Nie taki diabeł straszny, jak męczący

   Każdy ma swojego diabła. Mój przeważnie leży bezczynnie na kanapie, wgapiając się w ekran telewizora. Przerzuca bezmyślnie kanały, od czasu do czasu rzucając jakąś niecenzuralną uwagę o polskim show biznesie. Jest dość grubawy i włochaty. Typ antypatyczny.

   Zmywam naczynia w kuchni, rzucając krótkie spojrzenia w stronę telewizora i grubego cielska. Czuję, jak włosy na moim karku delikatnie się unoszą, a moje nozdrza zaczynają falować. Od wybuchu dzielą mnie tylko sekundy. MLASK!!!
– Rusz no to włochate dupsko i zrób coś!! – warknęłam. Kanapa skrzypnęła beznamiętnie, ale diabeł leżał dalej, drapiąc się obleśnie po brzuchu. Klik, klik, klik... pilot szalał.
– Słyszałeś, co powiedziałam? Kopyta byś wypastował i nawoskował.
   Westchnął ostentacyjnie i zmienił pozycję leżenia. Żeby wygodniej było.
   Poczułam pulsowanie w skroniach.
– Już !!! – wrzasnęłam tuż nad jego szpiczastym uchem.
   Podskoczył jak oparzony. Był bardziej zdziwiony niż wystraszony, lecz wolno podniósł cielsko z kanapy  i wymamrotał pod nosem: – Już, już... 
   Słyszałam jak szpera w szafce w poszukiwaniu pasty do butów. Po dziesięciu minutach wrócił i pokazał przeraźliwie świecące kopyta.
– Zadowolona? – żachnął się.
– Teraz moje buty... wszystkie – syknęłam.
– Co?! – wybałuszył wielkie oczyska. Ogon nerwowo zamiatał podłogę. Wypastowane i nawoskowane kopyta były tak hipnotyzujące, że bezwiednie spoglądam na nie co chwilę. Cisza trwała dobre trzy minuty, gdy nagle odwrócił się i poszedł do przedpokoju. Słyszałam, jak nerwowo szczotkuje moje ulubione szpilki. Udało się. W końcu zagoniłam go do roboty.

   Kolejne dni były absolutną sielanką. Obiad ugotowany, zdrowy, pożywny i smaczny. Wszystko uprane i uprasowane. Kurzu ani grama, okna umyte, szafki uporządkowane. A ja lśniłam, chudłam i byłam pełna werwy.
   Gorzej się miała sprawa z moim diabłem. Był nerwowy, kąśliwy i absolutnie nie do wytrzymania.
Po trzytygodniowej tyranii mój diabeł postanowił wytoczyć batalię. A ja, zgubiona własną pewnością siebie, nie zauważyłam pierwszych oznak partyzanckiej wojny. Zaczęło się tak niewinnie. Wróciłam z aerobiku i po spotkaniu z przyjaciółką. Miałam lekki katar. Diabeł siedział nad koszem w moim absurdalnie różowym fartuchu i obierał młode ziemniaczki. Spojrzał na mnie i z czułością powiedział
– Oj, biedaczko... chyba się zaziębiłaś, herbatkę ci zrobię – poczułam się tak miło i ciepło. Jak on o mnie dba – pomyślałam – kochany.
– Połóż się, wiesz przecież, że jak się rozchorujesz to nici z wycieczki krajoznawczej i weekendu w Krakowie – głos miał taki przekonywający, a fakty mówiły same za siebie. Tak, tak, muszę się położyć, jutro zrobię resztę papierów. Jutro.
   Ułożyłam się z mięciutkim kocem przed telewizorem, dostałam herbatkę i pączusia. No przecież chora jestem i na wzmocnienie dobry. Diabeł uwijał się jak w ukropie, podał mój ulubiony obiad: ziemniaki, sałata, schabowy.
– Daj spokój – mówił. – Przecież chora jesteś.
   Rano przygotował kanapkę z boczkiem nadziewanym, nie dał sałaty, bo podobno może wywołać niestrawność. Na aerobik też nie poszłam, bo miałam gorączkę – trzydzieści sześć i siedem i pół. No, przecież muszę być zdrowa. Dziś zrobił mi makaron z sosem i żółtym serem – pychota i na wzmocnienie. Papiery poczekają do przyszłego tygodnia, bo nie mogę się przemęczać. Aha i wycieczkę przełożyliśmy na za dwa miesiące, bo kichnęłam. Niedobrze, niedobrze... choroba jednak postępuje.

   Chorowałam jakieś 2 miesiące. Nadrobiłam kilogramy, bo aerobik jednak nie na moje zdrowie jest. Papiery urosły stertą ogromniastą i już chyba sobie daruję jakieś większe porządki, bo i tak tego nie ogarnę. A Kraków zaplanowałam na przyszły rok, nie ma co kusić losu, w końcu znów mogę się rozchorować. Ale jedno, z całą pewnością, muszę powiedzieć, że mój diabeł to najlepszy przyjaciel na świecie. Tak mnie wspierał, tak pomagał, obiady gotował, podusie przynosił, a jak zasypiałam przed telewizorem, to okrywał kocem, żebym nie marzła.



   Teraz wpatruję się w mojego diabła rozłożonego przed telewizorem. Na jego kudłaty brzuch i brudne kopyta, szpiczaste uszy i znudzony życiem wyraz oczu. Jest taki bezproduktywny, taki rozlazły, a najgorsze jest to, że im jestem starsza, tym trudniej jest mi zmusić go, by ruszył to włochate pupsko do roboty.


Ilustrowała: AnetaHg/pinezka.pl (z wykorzystaniem zdjęć z serwisu SXC.hu)

Komentarze (2)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl