kolegów, który nie był aż tak strasznie zajęty, był za to zdecydowanie bardziej głodny. Praca owa poświęcona rycinom Franciszka została przez Tomasza ledwie przejrzana, dostała uczciwą notę (zaś kolega – uczciwe pieniądze) i cała ta nieuczciwa sprawa została pogrzebana gdzieś pod zwałami ocen w indeksie.
    Przyglądając się kompozycjom czerwieni, fioletów oraz zieleni obrazu, Tomasz zaczął strasznie żałować swojego postępowania.

    Tomasz był nieszczęśliwy. Co prawda dostał się na kierunek, który – jak mu się zdawało – chciał studiować, ale szybko okazało się, że pieniędzy z tego mieć nie będzie. Mógł się sztuką zajmować hobbystycznie, mógł – od biedy, bo nie znosił tego – zostać konserwatorem zabytków i klepać słodką biedę. Wybrał tę pierwszą drogę.
    Już pod koniec pierwszego roku zaczepił się w drobnej firmie, zajmującej się raczkującą wciąż jeszcze reklamą. Był zdolny i miał artystyczną duszę, dość szybko wspinał się po drabinie sukcesu. Studia, przynoszące mu niegdyś satysfakcję, zaczęły być ciężarem. Opłacał kolegów, by mu pisali prace i zgłaszali obecność na zajęciach. Dwa razy mało nie wyleciał z uczelni, jednak dzięki szybko i sprawnie przekazanym "dowodom wdzięczności" udało mu się tego uniknąć. Doszedł nawet do tego, że kupił jeden z egzaminów. Za niewielką dla siebie, lecz przerażającą w akademickich kręgach, sumę.
    Gdyby Tomasz mógł stać się cynikiem, prawdopodobnie nie byłoby żadnego problemu. Zepchnąłby wartości niegdyś wyznawane do ról podrzędnych fantasmagorii i młodzieńczych idealistycznych rojeń. Żyłby wówczas w spokoju swojej oszukanej i okrojonej duszy. Niestety – dla siebie – cynikiem nie był. Z biegiem lat, miast się uciszać, jego sumienie urządzało mu regularne awantury. Tomasz był bogaty, samotny i sfrustrowany. Zaczął podejrzewać, że sprzedał swoje życie za garść srebrników sukcesu, gdy w zakurzonym pokoju Henryka poczuł, że może zrobić coś w dziedzinie, którą zawsze kochał.

    Ledwie pół roku zajęło mu wywindowanie prac Franciszka, zwłaszcza tych najbardziej niedocenianych, na szczyty. Tomasz, na nowo narodzony, nie miał żadnych skrupułów, by przekonać kilka obrzydliwie bogatych osób o wartości prac Franciszka. Podparłszy to umiejętnie swoim wykształceniem, zastosowawszy parę technik, których wyuczył się w swojej pracy, osiągnął cel. Periodyki specjalistyczne i sławy wszelkiego formatu zaczęły dopatrywać się daleko idącego profetyzmu, niesamowitej zapowiedzi tego, co dopiero przed chwilą zaczęło istnieć, a może nawet jeszcze nie zaistniało w całości. Uwielbiany za życia Franciszek obecnie stał się "ojcem chrzestnym" wielu nowych i nienazwanych jeszcze nurtów (to znaczy nazwanych tyle razy, ile razy ktoś zadał sobie daremny trud, by je zaszufladkować). Jest niemal pewne, że używanoby terminu "franciszkanizm", gdyby ten ostatni nie był od ładnych paru wieków zarezerwowany. Franciszkowi, podobnie jak wcześniejsze zepchnięcie z Parnasu, było to najzupełniej obojętne.

    Niestrudzony Tomasz, czując wreszcie, że żyje, drążył dalej. Na aukcjach pojawiały się szkice węglem i grafiki Franciszka, wszystkie, niemal bez wyjątku, wygrzebane skądś przez Tomasza. Znajdował prace, które wyszły spod jego pędzla, wałka, ołówka i pióra. Aż w końcu musiał trafić na Matyldę. W zasadzie nie było innej możliwości.

    Dzięki jego staraniom Matyldę ekshumowano. Z drżeniem serca przypatrywał się, jak wydobywają ją na powierzchnię, jak wrak zatopionego statku, skrywający tylko sobie znane skarby. Ogromne ilości pieniędzy koneserów z całego świata były potrzebne na łapówki, służące tylko jednemu celowi. Matylda, martwa, lecz wściekła, stanęła w przeszklonym holu awangardowego muzeum.
    Stanęła tak, by każdy mógł podziwiać jej tatuaż.




{jos_sb_discuss:10}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl