Znikando

znikando_1b.jpg


   Kiedy patrzysz na świat z pozycji nastolatka, albo – co gorsza – dorosłego, ludzie przestają się tak prosto, dychotomicznie, dzielić. Są ci, którzy dorównują ci wzrostem bądź są trochę wyżsi, lub trochę niżsi. Stają się podobni do siebie i jest ich nieporównanie więcej. I przede wszystkim są wszędzie. Mówią, piszą, dyskutują, pojawiają się w zasięgu wzroku, ubierają się i wyglądają. Pachną lub śmierdzą. Patrzą lub się wgapiają. I nieustająco są wszędzie.




   Co się dzieje z ludźmi, gdy tracimy ich z oczu? Jak bardzo są sobą, gdy spotykamy ich ponownie? Czy znikając za wzniesieniem, odprowadzani naszym wzrokiem, zmieniają się w miraż, mgiełkę ledwo uchwytną zmysłami, przyczajają się pod kamieniem lub zmieniają w powoli sunącą w kierunku horyzontu chmurę? Dzwonią czasem albo piszą, albo migną za szybą tramwaju – oni wewnątrz, my na zewnątrz lub na odwrót – ale czy naprawdę istnieją? Na ile procent? Są ograniczonymi sobą, takimi, którzy dopiero się staną, gdy los ich znowu z nami zetknie? A jeśli się zmienią, to na czyje konto – zmieniając się zmieniają siebie, czy też zmieniają nas, nasze ich postrzeganie?
    A to, co pomiędzy? Czy zmienia się przez lata i ewoluuje wraz z zasobem słów i możliwościami poruszania się po świecie? Czy pozostaje zamrożone w swoich pierwotnych kształtach, niedostępne już, jak eksponat pod nietłukącym szkłem?

    Trudno powiedzieć, że znaliśmy się od piaskownicy. W piaskownicy można przeżuwać kamienie, wyrywać zabłąkane źdźbła trawy, robić przekopki albo nabawić się zapalenia pęcherza, ale czy się kogoś poznaje? Owszem, ci inni, których przerośnięte matki przyprowadzają do tego wiecznie za małego kojca z piaskiem, są rzeczywiście "inni" niż cała reszta. Uciekają szybciej niż błyskające czasem pancerzykami żuczki, które wystarczy przewrócić na grzbiet, by sześć bezradnych nóżek marnowało czas i energię w nieskończoność. Inni niż wiecznie nieruchome, i wiecznie sprawdzane pod względem trwałości, obmurowanie piaskownicy. Bardziej do nas podobni, a jednak zupełnie różni – to jednak jest konkluzja z lat późniejszych, gdy czas nie rozgrywa się w teraźniejszości, lecz wiąże bezlitośnie z przeszłością i planami, wyznaczającymi horyzont zdarzeń. Wówczas, w piaskownicy – spotykamy się z nimi, ale nie poznajemy. 

   Był niepoważnym chłopcem, zupełnie innym niż ja. On odwracając żuczki nie troszczył się o nie dalej. Nie wystarczało mu, że matka załamywała ręce nad tym, że jadł garściami piasek, jak gdyby jego żołądek był hutą szkła na dorobku – nie wystarczyło mu nawet, gdy rozchorował się od tego ciężko. Cóż to za eksperyment, którego nie można powtórzyć? Więc powtarzał, mimo złych doświadczeń, bo doświadczenia są wszystkim, co ma się w tym wieku – lamenty matek zaś – niczym. 
   Ja byłem inny – odwracałem na powrót wszystkie nonszalancko smażące się na słońcu żuczki, które tym różniły się od bywalców plaż – tak samo przecież piaszczystych – że wcale nie chciały się smażyć. On o tym nie myślał, ja też nie – a jednak jeden z nas zapewniał im przymusową rozrywkę, zaś drugi od niej uwalniał. Nie jadłem piasku, nie smakował mi. Wystarczyło mi doświadczenie z niewielką połową niewielkiej garści, bym przekonał się, że są rzeczy dużo smaczniejsze. 

   Potem zaczęliśmy się poznawać, coraz lepiej. Każdy z nas miał swoje problemy w szkole, ale w domu dzieliły nas trzy minuty dziecięcym kłusem (cztery i pół, jeśli któryś się wywrócił i rozbił jakąś część ciała), więc spędzaliśmy ze sobą czas, włócząc się i zwiedzając wszelkie możliwe zakamarki. Większość z nich mnie nie zachwycała – śmierdziały albo były brudne, co jego oczywiście wprawiało w ekstazę – u niego każda wyprawa kończyła się dopiero w momencie, gdy zaczynał następną, do nieodłącznych części wyprawy należały także zbyt późne powroty do domu i matczyne załamywanie rąk lub ojcowska "męska rozmowa" obfitująca w obnoszone później siniaki. Nie powiem, moje wyprawy też czasem miewały reperkusje, ale między jedną a drugą ekspedycją roztaczały się przerwy – wypełniane obficie zwykłą samotnością, książkami a później muzyką. 

   Musiał być gdzieś ten moment – tylko jak go szukać, skoro człowiek dowiaduje się o nim kilka lat za późno – w którym znaliśmy się najlepiej. Czy był to ten moment, gdy wystąpił z "bandy", bo ja do niej nie pasowałem? A może wtedy, gdy skakaliśmy z huśtawek, kto dalej i on – nie znając umiaru – oczywiście wygrał, a ja wiedziałem, że wygra, choć nie mogłem przewidzieć, że zapłaci za to dwoma miesiącami gipsu? Może jeszcze jakiś inny moment, gdy jeden z nas zauważył głowę drugiego, wystającą z wrażego okopu, których zawsze było pod dostatkiem w okolicy, i, zamiast przywalić w ten wrogi czerep zrazu przygotowanym, nadgryzionym, kwaśnym jabłkiem, wstrzymał się – bardziej odruchowo niż celowo, bo nie chciał, by tego drugiego bolało? Nie wiem i nigdy się już tego nie dowiem. Tyle razy uciekaliśmy z ukradkiem obrabowywanych ogródków, unosząc i gubiąc za sobą kwaśne porzeczki, tyle razy kryliśmy się w koronach zdziczałych jabłoni, tyle razy byliśmy poszukiwani przez zjednoczone komando całej czwórki rodziców. Tyle było okazji, by stwierdzić – już się lepiej nie poznamy, jesteśmy bardziej ze sobą, niż kiedykolwiek przedtem i później. To "później", niepewna, metafizyczna kategoria sprawia najwięcej problemów. Jak je przewidzieć? 

   Znikanie było oczywiście powolne. Najpierw skończyła się wspólna szkoła, każdy z nas dojeżdżał w inne miejsce. Potem skurczyło się podwórko, droga na boisko szkolne nie była już wyprawą, nie dało się tam nie dotrzeć, jak to się już zdarzało, bo ścieżka tam wiodąca była długa i kręcona, tak, że czasem lądowało się w zupełnie innym miejscu, z całkowicie innej strony, choć przysięgłoby się, że obrany azymut nie różnił się od tego, który zwykle skutkował dotarciem na boisko. Ale potem było coraz gorzej. W końcu widzieliśmy boisko z okien – było blisko, co najwyżej o trzy minuty od pomysłu, poprzez założenie butów, porwanie jabłka, zabrania piłki aż do osiągnięcia celu. Mało. 
   Pojawili się też inni ludzie. Kiedy się patrzy na świat z poziomu podłogi a później kosza na śmieci, a później kuchennej szafki, a później nawet parapetu, ludzie dzielą się na tych, których spostrzegasz i na tych, którzy majaczą w górze. Kiedy patrzysz na świat z pozycji nastolatka, albo – co gorsza – dorosłego, ludzie przestają się tak prosto, dychotomicznie, dzielić. Są ci, którzy dorównują ci wzrostem bądź są trochę wyżsi, lub trochę niżsi. Stają się podobni do siebie i jest ich nieporównanie więcej. I przede wszystkim są wszędzie. Mówią, piszą, dyskutują, pojawiają się w zasięgu wzroku, ubierają się i wyglądają. Pachną lub śmierdzą. Patrzą lub się wgapiają. I nieustająco są wszędzie.
   Przedtem, gdy stałem w kolejce po coś, zaaferowany zadaniem, którym zostałem obdarzony, byłem pomijany przez sprzedawczynie, bo mnie nie widziały – ich wzrok był zawieszony wyżej. Ci z dorosłych, którzy z jakiś przyczyn patrzyli na ziemię – w poszukiwaniu drobnych lub karaluchów obecnych w sklepach w liczbie niejednokroć przewyższającej liczbę klientów, ci którzy gapili się na swoje buty niewesoło szacując czas, jaki im pozostał zanim trzeba się będzie postarać o następne kartki na ten deficytowy towar, ci wreszcie, którzy byli zakłopotani lub zafrasowani i po prostu patrzyli w ziemię – ci czasem mnie zauważali, ale najczęściej oczekiwali, że ta dorosła osoba przed nimi w kolejce ujmie mnie za rękę i zabierze ze sobą; zazwyczaj nie dopuszczali myśli, że ja też tam stoję po coś, że powtarzam sobie w myśli, że mam kupić masło, a gdyby nie było, to margarynę słoneczną, a gdyby nie było, to koniecznie się zapytać kiedy będzie. Dorośli patrzą wyżej – i widzą więcej ludzi. Myśmy powoli wyrastali i przestawaliśmy widzieć się nawzajem, zaczęliśmy widywać innych częściej niż siebie. 
   Nieuchronnie oczywiście przyszło zainteresowanie dziewczynami. Spośród wszystkich osób widywanych codziennie, one sunęły nad chodnikiem. Oglądały się lub myśmy się za nimi oglądali. Jak dziwne kwiaty, wyrastały wszędzie, choć kilka chwil wcześniej jeszcze ich tam nie było; zadziwiające, co może uczynić kilkanaście centymetrów różnicy – kiedy patrzy się z poziomu parapetu jeszcze ich nie ma. A potem patrzy się z nieco wyższej wysokości – i już są. I to w dodatku wszędzie. Pojawiają się nawet w snach, dotychczas okupowanych przez wizje nawiązujące do obejrzanych programów, spędzonych na zewnątrz chwil lub też snach mielących na miazgę to wszystko i odsłaniających alternatywne – nierzadko przerażające – rzeczywistości, które na szczęście znikały nad ranem, pozostawiając po sobie dyskretną mgiełkę doświadczenia bez desygnatu. 
   Ale potem się to zmienia i te dziwne kwiaty są wszędzie, pojawiają się na huśtawkach i na chodnikach, w szkole gromadzą się w grupy i, rozmawiając obcym językiem, poruszają się dziwnymi trajektoriami, jak tajemnicze wielonogie stworzenia. Ze zdumieniem i przerażeniem obserwuje się próby nawiązania porozumienia między nami a nimi – my, chłopcy, zawsze byliśmy, one dopiero co się pojawiły, jak spod ziemi, z tymi swoimi twarzyczkami i nogami – wyglądają znajomo, ale nie są znajome. Niektórym chłopakom udaje się nawiązać jakąś nić porozumienia i od tamtej chwili już ich nie ma – do końca życia będą nawiązywać i rozwiązywać nitki, skupieni na tym jak pająki na tkaniu pajęczyny. 

   Więc kiedy pojawiło się także to, ten magnes obcy, nasze spotykanie się prawie zanikło. Dzieliły nas teraz dwie klatki schodowe, odległość prawie nie do przebycia – mnóstwo metrów i w dodatku nie po drodze. Te trzy minuty skurczyły się do dwóch, po półtorej minuty biegiem, ale dystans do przebycia drastycznie się zwiększył. Czasem ja do niego, czasem on do mnie, spotykaliśmy się, ale u mnie ktoś siedział – dlaczego ktoś śmiał siedzieć u mnie, bez niego? – i jemu było głupio, albo on akurat wyszedł – jak mógł, jak w ogóle potrafił wyjść beze mnie? – i nie było go w domu. Trochę różne mieliśmy problemy, więc czasem pomagaliśmy sobie nawzajem, poza tym cały czas działał most, z którego przez długi czas nie zdawaliśmy sobie przecież sprawy – działał cały czas ponad naszymi głowami: powiedz cioci, że...; pożycz od cioci kilka... To nas jeszcze trzymało. 

   Kiedy zniknął, nie zdałem sobie z tego sprawy. Tyle rzeczy działo się dookoła. Co i rusz ktoś znikał, ktoś się pojawiał. Poza tym byli ludzie, z którymi się dogadywałem – lepiej lub gorzej (zazwyczaj gorzej), ale byli. Codziennie, nie od święta. On – był tuż obok, ale nie widziałem go czasem i miesiąc; bez straty. Ja też zniknąłem, choć takie odkrycia czyni się dopiero po latach. I już, nie było nas, fotografie okazywały się być kłamliwe, nie było powiązania, nie było nitek, wszystko zostało zamrożone i umarło – dlatego fotografie zawsze kłamią – zatrzymują teraźniejszość, która nie jest teraźniejszością.

znikando_1.jpg   


   A potem potem potem, wiele lat później, przypadkiem wpadłem na niego wychodząc ze sklepu lub wchodząc do niego, natknąłem się i z tej dorosłej twarzy, wciąż pozostającej na poziomie mojej twarzy, to zadziwiające, odtworzyłem tamtą, już zapomnianą, uchwyconą na zdjęciach tylko. Niewątpliwie.
   Stanęliśmy naprzeciw siebie, milcząc przez chwilę, jak milczy się przed lustrem, jakby każdy z nas z osobna wiedział, że właściwie stoimy przed lustrem, bo ja mogę odbić jego, on może odbić mnie, choć te odbicia są już dawno nieaktualne, i któryś z nas po ułamku sekundy, gdy już do woli poprzeglądaliśmy się w tych oczach na poziomie oczu, zapytał co tam i jak w ogóle. 

   Co tam i jak w ogóle? W głowie galopująca przez pustkowia pustka na nieosiodłanej pustce. A na czym żeśmy stanęli? Na przeżutej mrówce, co się wydarzyło od czasu, gdy ją pogryzłem i połknąłem? Na złamanej ręce, jakie zdarzenia miały miejsce od czasu, gdy podpisałem się na jego gipsie? Na pożyczce dwudziestu złotych, której wielkodusznie mi udzielił, choć sam zostawał bez grosza, jak się życie potoczyło od tamtego momentu? Co się stało od tamtego wtorku, gdy próbowałem z całym przekonaniem swoich dziewięciu lat udowodnić mu, że ułamki mają sens, czemu on, z pewnością dziewięciolatka, uparcie zaprzeczał? 

   Niewiele. Chyba wydarzyło się niewiele, dawny przyjacielu, zapomniany przez lata na raty, po kawałku. Wydaje mi się... Jestem prawie pewien, że... Tak, chyba od tamtego czasu nic się właściwie ważnego nie wydarzyło.


© ydorius, 24’IX’2007

Ilustracje autora

Komentarze (1)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl