Zenona recepta na szczęście


   Ostatnio zupełnie nie szło. Zenon budził się rano, bo musiał, jadł, bo wypadało i szedł do pracy, bo inaczej by go zwolnili. Ale nie było w tym wszystkim ani chęci, ani woli, ani tym bardziej lekkości, które kiedyś, choćby po części, wykazywał we wszystkich czynnościach, do których wykonywania teraz co rano musiał się zmuszać. Wszystko było nie tak.

   Tamtego ranka, kiedy Zenon oddawał się biernie przewozowi środkiem komunikacji publicznej do pracy, kiedy wyjątkowo nie zagłuszał pustki wewnętrznej pustką zewnętrzną, to jest pustką prasy codziennej, którą zwykł nabywać przed wsiądnięciem do środka komunikacji publicznej, przyszło mu do głowy coś, co było pierwszym krokiem do olśnienia. Przyszło mu do głowy, że szkoda życia na zabijanie czasu.

   Życie mija, bo czas mija. A skoro tak, to nie ma sensu marnować go na czekanie do piątku wieczorem, kiedy Zenon uwolniony od stręczycielstwa pracodawców odchodził do swojej prywatności. Przyszło mu też do głowy, że trzeba to wszystko zmienić tak, żeby żyć więcej i cierpieć mniej.

   Ale jak tego dokonać – tego nie był w stanie wymyślić. Tym bardziej, że wymyślenie wszystkiego poprzedniego pochłonęło cały czas przebywania w środku komunikacji publicznej, a zaraz po jej opuszczeniu, opuszczała Zenona także i wena wolności. Jak na jeden poranek dokonał i tak niemało.

   Tego wieczora długo nie mógł zasnąć. Wił się w łóżku i przewracał z boku na boku jeszcze długo w noc. Chodził już na dodatkowe siusiu i napić się wody do kuchni, włączył nawet telewizor na chwilę, czytał książkę, a w skrajnej desperacji liczył barany. W końcu, kiedy usnął, nawet tego nie zauważył.


   Ze swoim kumplem Carlem byli właśnie w kuchni i siedzieli na podłodze przed otwartą lodówką. Światło z lodówki oświetlało ich, nieco jakby mniejszych niż w rzeczywistości. Byli najwyraźniej cofnięci w czasie, ale nie za dużo. Byli kumplami, pili szampana i zajadali belgijskie czekoladki, które Carl przywiózł któregoś razu z Brukseli w ilościach przekraczających możliwości spożycia przez dwóch mężczyzn w wieku i o cechach produkcyjnych (tj. Zenona i Carla). Ale jedli zawzięcie i śmiali się przy tym do rozpuku, jak tylko cofnięci w czasie do momentów absolutnej szczęśliwości ludzie potrafią – w swoich i swoich nawzajem snach, i swoich i swoich nawzajem wspomnieniach: umorusani czekoladkami i z lekkimi od szampana głowami.

   I wtedy właśnie Zenon musiał się Carlowi wygadać na temat ostatnich niepowodzeń w radzeniu sobie samemu ze sobą i o zabijaniu czasu i życia, i o zdawaniu sobie sprawy z beznadziejności tego zabiegu, ale o niewidzeniu rozwiązania. Musiał zagadać do Carla o tym w sposób na tyle sprytny, że sam nawet nie zauważył, kiedy tego dokonał.

   Carl spoważniał, ale nie tak na sto procent – tylko trochę i tylko na niedługą chwilę. Chwilę wystarczającą do tego, żeby powiedzieć słowa, których Zenon miał nie zapomnieć już do końca życia:
Do more what you like and less what you don't like.

   Rano, pomimo dosyć trudnej nocy, Zenon obudził się radosny i wypoczęty. Szybko zerwał się z łóżka i pobiegł do łazienki. W lustrze zobaczył człowieka, któremu właśnie objawiono receptę na życie. Po chwili patrzenia się na siebie w lustrze powtórzył: Do more what you like and less what you don't like.

   Jak postanowił, tak zrobił. I był już szczęśliwy.


PS. "Do more what you like and less what you don't like"™®© – trade mark (™, ®) oraz copy rights (©) zastrzeżone przez Zenona.


Ilustrowała: spinelli/pinezka.pl


Coaching a couch

Komentarze (0)

Zapisz się do RRS feed tego komentarza

Pokaz/Ukryj Komentarze

Napisz Komentarz

mniejsze | większe

Powered by Azrul's Jom Comment for Joomla!
busy
 
}

info dla autorów

Szanowny Autorze, zapraszamy do współpracy z magazynem pinezka.pl. 
> Tutaj znajdziesz informację < dotyczącą warunków publikacji tekstów oraz współpracy z nami. 

Info i kontakt


 

Kontakt:  
{
logowanie dostępne tylko dla członków redakcji Pinezka.pl