Opowieść o Jasiu Fortunie

Opowieść o Jasiu Fortunie

    Jaś Fortuna mierzył prawie dwa metry i to zarówno wzwyż, jak i wszerz. Było to trochę zaskakujące, zwłaszcza dla niego samego – swój deminutywny przydomek zyskał w szkole podstawowej, gdy był jednym z najmniejszych chłopaków w klasie. Wiele zaś wskazywało na to, że niskim i drobnym pozostanie do końca życia – tym łatwiej szło w to uwierzyć, gdy miało się w pamięci posturę jego rodziców, wyglądających nieomal jak zabiedzone bliźnięta różniące się jedynie wąsem i ubiorem.
   W ósmej klasie Jaś zaczął rosnąć i nie przestał, aż osiągnął pułap. 

    Czasami, obecnie coraz rzadziej, zdarza się, że opisywane wydarzenia i ludzie biorący w nich udział, umiejscowione są za siedmioma górami i etceterami. Coraz częściej jednak dzieją się we Frankfurcie przy Bismarck Strasse albo Dublinie przy Saint Patrick Boulevard. Bohaterami są Johnowie Smithowie, Aaronowie Goldbergowie albo ktokolwiek inny. Zmierzam w każdym razie do tego, że miejsca i bohaterowie powoli odzierani są ze swojej mityczności, przebieramy ich we współczesne stroje, a teatralne dekoracje zamieniamy na odrapane ściany rzeczywistych kamienic. Czy zmienia to cokolwiek?

    Jaś Fortuna uzyskał swój przydomek na skutek zakładu. Zakład ten stanął pewnego listopadowego wieczoru w knajpie Irish Pub, która nie była specjalnie irish, a już na pewno nie była pubem. (autor pozwoli sobie w tym miejscu na drobny wtręt, być może umożliwiający odbiorcy na wyrobienie sobie opinii na temat tego przybytku: Irish Pub przed Balcerowiczem zwany był Swojską Gospodą).
    Była to jednak niezaprzeczalnie najlepsza knajpa w okolicy, w której piwo było tylko odrobinę chrzczone (co nie znaczy wcale, że było lepsze), a liczba bójek i rozrób nie przekraczała granic rozsądku. Irish Pub był na tyle dobrze znany, że gdy Wojtek albo Romek szedł ulicą, postronny obserwator od razu mógł zdecydować się na któryś z członów alternatywy: albo szedł do, albo wracał z "Irish pubu".

    Jaś Fortuna mierzył prawie dwa metry i to zarówno wzwyż, jak i wszerz. Było to trochę zaskakujące, zwłaszcza dla niego samego – swój deminutywny przydomek zyskał w szkole podstawowej, gdy był jednym z najmniejszych chłopaków w klasie. Wiele zaś wskazywało na to, że niskim i drobnym pozostanie do końca życia – tym łatwiej szło w to uwierzyć, gdy miało się w pamięci posturę jego rodziców, wyglądających nieomal jak zabiedzone bliźnięta różniące się jedynie wąsem i ubiorem. W ósmej klasie Jaś zaczął rosnąć i nie przestał, aż osiągnął pułap. Wówczas udał się do swoich ciemiężycieli szkolnych, którzy zdążyli się relatywnie skurczyć i każdemu z osobna wytłumaczył, dlaczego nie należy się znęcać nad mniejszymi kolegami. Od tamtego okresu minęło sporo czasu, lecz ludzka pamięć już na zawsze miała kojarzyć tego potężnego mężczyznę jako Jasia. 
    Jaś Fortuna - zwany przed zawarciem zakładu po prostu Jasiem - nie był beneficjentem nowego systemu. Od urodzenia (które przydarzyło mu się gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych) mieszkał w małym miasteczku i odkąd sięgał pamięcią, zawsze obrywał po dupie. Małe miasteczka, jak często dowodził w Irish Pubie, miały być najbardziej poszkodowane na "tym wszystkim", czyli całokształcie zmian ustrojowych kraju. Mówiąc o "tym wszystkim" zataczał ręką coś na kształt koła, którego promień ściśle zależał od stanu upojenia alkoholowego. A dlatego, perorował dalej, bo wsie to są wsie i każdy się liczy z rolnikiem. A w miastach i tak siedzą te darmozjady i wszystko kradną. I gdzie się dzieje najgorzej? – pytał retorycznie Jaś, ziejąc oparami alkoholu w twarz interlokutora: – No gdzie? U nas! – grzmiał, groźny niczym Mojżesz po ujrzeniu złotego cielca.
    Nie należy wysnuwać z tego daleko idących wniosków, Jaś nie robił nic szczególnego, by poprawić swoją sytuację. Ująwszy na początku lat dziewięćdziesiątych swoje sprawy w swoje ręce, szybko odłożył je w jeden z brudnych i zakurzonych kątów swojego mieszkania, by ponownie chwycić za szyjkę butelki. Do czasu.

    Czas ten, jak nadmieniono powyżej, nadszedł pod koniec listopada gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych, akurat w momencie, gdy okazało się, że "nasi" kradną tak samo jak "oni". W Irish Pubie grzmiało i huczało jak zwykle od unoszących się i opadających głosów uzdrowicieli narodu. Jaś, Witek, Romek, Kulawy Józek, Bartek i cała reszta hałastry byli w swoim żywiole: przekrzykując siebie nawzajem ustalali właściwą politykę rządu, który straszył swoją indolencją. Czasem przychodziło im do głów, że gdyby tylko ktoś ich posłuchał, ktoś z zewnątrz... Oto było uzdrowienie dla narodu, dla gospodarki, dla polityki. No i oczywiście dla nich samych.
    – I dlaczego, ja się pytam dlaczego – wył Romek – nikt się nie interesuje kurwa małymi miastami? Co to my kurwa jesteśmy gorsi od nich? Bo chyba kurwa mać mniej kradniemy, bo...
    – A fabrykę azbestu zamknąć mogli – w górę wzbił się piskliwy głos Kulawego Józka – a mogli?
    – A mogli – zajęczał Jaś, pochylając się nad stołem w poszukiwaniu bezpańskiego kiepa.
    – Ale gdyby ktoś pomyślał i nie zamykał, tylko, przecież, czy Janek, czy Janek był złym majstrem? Czy oszukał kogo? Czy nie był kurwa porządny? I jego też musieli...
    – Był porządny – potwierdził Jaś, żując znaleziony niedopałek – jasne, że był! A jak zmarniał, w ogóle nie szanują ludzi, porządnych, dobrych kumpli...
    Debata trwała już od ładnych paru godzin, szarówka za oknami zmieniła się w czarną noc. Tym dziwniejszy był fakt skrzypnięcia wejściowych drzwi i pojawienia się w nich Obcego. Obcy samym swoim przybyciem wychłodził prawie całą dyskusję, z wyjątkiem tokującego Jasia, który siedział tyłem do drzwi i dla którego wyciszenie towarzyszy było co prawda niepojęte, ale pożądane.
    – I nic kurwa – krzyczał, cały czerwony na nalanej twarzy – nic kurwa dla nas nie zrobią! Nikt się nie liczy! Nikt z nas! Mają w dupie małe miasteczka! – temu niedokładnemu cytatowi z Bursy towarzyszyło huknięcie w stół.
     Potoczył nietrzeźwym wzrokiem po twarzach dziwnie milczących kompanów i dopiero teraz zorientował się, że coś jest nie tak. Nim jednak zdążył się odwrócić (a przy jego tuszy było to dość skomplikowane przedsięwzięcie), Obcy zdążył zdjąć swój brązowy kożuch i zająć miejsce. Ponieważ Jaś zwykł gestykulować swoimi niedźwiedzimi łapami podczas przemówień, nikt rozsądny nie siadał zbyt blisko, jeśli zależało mu na zachowaniu status quo uzębienia. Skorzystawszy z chwilowego zawieszenia czynności warcholstwa, Obcy zajął miejsce przy jego boku. Jaś spojrzał przepitym wzrokiem na Obcego, Obcy spojrzał trzeźwo na Jasia. Cisza, która zapadła w Irish Pubie obudziła nawet Jolę, drzemiącą jak zwykle za barem.
    – A kto, twoim zdaniem – rozpoczął spokojnie Obcy, niespecjalnie speszony efektem, jaki wywołał – a kto twoim zdaniem miałby ci pomóc? Nie robicie nic, darmozjady – rozejrzał się po nietrzeźwych i milczących twarzach – żeby poprawić swoje życie. A wiem o czym mówię – Obcy wyraźnie igrał z ogniem – bo sam pochodzę z takiej mieściny – zatoczył ręką krąg, o jakim Jasiowi nie śniło się nawet na trzeźwo. – I udało mi się, panowie. A wiecie dlaczego? – pytanie, nawet jeśli zostało zrozumiane, pozostało bez odpowiedzi – Bo pracowałem nad sobą. Bo zrozumiałem, że muszę być najlepszy. Bo nie jodłowałem w knajpie, że nikt się kurwa o mnie nie troszczy – ostatnie zdanie wypowiedział naśladując Jasia.
    Zapadła martwa cisza. Jaś zamierzał wytłumaczyć Obcemu, tak jak dawno temu wytłumaczył kolegom z klasy, dlaczego niewłaściwym jest nabijać się z jego osoby, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, Obcy na nowo podjął wątek.
    – A może zastanawiałeś się – zwrócił się personalnie do Jasia – co ty sam mógłbyś zrobić dla siebie? A może chociaż próbowałeś coś zrobić? Nie? Założę się, że nie potrafiłbyś nawet schudnąć, choćbyś mógł na tym zarobić fortunę.

    Autor osobiście wierzy, że tak w życiu, jak literaturze, zdarzają się te momenty, które lubimy nazywać momentami zwrotnymi. Zazwyczaj wiąże się je z jakimiś wydarzeniami, które szczególnie silnie wpłynęły na danego bohatera, lecz to jest poważny błąd. Momenty zwrotne są zazwyczaj niepozorne, nie dają o sobie znać odgłosem trąb i nie odzywają się anielskie (bądź diabelskie) chóry. Moment zwrotny to jedno słowo, powiedziane idealnie w swoim czasie, to pewien wybór dokonany od niechcenia, to ścieżka, której można było dokładnie wtedy nie wybrać, ale z jakiś przyczyn się ją wybrało. Jaś Fortuna w tym właśnie momencie przypieczętował swoje życie, choć podejrzewam, że on sam nie zgodziłby się z taką interpretacją.

    "Nie potrafiłbyś nawet schudnąć, choćbyś mógł zarobić na tym fortunę" – usłyszał Jaś i cała jego wcześniejsza wściekłość wyparowała. Koledzy siedzieli w całkowitym milczeniu i przypatrywali mu się – wyglądali trochę jak postacie z naturalistycznego obrazu; zastygli w swoich pozach, oczekujący na cios, który nieuchronnie winien był roztrzaskać czerep Obcego.
    – Nie? – zapytał Jaś dziwnie opanowanym głosem – ja nie potrafiłbym? Za fortunę?
    – Za fortunę – odpowiedział Obcy spokojnie, zupełnie jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie otarł się o śmierć. – Za fortunę – powtórzył – która może ustawić cię do końca życia, o ile dalej je będziesz prowadził, tak jak do tej pory. Jestem się gotów założyć.
    – A jak to sobie niby kurwa wyobrażasz? – zapytał Jaś, zaś dyskretne użycie przerywnika ożywiło woskowe figury zebranych kumpli. Wszyscy zwrócili twarze w stronę Obcego.
    – Ile ważysz? – zapytał Obcy
    – 148 kilo – odpowiedział Jaś 
   – Oferuję ci dożywotnią rentę, płatną co miesiąc w wysokości półtora tysiąca nowych złotych, czyli piętnastu milionów na stare. Pod warunkiem, że w ciągu pół roku stracisz pół wagi, czyli 74 kilo. – Obcy spokojnie, ale jednym tchem przedstawił swoją ofertę. Woskowe figury znowu zamarły, tym razem patrząc na czerwieniejącą ponownie twarz Jasia.
    – Zrobię to – powiedział Jaś – kurwa zrobię to!

    Od tamtego wieczora Jaś zyskał przydomek Fortuny. Obcy spisał z nim umowę, której uczciwość poświadczył opłacony przez niego notariusz. Co prawda nikt za specjalnie nie wierzył notariuszowi (jeżeli ktoś się nawet znał na prawie, to zazwyczaj od strony podmiotu, odczuwającego srogą dłoń sprawiedliwości), ale umowa tak na zdrowy rozum była uczciwa. Rozmowy w Irish Pubie w ciągu jednego wieczora zmieniły swój temat. Wszyscy zastanawiali się, czy Jasiowi się uda i jaką drogą podąży, by zrzucić połowę swojej wagi w pół roku. Ostateczny termin sprawdzenia, czy Jaś wypełnił zobowiązanie miał upłynąć 28 maja. Pubowa koteria podzieliła się na tych, którzy wierzyli, że Jasiowi się uda (byli to głównie ci, którzy nie wyobrażali sobie comiesięcznych wpływów w wysokości piętnastu milionów, na dodatek bez kiwnięcia palcem) oraz tych, którzy w to szczerze wątpili (ci też sobie tego nie wyobrażali, ale nie wyobrażali sobie również, że ktoś mógłby dostać tyle pieniędzy za nic – wkurzała ich ta myśl i w duchu zazdrościli Jasiowi). W pubie – i w ogóle w całym miasteczku – wrzało jak w ulu.

    Jaś tymczasem zamknął się na dwa dni z dużą ilością gorzały i zaczął liczyć. Miał mniej więcej 45 lat i jakieś 30 lat zamierzał jeszcze pożyć. Trzydzieści lat to 360 miesięcy, każdy miesiąc to 15 milionów. Co razem daje ponad pięć miliardów złotych... Lepiej niż wygrana w totka. 74 kilo. To daje 73 miliony na każdy zrzucony kilogram.
    Jasiowi zimny pot wystąpił na plecy. Potwornie dużo pieniędzy. Mógłby się stąd wynieść, albo kupić sklep. Albo wynieść się i kupić sklep. Albo pub! Założy pub, lepszy od tej speluny. Sam będzie w nim podawał piwo. I będzie mówił "wiesz stary ile ja ważyłem, spójrz na mnie, no ile?". A potem będzie mówił ile ważył, a ludzie będą mówić "to niemożliwe". A on, nad barem będzie trzymał swoje zdjęcie i będzie je pokazywał, a ludzie będą kręcić głowami i mówić "stary, ty to masz zacięcie. Ja nie mogę nawet zgubić brzuszka", będą tak mówili, siedząc zna stołkach, jak w prawdziwych pubach w telewizji, albo w ławach drewnianych, a Jaś nie będzie się z nich śmiał, bo to przecież klienci, tylko obsługiwał ich z uśmiechem.
    Jaś przez dwa dni napawał się tą i podobnymi wizjami, oscylującymi wokół tego samego – uznania i podziwu. Mógł bowiem być potężnym mężczyzną, ale w głębi duszy pozostał małym i zastraszonym dzieckiem, które potrzebuje ludzkiego szacunku.
    Po dwóch dniach Jaś wybiegł z domu.
    Biegał tak aż do końca maja.
    Codziennie.
    Coraz dalej.
    Kupił sobie wagę i ważył się, sprawdzając, czy ćwiczenia coś dają. Dawały. Pod koniec roku waga, której skala kończyła się na 120 kilogramach zdawała się sugerować, że Jaś zbliża się do tej właśnie granicy. Z początkiem stycznia było to już pewne.

    28 maja Jaś Fortuna stawił się na ważenie. Lekarz, również opłacony przez Obcego, sprawdził wagę i poprosił Jasia, by się rozebrał. Jaś Fortuna stanął na wadze nagi, jak go Pan Bóg stworzył. Na wszelki wypadek wypuścił powietrze z płuc, by ważyć trochę mniej. Waga drgnęła i zatrzymała się na 73,69 kilograma.
    28 maja Jaś Fortuna podpisał umowę z Obcym, opiewającą na 1500 nowych złotych płatnych co miesiąc, która to suma w dodatku miała być waloryzowana corocznie, zwiększając się o inflację. Co prawda Jaś nie bardzo rozumiał o co w tym wszystkim chodzi, a jednak jedno pojął w lot: był bogaty. I pokazał co potrafi. I to było najważniejsze.

    Wieczorem Jaś zawitał do "Irish pubu", w którym nie był od blisko pół roku. Odchudzony, sławny i bogaty. Na jego widok umilkły wszelkie rozmowy, zaś Witek ostentacyjnie wstał i wyszedł z pubu. Trzech innych, w tym Kulawy Józek, podążyło za nim. Jaś wzruszył ramionami i usiadł za stołem. Zrobiło mu się gorąco, choć nie wiedział dlaczego. Ktoś podniósł się od sąsiedniego stolika i przysiadł. Był to Wojtek. Chwilę siedzieli milcząc, a potem Wojtek powiedział:
    – Moja żona choruje, a ja nie mam na lekarstwa
    Jaś chwilę rozważał, czy nie dać mu w pysk za tę bezczelną próbę wyciągnięcia od niego pieniędzy, ale zamiast tego wyciągnął portfel i zapytał:
    – Ile?
    W ciągu niespełna godziny odzyskał większość dawnych kolegów. Stawiał piwo, wódkę, pożyczał pieniądze. Kupował Marlboro i częstował kumpli. Bawili się jak dawniej. Witek i Kulawy Józek się nie pojawili.

    Trudno powiedzieć jakim cudem wszystkie pieniądze, za cały miesiąc, przepuścił nim nadszedł pierwszy czerwca. Taką kupę kasy. Jaś liczył i próbował prowadzić jakąś buchalterię, jednak odkrył swój umysł nie tak elastycznym jak, na przykład, bicepsy. Kilka następnych dni szalał jeszcze, trochę z rozpędu, żyjąc na kredyt następnego miesiąca. A potem nagle się skończyło. Pewnego dnia, gdy wszedł do pubu, Witek i Kulawy Józek tradycyjnie już podnieśli się ze swoich miejsc i wyszli. Jaś próbował jeszcze żartować, ale nie stawiał piwa i nie było wódki. Z kieszeni wyciągnął Wiarusy, co było przykrą odmianą po palonych jeszcze parę dni temu Marlboro. Z trudem wytłumaczył, że nie ma pieniędzy. Patrzyli na niego z niedowierzaniem i wypatrując oznak chytrości. Bo że chytrzył, chowając pieniądze dla siebie, było dla nich pewne.

    Tego samego wieczora wracał do swojego mieszkania, gdy usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się i zobaczył Witka i Kulawego Józka. Miał też niejasne wrażenie, że jest ktoś jeszcze, ale na wrażeniu się kończyło. Odwrócił się i czekał, aż dawni kumple nadejdą. Zrównali się. Pierwszy odezwał się Witek:
    – To jesteś teraz bogaty – zauważył raczej niż zapytał 
  – Byłem – odparł Jaś Fortuna zgodnie z prawdą – ale wszystko już poszło na ten miesiąc. 
    – Odmówiłeś Antkowi kasy na czynsz – powiedział spokojnie Kulawy Józek – a jemu komornik już groził – dodał.  
    – Chłopaki, ja nie mam już pieniędzy. Powiedziałem mu, że mu dam w... za miesiąc 
    – Odmówiłeś kumplowi – w rękach Witka pojawiła się deska 
    – No coś ty – próbował roześmiać się Jaś – dam mu pod koniec czerwca. 
  - Myślisz chuju, że ci wszystko wolno, bo jesteś Jaś Fortuna? Nawet kumplowi odmówić? – zapytał retorycznie Witek zbliżając się o krok   
   – Ale ja mówię prawdę – Jaś zbladł; w rękach Kulawego Józka również pojawiła się sztacheta – naprawdę mówię prawdę. – Jaś odwrócił się, lecz nie przebiegł dwu kroków, gdy witkowa decha podcięła mu nogi. Potem poczuł jeszcze trzy czy cztery ciosy zanim stracił przytomność.   

   – Dlaczego ich nie zaatakowałeś? – z ciemności wydobył się głos.  
  – Powinienem ich zajebać. Zajebię ich – stwierdził Jaś Fortuna spokojnie otwierając oczy. Sceneria się nie zmieniła. W dalszym ciągu nic nie widział. – te chuje wybili mi oczy! – wrzasnął.  
   – Niezupełnie – powiedział głos, w którym Jaś rozpoznał Obcego   
   – Dlaczego nic nie widzę? – zapytał Jaś  
  – To chciałem zostawić na koniec. Nie zajebiesz ich, jakżeś się pięknie wyraził. A to z tego prostego powodu – głos Obcego zaczął zdradzać pewną wesołość – że to oni zajebali ciebie.   
   – O Boże... – wyszeptał Jaś Foruna – dlaczego?  
   – Niejeden wzbogacił się mozołem i swoją chciwością, a oto udział jego w nagrodzie; gdy powie: «Znalazłem odpoczynek i teraz mogę żyć z moich dostatków», nie wie, ile czasu minie, a zostawi je innym i umrze – odpowiedział rozradowany głos Obcego. 

     Autor rozpoczął tę opowieść pewnym retorycznym pytaniem. Retorycznym aż do teraz. Albowiem chciałby na nie odpowiedzieć: nie, nie zmienia. Za siedmioma górami żył Jaś Fortuna. Jego historia jest bajką, choć może nie jedną z tych o szczęśliwych zakończeniach, ale jednak bajką. Ale – zapyta może czytelnik – czy Jaś Fortuna istniał naprawdę? Istniał, oczywiście, że istniał. Niejeden.


{jos_sb_discuss:10}

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl