Chemia miłości

Chemia miłości


    Przeczytałem w swoim życiu tysiąc, pięć tysięcy, może jeszcze więcej książek. Część była trudna, niektóre bardzo łatwe. Czytałem, bo chciałem coś sobie udowodnić, czytałem dla rozrywki. Gdy skończyłem jedną książkę rzucałem się na następną. Od kiedy pamiętam towarzyszyły mi książki. Przede wszystkim zaś czytałem, by zapomnieć o tym, co się dzieje dookoła. Ubocznym skutkiem było to, że obecnie moją głowę zamieszkuje cała masa osób.

    Jestem jednoosobowym tłumem. Mam dużo zrozumienia i pewnego rodzaju litości dla życiowych nieudaczników, pewnie dlatego, że sam jestem jednym z nich. Moja nabita pomysłami głowa nigdy nie miała okazji nimi eksplodować. Zawsze udało mi się uchylić w ostatnim momencie, nim ktoś zdążył zrobić ze mnie właściwy użytek. Dziś jestem jednoosobowym tłumem i skansenem niewykorzystanych szans.

    Pakiet kontrolny w moim życiu na zawsze będą trzymać rodzice, choć żadne z nich nie dotrwało do dziś dnia. Ale to oni sprawili, że dziś świat wygląda tak nie inaczej. To oni w znakomitej większości kształtowali byt dookoła mnie, a ten zwrotnie uderzył w moją świadomość. Gdy odwiedzam ich, leżących, wreszcie razem, w jednym miejscu, kilka machnięć łopatą poniżej gruntu, myślę, jak dziwne i popieprzone życie zafundowali sobie i mi.

***

    Postacie literackie, te prawie pewne, prawdopodobne, nierzeczywiste i zupełnie nierealne, siedzą sobie na krzesłach, rozmawiają ze sobą, chodzą, próbują się nawzajem uwodzić. Bywają podłe, piękne, głupie, zagubione. Wśród nich, na przykład we śnie, czuję się jak Wyspiański na weselu. Oparty o futrynę, obserwujący lecz nieobecny. Myślę, że nie wiedzą o moim istnieniu. Niektórych szczerze nienawidzę i podziwiam zarazem. Iago, wcielone zło, jest dla mnie geniuszem, choć go nie cierpię. Myślę, że świat byłby lepszy bez Iagonów, ale oni istnieją. Może nie w tak przerażającej skali, ale istnieją. Ale najczęściej przyglądam się tym trzem czy czterem okazom nomadów życiowych, wędrujących od przypadku do przypadku, przez których wiatr przewiewa liście i gazety. A oni idą, biegną, uciekają, jakby zbyt dosłownie traktowali slogan, że zatrzymać się znaczy umrzeć.

    Ilekroć obserwuję nomadów, tylekroć łzy napływają mi do oczu i się budzę.

***

    – Cześć mamo. Szkoda, że nie możesz mnie zobaczyć. Mam na sobie ciemną koszulę i przyciąłem trochę włosy. I spodnie, ale nie w kant, bo nie wybieram się na proszone przyjęcie, tylko takie zwykłe, dość luźne, tak jak lubię. W końcu zgoliłem brodę, wiesz? Mówiłem ci chyba o tym ostatnio. Coś ci przyniosłem. Niestety nie mamy jak ci podać pomarańczy ani fig, ale znalazłem ostatnio wzruszającą historię w książce. Nie mogę dziś długo zostać, Ania na mnie czeka, chyba ci wspominałem, że mamy w planach wyjechać, prawda? Nie będzie mnie chyba tydzień, ale wrócę. W każdym razie, książka się nazywa &dbquo;most zwodzony” i opowiada o człowieku, którego całe życie związane jest z rzeką. Ładna opowieść, chociaż trochę smutna. W każdym razie, posłuchaj tego, gdy któregoś razu spotyka dziwnego człowieka, który siedzi na kamieniu i puszcza kaczki po wodzie, co mu się prawie nigdy nie udaje: "Hank stał i patrzył zauroczony"...

***

    Właściwie to nie wiem jak to się dzieje, że zawsze opowiadamy o rodzicach. Chyba, ze ich nie mamy albo nie znamy. Wówczas opowiadamy o innych dorosłych, którzy mieli na nas wpływ. Coś tam im mamy za złe, za coś innego jesteśmy im wdzięczni. Ilekroć zdarza mi się rozmawiać o tych nieszczęsnych istotach, tylekroć łapię się na goryczy. Choć przecież nie to dominuje, gdy o nich myślę, przede wszystkim czuję jakąś formę litości. To ona powinna być silniejsza i lepiej wyczuwalna, a nie jest. Moja historia, która i tak trwa już za długo, to historia moich rodziców. Zapewne również dlatego, że nie rozmawialiśmy ze sobą, gdy jeszcze mogliśmy rozmawiać. Ich życie i moje życie to zapis monologów, które udają wymianę informacji i uczuć. Opowieść mojego życia to w zastanawiającym stopniu monolog o monologach.

***

– Proszę pani, to nie jest choroba.
– Nie?
– Nie w sensie medycznym, chociaż jest to dość zaskakujące. Również dla mnie. Jest pani w ciąży.
– To niemożliwe... Mój mąż... On...
- W takim razie zrzućmy to na karb partenogenezy i nie zajmujmy się kwestią ojcostwa.
– Czy możemy wykonać dodatkowe badania?
– Możemy, ale to nic nie zmieni. Tu jest wynik badania USG, tutaj badania endokrynologiczne...
– Panie doktorze...
– Tak?
– Czy mógłby pan wykonać dodatkowe badania?

***

    W wieku 23 lat został doktorem. W wieku 32 zakończył drapanie się po szczeblach kariery uniwersyteckiej. Wszyscy byli zgodni co do jednego: gdyby żył w normalnym kraju, w normalnych warunkach... Ja jestem umysłem humanistycznym więc niewiele zrozumiałbym z tego, czym się zajmował. Syntezy, analizy, dysocjacje... W szkole to była moja achillesowa pięta. A on nawet nie mógł mi za bardzo pomóc. I zapewne zastanawiał się skąd u mnie ten antytalent. I zapewne zastanawiał się, czy jestem jego dzieckiem. I zapewne wszyscy się zastanawiali, a niektórzy nawet byli pewni, że nie. Oprócz mnie, bo słyszałem, jak myśli i wiedziałem, że myśli tak jak ja. Chociaż jego chemia była inna niż moja. Chociaż ja pochłaniałem Szekspira a on, w moim wieku, książki o chemii fizycznej.

    Pamiętam, że kiedyś nawet chodził. Z trudem, ale jednak. Poruszał się dzięki potędze medycyny; tysiące ludzi przyczyniło się do tego, że wciąż jeszcze żył. Jeden człowiek przyczynił się do tego, że to życie było tak wątłe. On sam.

    Potem dowiedziałem się, że przyczyniły się do tego dwie osoby.

***

– Nikt ci za to nie zapłaci ani grosza, chodź.
– Wiem, wiem.
– No to chodź!
– To nie jest takie proooste, hop.
– Człowieku...
– Poczekaj chwilę, zobacz sam... Jednak miałem rację, odczyn zasadowy.
– I z czego się cieszysz, założyłeś się?
– No nie, ale...
– W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach masz rację. Mógłbyś się zakładać, przynajmniej coś byś z tego miał.
– A-ha.
– Słuchaj, muszę lecieć, będziesz na siebie uważał?
– A-ha.
– Słuchasz mnie?
– A-ha
– Do jutra?
– A-ha.
– Czyli nie słuchasz. Jutro jest sobota.
– Ja będę.
– Jesteś idiotą.
– A-ha.

***

    No, ale wtedy jeszcze nie mogliśmy ze sobą porozmawiać. Dwa lata? Może trzy przed podwójnym cudem moich urodzin. Zresztą, nie bardzo wiem o czym mielibyśmy rozmawiać. We wspomnieniach ludzi, którzy coraz rzadziej nas odwiedzali był całkowicie oddany pracy. A potem wychodzili, a moja matka się śmiała przez łzy.

    Czasem słucham, co ma mi do powiedzenia, w mojej głowie, gdy chodzi w te i z powrotem. Ciągle chodzi. Zawsze chodzi. Moja matka chodzi mi po głowie, przepychając się wśród literackich postaci.

    Gdybym o niej przeczytał, to bym w nią nie uwierzył.

***

    Znaleziono go następnego dnia rano. Laboratorium otworzył Jan, doktorant. Natychmiast je zamknął z powrotem, co było tyleż rozsądne, co nieludzkie. Zawiadomił milicję i wezwał karetkę. Przez szereg lat nas odwiedzał. Czasem pijany. Czasem wspominał, że widział mojego ojca leżącego na ziemi, płakał wtedy, mówił, ze musiał zamknąć drzwi, bo to groziło czemuś strasznemu. Z oparami kwasu jodowodorowego nie ma żartów.

    HJ. A jednak wzór chemiczny brzmi jak żart. Jeden z prostszych związków. Dwa atomy. Wodór. Jod. Jod i wodór.

    Cała katedra była wstrząśnięta. Nikt co prawda nie wiedział, czym się zajmował, ale był doświadczonym chemikiem, a pograł jak idiota. Zemdlał, ale chemia nie dała za wygraną. "To cud" – mówili lekarze. Cud, że przeżył. A potem odchodzili, a moja matka płakała z wściekłości.

***

    Kwas jodowodorowy spalił mu płuca i osłabił serce. Zniszczył 60 procent wątroby. Musieli mu wyciąć jedną nerkę. Od tej chwili jego życie to była przychodnia, dializy, spirometria, reanimacje, omdlenia. I moja matka, która zawoziła go na badania i odwoziła z badań. Opiekowała się tym ludzkim wrakiem, którego umysł pozostał nietknięty. Zaszwankowało prawie wszystko, prócz głowy. Wciąż mógł prowadzić obliczenia i przewidywać rozwiązania zagadek z 99% pewnością. Ale nie wrócił nigdy na uczelnię. Potrzebował protezy. Żywej Potrzebował mojej matki, która cierpliwie cały czas się nim zajmowała. A potem płakała z wściekłości.

***

    Może gdyby to ją tak los doświadczył, umarłaby przy porodzie, dając życie i odbierając je zarazem. Ale to on chwiał się nad własnym rozkopanym grobem, niczym lustrzane odbicie żywego trupa. Trupi żywy. I tak już do końca.

    Kiedy miałem pięć lat przestał chodzić. Już tylko leżał i oddychał przez coś dziwnego. Nie mógł mówić podobno, świszczał tylko i charczał z rzadka. To była cała wymiana informacji, jaka była nam dana.

    Kochałem go strasznie i wyobrażałem sobie co byśmy mogli robić, gdyby nie przydarzył sie wypadek. Nie przyszło mi do głowy, że nie robilibyśmy nic.

***

– Kocham cię.
– Tak, ale to nie jest miłość. Jesteś uzależniony.
– Nie jestem, po prostu bardzo cię kocham.
– Posłuchaj mnie. Tak nie może być. To nie może być.
– A Ty? Kochasz mnie?
– Nie wiem. Więzisz mnie, nie rozumiesz tego? Nie płacz.
– Ale... już nie kochasz...
– To nie tak... Po prostu za bardzo... Za daleko... Zobacz, już prawie nie mam z kim pogadać, wszyscy się oddalili, gdy się pojawiłeś. Daj spokój, nie mów nawet tego...
– Przecież możesz nadal...
– To jakiś żart. Daj mi spokój, jestem już zmeczona. Musze odpocząć.
– Kocham cię.
– Muszę spróbować inaczej... No nie płacz, proszę, to nie jest łatwe...
– Zrobię cokolwiek zechcesz... wiesz, ja...
– Wiem. Ty. Zawsze tylko ty. Muszę kończyć. Muszę iść. Puść mnie już...
– ...
– ...
– Do usłyszenia?
– Raczej nie.

***

    Ale o tym dowiedziałem się dopiero potem. Mój ojciec mógł wyjechać i czasem jeździł, nawet za granicę nie tylko do Rumunii i Czechosłowacji. Ale nie znosił tego. Szybko wracał. Otrząsał się ze wszystkiego i siadał na miejscu. Po powrocie kładł się do łóżka i tak leżał. Leżał tak długo, aż udawało mu się zapomnieć, że wyjeżdżał.
Matka zawsze była na miejscu, ale była na miejscu biegiem. Dlatego była postacią literacką, nawet, gdy się do niej przytulałem. Nawet, gdy spała. Zawsze w biegu, jak gdyby realizowała utopijną wizję z Alicji po drugiej stronie lustra. Starała się biec tak szybko, jak tylko się nie da. Życie było dla niej za krótkie na to, by spać bez celu.

***


    I zrobił to. Przygotował sobie taką dawkę, która nie mogła go zabić, ale mogła go zaczarować. Wytrącić jej słuchawkę z ręki.
    I zrobiła to. Zrezygnowała z biegu, dobrze wiedząc, że ją oszukał.
    I zrobili to. Niczym para tenisistów, odbijali do siebie piłeczkę, nie rozmawiając ze sobą, choć ze sobą sypiając (też z litości?).

***

    W mojej głowie Iago prowadzi pod rękę mojego ojca, szepcząc mu coś do ucha, sącząc w niego swoje jodowodorowe myśli. Ale mój ojciec nie jest mu dłużnym i też mu o czymś opowiada, a wówczas Iago blednie i patrzy w przestrzeń.



© ydorius 15’XII’2004

 {jos_sb_discuss:10}

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl